Layout by Raion
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nora Ylvisaker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nora Ylvisaker. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2015

Lover of the light





Nora Ylvisaker 

✈︎ 1.07.1995 ✈︎ Bergen, Norwegia ✈︎ 
✈︎ Siostra Bard'a i Vegard'a Ylvisaker'ów ✈︎ Dziewczyna Stale'go Sandbech'a ✈︎


Od Nory Ylvisaker nie usłyszycie jakiejś nadzwyczajnej historii. Nie będziecie świadkami dramatu rodzinnego, nadzwyczajnego szczęścia, ani niebywałego charakteru. Nora jest najzwyklejszą dziewczyną i jedyne co ją wyróżnia to to, że jest ponadprzeciętnie romantyczna. Zresztą trudno się dziwić jeśli twoim chłopakiem jest srebrny medalista w dziedzinie snowboardu o bardzo podobnym charakterze. 
Pierwsze co ci się rzuci w oczy to to, że jest wiecznie uśmiechnięta i otwarta na ludzi. Bez zbędnego wstydu czy zmieszania podejdzie do ciebie i wypyta się o całe twoje życie oraz opowie o swoim. Z pewnością spyta się czy znasz norweskie komediowe duo Ylvis lub/i Stalego. I nie będzie to wynikało z tego, że chce ci pokazać jakie to ma cudowne życie, a raczej z tego, że tak bardzo ich kocha. Nora to cudowna optymistka. Rzadko kiedy się smuci, ale w końcu też jest człowiekiem i to w dodatku pochodzącym z najbardziej depresyjnej krainy świata, więc w każdym momencie może napaść ją chandra zupełnie bez powodu. Albo z powodu tak bardzo dla ciebie błahego. Jednak gdy ktoś już ją pocieszy uśmiechnie się i zacznie opowiadać o sobie i o innych sprawach z wielkim uśmiechem na twarzy.
Podejście do życia ma proste. Optymizm, miłość i przede wszystkim dobra zabawa. Może i to nie pasuje do charakteru nowoczesnej dziewczyny spędzającej godziny na telefonie, ale najbardziej chciałaby, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Nie lubi gdy ktoś jest smutny lub jest mu przykro. Uwielbia się śmiać i wygłupiać. Wpada na szalone pomysły. Kocha chodzić na imprezy. Nie ważne czy w sąsiednim pokoju czy w klubie. Po prostu to uwielbia. Dla niej w życiu chodzi o to, żeby się dobrze bawić. 
Co do pasji to w przeciwieństwie do większości tutejszych uczniów Nora woli opublikować swoje życie na Instagramie, dodać zabawnego posta na Twitterze lub nagrać wschód słońca na Snapchacie zamiast zagłębiać się w tajniki kreatywności. Największym polem do popisu w dziedzinie malarstwa są prawdopodobnie jej paznokcie, które zmieniają się co najmniej co tydzień. Warto jednak dodać, że wszystkie te rzeczy robi przeważnie słuchając free jazzu lub ewentualnie indie (indie popu, indie rocka, indie folku nie ważne). A jednak zapisała się do tej Akademii i nie ze względu na to, że chce się popisać swoim bogactwem i pochodzeniem, ale dla tego, że uczęszczanie na reżyserie, śpiew, grę na gitarze, sekcje jazzową, fotografię i DJ zwyczajnie sprawia jej przyjemność. Omija niektóre z nich, ale to dlatego, że w tym momencie ma akurat "ważniejszą" sprawę do załatwienia. 
Można by odnieść wrażenie, że Nora ze swoimi markowymi ubraniami, drogimi kosmetykami i gadżetami zachowuje się jak snobka, jednak ona po prostu to lubi i w żadnym wypadku nie obnosi się z tym wszystkim. 
Najlepszym dowodem tego, że Nora nie jest rozpieszczoną dziewczyną jest to, że uważa siebie za kompletne beztalencie. Wszystko co robi robi dla przyjemności, a  nie dla bycia najlepszym. I jest z tym zupełnie pogodzona. 
Jej największe marzenie to reżyserować teledyski i mieszkać w nowozelandzkich górach z jej obecnym chłopakiem. 
Nora żyje dla wielu rzeczy, ale nie ważne w jakiej sytuacji będzie - będzie uśmiechnięta. 

Mieszka wraz z Amandą Finnes. 

                                                          Od Norah Harisson Ylvisaker                                                                  
                                                         Hannah Sophie Saethre Schanz                                                                  


środa, 22 lipca 2015

Nora Ylvisaker


Kołysałam się w rytm piosenki Major Lazer puszczanej z różowego setu dj'owskiego zaprojektowanego przez Karima Rashida. Czekałam na Aarona. 
- Blow a kiss, fire gun. We will need someone to lean on - właśnie zdzierałam gardło na refrenie z rękami wyrzuconymi w górę, gdy usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi. - Wiesz, że ta laska jest ze Skandynawii? - spytałam wpół po szwedzku, wpół po norwesku. My, tam na północy, mniej więcej rozumiemy swoje języki, dlatego do Aarona mogłam spokojnie mówić po swojemu wtrącając tylko trochę szwedzkich słów, a on mniej więcej mnie rozumiał. Co prawda nie próbowałam tego jeszcze na Laufey, ale podczas wizyty w Sztokholmie chyba wyrobiła sobie zdanie, że norweski brzmi jak pijacki bełkot i nie jest podobny do islandzkiego w żadnym wypadku. Jednak mimo jednej rodziny języków szwedzko-norweski nie jest podobny do angielskiego. W efekcie zrobiłam z siebie - po raz pierwszy tego dnia - idiotkę w oczach Brenta Burge'a, który przyszedł oznajmić, że mam z nim zastępstwo. Gdybym tylko wiedziała wcześniej to bym nie przychodziła. W życiu. 

Powłóczyłam się za Nowozelandczykiem w niezręcznej ciszy do pokoju na przeciwko. Czekała już tam Demri leniwie przesuwając suwaki. W tej sali stół był o wiele większy i wyposażony w wiele więcej opcji. To był jeden z tych stołów, które są w studiach nagraniowych, a ten u nas był bardziej na dyskoteki. Czasem zamienialiśmy się i Aaron pokazywał mi jak to "I'm an albatroz" zostało wyprodukowane, ale szczerze to niewiele stamtąd pamiętałam. Od kilku zajęć wybieraliśmy muzykę na bal, a wcześniej bawiliśmy się w psucie harmonii Avicciemu. W sumie może i bym sobie poradziła gdyby nagle ktoś kazał mi zastąpić DJ'a na dyskotece. Potrafiłabym trochę przerobić gotowy już utwór, ale tworzenie muzyki? Nie mam o tym zielonego pojęcia. Brent wywali mnie i Aarona na zbity pysk. 

Trochę liczyłam, że może po prostu będzie kazać mi się przypatrzeć, czy da lekcje teoretyczną, ale gdy tylko podłączył odpowiednie kable kazał mi...jak on to ujął... "Popisać się umiejętnościami z równoległych zajęć. Jeśli Skandynawia jest naprawdę kolebką muzyki to nie powinnam mieć problemu z udowodnieniem tego". Jego stanowczy ton odebrał mi odwagę na jakiekolwiek wymówki. Pozostało mi tylko ogarnięcie przerażonym wzrokiem ogromnego stołu wypełnionego suwakami, przyciskami i pokrętami. 

Zestaw zdawał się rosnąć mi w oczach w miarę jak rosło moje przekonanie, że nic nie potrafię. 
- Dajesz Nora - zachęciła mnie Demri z ekscytacją w głowie. 
- Mhm...Zastanawiam się tylko co by tutaj zagrać - powiedziałam siląc się na pewny ton. W głowie odtwarzałam to co mi mówił Aaron na zajęciach, koncerty Clean Bandit i Avicii, backstage u Kygo. W końcu przymknęłam oczy i biorąc głęboki wdech i kliknęłam losowy przycisk. Zaczął lecieć jakieś lamerski i słaby podkład. No Nora! Jak się powiedziało A to i trzeba powiedzieć B. Chyba rzeczywiście nie pozostało mi nic poza przekręcaniem losowych rzeczy. 

Powoli zaczął się wynurzać jakiś lepszy czy gorszy rytm, a ja walczyłam z tumanem guzików, żeby go uratować do końca...utworu. Pamiętałam tylko jedną naukę płynącą od lidera AronChupa - "Staraj się nie naciskać dwóch przycisków w jednym obszarze". 

Gdy minęły jakieś trzy i pół minuty zdecydowałam się zacząć kończyć i panicznie poszukiwałam suwaka do przyciszania. Trafiłam tylko na cały szereg oznaczony napisem "Volume". Pociągnęłam za kilka z nich w dół i mocno walnęłam w jakiś większy czerwony guzik ryzykując wielkie zakończenie.  Przycisk wydał nie taki dźwięk o jaki mi chodziło, ale przynajmniej suwaki elegancko wyciszyły melodie i jakby się uprzeć można było uznać "utwór" za skończony. 

- Nieźle... Jak na improwizację... - mruknął tylko Brent i podszedł do stołu - jak sam to określił - "posprzątać" po mnie. Zrobiłam z siebie idiotkę przed Burge'm - po raz drugi tego dnia. 

 Potem nadeszła kolej na Demri. Która zachowywała się jakby miała to we krwi. Z całkowitą pewnością siebie przesuwała odpowiednie pokrętła i suwaki. Melodia wyszła jej pewniejsza i ładniejsza. Miałam wrażenie, że nie ważne co by kliknęła główny temat pozostał taki sam. Miała wiedzę o wiele większą ode mnie jeśli chodzi o didżejowanie mimo, że uczyła się o rok krócej niż ja. Zresztą wymienicie jedną rzecz, którą Draven źle robiła lub za którą można byłoby jej nie lubić. 

Gdy wyszłyśmy z sali Amerykanka położyła rękę, a dokładniej mówiąc uwiesiła się na moim ramieniu. 
- Fajne wyszło ci to to - posłała mi szczery uśmiech. Roześmiałam się. 
- Nawet nie mów. Moje geny z Bergen z pewnością nie mają nic wspólnego z Kygo. Za to ty... - nie dokończyłam zdania, bo Demri przerwała: 
- Kto to Kygo? - Zmarszczyłam brwi myśląc jakby to tutaj wytłumaczyć jedyną dj'owską dumę Norwegii. 
- Norweski DJ'ej. W swoim czasie był mega popularny na SoundCloudzie z przeróbek hitów jak "I See Fire". A sam nagrał "Firestone" i "Stole The Show" - wyjaśniłam, ale widząc, że nie wiele rozjaśniłam Draven wyciągnęłam telefon. No tak. To totalnie nie były klimaty czarnulki. Chociaż i są teorie, że The Doors zapoczątkowali muzykę housową... 

Puściłam najnowszy przebój Kygo i dodałam "będzie na balu" z szelmowskim uśmieszkiem. Gdy nadszedł refren nie mogłam nic poradzić niż śpiewać i machać rękami w rytm. Gdzieś w okolicach drugiej zwrotki - i początku plaży, na którą bezwolnie się kierowałyśmy - zatrzymałam. 
- No to właśnie mniej więcej taką mamy muzykę pop w Norwegii - podsumowałam beznamiętnie chowając komórkę do kieszeni. 
- W porządku - uśmiechnęła się Demri tak jakby aprobowała muzykę do ścieżki dźwiękowej filmu. 
- Na imprezach całkiem nieźle się sprawuje - dodałam jakby na usprawiedliwienie. 


***

Po chwili leżałyśmy na plaży wsłuchując się w dźwięki zapodanych przeze mnie Alabama Shakes. Znaczy właściwie to Demri leżała, a ja siedziałam opierając się na łokciach. Delikatnie kołysałam się w rytm bawiąc się włosami. Potem Draven się mnie o coś zapytała, a ja pogoniłam po Dean'a aby przyniósł nam coś do picia. Potem chyba jeszcze przyszła do nas Laufey, ale dokładnie nie pamiętam. W każdym razie ktoś kto nie jeździł na desce, bo ze względy na niego nie poszłyśmy pojeździć po Sunset. I tak właśnie wypełniłyśmy sobie czas między zajęciami. 

<Krótkie, bo krótkie znowu, ale chyba lepsze niż poprzedni rozdział. Zresztą i tak jestem z siebie dumna, że coś napisałam, bo jutro ponownie znikam na 2 tygodnie> 

czwartek, 2 lipca 2015

Nora Ylvisaker

- Ha det! - usłyszałam jeszcze zanim na dobre zerwałam połączenie Los Angles. Uśmiechnęłam się, gdy wyobraziłam sobie Christine odbierającą zaproszenie na wernisaż. Przed chwilą jej to oznajmiłam i żałowałam, że niema mnie tam przy niej, bo by prawdopodobnie mi się rzuciła na szyję. Jeśli ja nie wyglądam Skandynawsko to panna z Trondheim tym bardziej. Czarne, lekko kręcone włosy, jakieś sto sześćdziesiąt dwa centymetry. Tyle, że ze swoją skrytością i nieśmiałością łatwiej jest ją wpasować w stereotypową Norweżkę niż mnie.

Już miałam odkrywać pokrywę tabletu, by kontynuować rysowanie Finna, gdy usłyszałam za sobą męski, brytyjski akcent.
- Nora, ty pijesz Carlsberga prawda? - spytał George Ezra. Odkrzyknęłam mu, że tak. Pamiętał! W zeszłym roku nie mogłam narzekać na towarzystwo, ale zdecydowanie najlepiej dogadywałam się z nauczycielem. Nauczycielem w wieku mojego chłopaka. Poza lekcjami śpiewu był kompletnie inną osobą. Abstrahując już od faktu, że i tak był najbardziej wyluzowanym mentorem w całej Akademii.

Po krótkiej chwili nasze duo zostało reaktywowane. Nora Ylvisaker i George Ezra siedzą na krawędzi kawiarnianego dachu i popijają piwo. Chłopak - bo trudno w tych okolicznościach nazywać go nauczycielem - wyciągnął do mnie paczkę papierosów. Podziękowałam, a Geogre się zaśmiał. Nie wzięłam od niego jeszcze ani jednego, chociaż wszech i wobec było wiadomo, że palę. Szczególnie w tym roku.

- Stresujesz się przed wernisażami? - spytałam nie podnosząc wzroku z horyzontu. George pokręcił głową.
- Meeeeh... - mruknął - Raczej nie mam czym. Występowałem przed publicznością już kilka razy
- Nie o to mi chodzi. W sensie...nie boisz się, że zwalimy nasze występy?
- Was problem - wzruszył ramionami i się zaśmiał. - Już bardziej się boję tego, że przyjeżdża moja eks - dodał. Zaśmiałam się. Wyobraziłam sobie, któregokolwiek z moich byłych oglądających jak dedykuję piosenkę Stalemu. Upsss...spojler! A miała być niespodzianka...
- Ja tam się cieszę, że przyjeżdżają moi znajomi, bracia i chłopak
- Kogo tak dokładniej zwabiasz?
- Stalego, Frode'a, Finna, Christine i Vegarda z Bardem. Chyba, że jeszcze Stale kogoś zaciągnie w ostatniej chwili... - Siedzieliśmy w milczeniu przez chwilę, aż w końcu spytałam:
- Czy to prawda, że mają być występy z rodziną ostatniego dnia?
- Nie wiem. Coś się obiło o uszy, ale niema pewności. A chcesz?
- Nie...raczej nie - mruknęłam. Nie chodziło o to, że wstydziłam się występować z braćmi. Uwielbiałam to. Bardziej myślałam o Demri, czy Laufey. - Byłoby zbyt dużo złamanych serc - dodałam przypominając sobie reakcję Demri na list od dziadków, czy to co mi powiedziała. W życiu nie miała łatwo. Z kim by wystąpiła? Nie warto jest po raz tysięczny pokazywać światu What Does The Fox Says? za cenę tego, że ktoś miałby się załamać z tego powodu.

Potem siedzieliśmy jeszcze długo po zachodzie słońca i gadaliśmy różne głupoty śmiejąc się co chwila. Czyli typowe co można robić z Georgem poza lekcjami. Gdy opróżniliśmy drugą butelkę Ezra oznajmił, że chyba czas spadać. Przytaknęłam, ale nie chciało mi się jeszcze wracać do pokoju. Noc była na to za piękna. W sumie mogłabym pójść do szklarni i posłuchać sobie muzyki, ale coś mnie podkusiło, żeby wyjść na plażę.

I może to instynkt zakochanych osób albo przypadek, ale zauważyłam Deana i Amy leżących na piasku blisko siebie i rozmawiających.
- I kto się tak ze mnie i Stalego wyśmiewał? - krzyknęłam wbijając się między nich. Podrzuciłam do góry magazyn dodając coś na kształt "Czytanie razem Playboya nie jest romantyczne"
- To akurat było The Rolling Stone - dodała Amy zmieszana. Prychnęłam tylko w odpowiedzi.
- Jezus Maria! To, że ktoś rozmawia to nie znaczy, że od razu jest zakochany... - mruknął Dean.
- Miłość jest tylko od pierwszego wejrzenia - dodała Brytyjka z udawaną wyższością.
- Lol. Ja Stalego kochałam od jakiejś siedemnastki - wzruszyłam ramionami.
- Tak to ja mogę sobie kochać Dominica albo coś
- Romanse między uczniami są zakazane - odparłam parodiując akcent dyrektora.
- Znalazła się - pokręcił głową Australijczyk
- Będąc w temacie nauczycieli to zgadnijcie kto się umówił na sesję zdjęciową z Georgem Ezrą? - Amy i Dean wymienili porozumiewawcze spojrzenia a propos nie wiem czego, a potem zaczęli się śmiać i tworzyć jakieś romanse między mną, a Georgem.

I właśnie tak siedzieliśmy do jakiejś drugiej w nocy. Właśnie tak czyli Amy i Dean śmiali się ze mnie, a ja nie wiedziałam o co im chodzie. Głupie anglosaskie porozumienia! Niech poczekają na nasz najazd wikingów. Dwunastka Skandynawów...nieźle będzie się działo. Skal!


<No więc rozdział trochę z serii Nora x George. Ej w ogóle wypadłam z formy trochę :O I dlatego też taki krótki. Meehh...po wakacjach się poprawię obiecuję. Na razie za dużo wyjeżdżam. Mam nadzieję, że jest w miarę. Chciałam jeszcze opisać sesję, ale jakoś nie wyszło. Może innym razem ;) I nie, nie musicie mi wypominać tej pomyłki w kolażu > 




środa, 10 czerwca 2015

Nora Ylvisaker

Nawet nie macie pojęcia jak trochę nudy sprzyja rozwojowi znajomości. Na święta zostałam właściwie sama w Akademii, nie licząc przewijającego się od czasu do czasu korytarzem Isaaca i kilku dziewczyn, z którymi nawet nie gadałam. Pierwszego dnia co prawda udało mi się nawet całkiem nieźle porozmawiać z Meredith, ale potem i ona wyjeżdżała do rodziny. Wyjeżdżała to może trochę za dużo powiedziane…przenosiła się kilka przecznic dalej. Co więc mi zostało, prócz dłuższego czasu na spanie? Odświeżenie znajomości z innych zakamarków Los Angeles. Ingvara co prawda nie było, ale poznałam jego dziewczynę Anne Marie, po za tym jeszcze uskuteczniłam kilka spotkań z Johnem, którego poznałam w bardzo nietypowym miejscu czyli w zborze luterańskim w LA. Właściwie to spotykaliśmy się kilka razy na rok w jakieś ważniejsze święta i tyle, ale chyba żadne z nas nie miało drugiemu tego za złe. 

W każdym razie to raczej nic dziwnego, że perspektywa spotkania się z moim najmłodszym-starszym bratem w Nowym Jorku była dla mnie jak…koło ratunkowe dla tonącego. Nie, żebym nie cieszyła się za każdym razem, gdy spotykałam Bjarte’a, ale teraz to nabrało podwójnego wyrazu. I nawet wstawianie o piątej rano nie mogło mi tego zepsuć. „Wyśpię się w samolocie”. Oczywiście się nie wyspałam, ale trzy kawy przywróciły mnie do względnego stanu używalności. 

Nawet Bjarte cudownie to określił, gdy spotkaliśmy się na lotnisku
- Nie cieszysz się na spotkanie ze swoim braciszkiem? - spytał gdy właśnie skończyliśmy się obściskiwać się na terminalu
- Ciesze się jak cholera do tego stopnia, że wstałam dla Ciebie o piątej rano - zaśmiałam się i potargałam jego włosy. Bjarte i Vegard byli ode mnie niżsi i wyśmiewanie się z nich i mierzwienie im włosów czy coś stanowiło jedną z moich ulubionych rozrywek. - Nie każdemu starcza godzinka na dojazd - rzuciłam sarkastycznie kierując się w stronę jednego z największych Starbucksów jakie widziałam. W woli wyjaśnienia dodam tylko, że Bjarte studiował informatykę w Bostonie. 


Gdy już zdobyłam moją wyczekiwaną kawę spytałam chłopaka o nasze plany: 

Punkt 1: Jemy śniadanie na 35 Ulicy w postaci najlepszych bajglów świata
Jedna ze stereotypowych rzeczy o Norwegach, która się istotnie sprawdza? Miłość do kanapek różnego rodzaju. Proszę was…jakie inne języki nie-nordyckie mają słowo na…zawartość kanapki? 
Dlatego też mimo, że klasycznie wielkanocne, norweskie śniadanie to jajka to my pozostajemy wierni tradycji Palegg i chodzimy na bajgle. To już nie pierwszy raz, gdy tak spędzam Święta i mogę przysiąc, że na 35 Ulicy mają najlepsze bajgle chyba w całych Stanach. 
- Wiesz co tam u Twoich braci? - spytałam Bjarte’a odbierając kanapkę z wędzonym łososiem od ekspedientki. 
- Nie zbyt. A co u Twoich? - wzruszył ramionami i wgryzł się w swoją porcję. 
- Mają koncert w Szwecji…Vegard ci nie mówił? 
- A nie mieli go jakieś…dwa tygodnie temu? - zaśmiał się Bjarte. 
- Mieli, ale teraz mają na jakimś Musikkfestiwalen - powiedziałam wyśmiewając się ze szwedzkiego akcentu. 
- Błagam tylko nie mów, że będą na Eurowizji - W Skandynawii Eurowizja zawsze była big deal, a Musikkfestiwalen miało dość duży wpływ na wybieranie tegorocznego kandydata. A ja i Bjarte modliliśmy się, żeby nasi bracia nie zdecydowali się tam wystąpić. Eurowizja jest żałosna i zero punktów dla Norwegii za „głupi występ” byłoby również żałosne. 


Punkt 2: Idziemy się modlić w zborze, bo w końcu jest Wielkanoc do cholery! 
Kto by pomyślał, że Nora Ylvisaker lubi chodzić do kościoła, nie? A wiecie dlaczego lubię, pomijając te wszystkie zabawne książeczki, teksty, ładne wystroje, kazalnice itp to dlatego, że widzę wtedy mnóstwo amerykańskich rodzin z dwójką, czy nawet trójką dzieci. Na przykład dowiaduję się, że obok mnie siedzą państwo Hamsweary. Josephine i Harry oraz ich ośmioletnie bliźniaki Josh i Thomas. Dowiedziałam się, że Josephine jest dziennikarką, a Harry bankierem. Josh chce zostać żołnierzem, zaś Thomas ma chyba kreatywność po matce i chce być Indiana Jones’em. Na to ja odpowiadam, że ja też zawsze chciałam być Indiana Jonesem i Hanem Solo i daje mu kilka wskazówek na temat ratowania świata archeologii. Joshowi zdecydowanie odradzam służbę wojskową. Wiem, bo Vegard jest w Armii Norweskiej i żadne z nas tego bardzo nie chce. Właściwie to nawet mu współczuję i wiem, że jest beznadziejnie. Wiem jeszcze, że Harry również lubi chodzić na bajgle na 35 Ulicą i jest fanem Jamesa Bonda. Josephine pisze o teatrze i bardzo odradza nam pójście na Jesus Christ Superstar na Broadwayu. Mówię jej, że to przemyślę, ale doskonale wiem, że i tak pójdę. Państwo Hamsweary to naprawdę przemiła rodzinka. 


Punkt 3:Idziemy łoić piwsko w naszym ukochanym Hammrock Grove 
Norwegowie z reguły spędzają niedzielę Wielkanocną w naturze, więc gdzie moglibyśmy pójść jak nie do parku? A Hammrock Groove był zdecydowanie naszym ulubionym, szczególnie, że w Święta był praktycznie pusty (czytaj: nie, aż tak pusty jakby był zazwyczaj). Religijni ci Amerykanie nie powiem. I nie spodziewajcie się tutaj magicznych opisów, inteligentnych i wspaniałych, braterskich dialogów, bo zwyczajnie ich nie będzie. Uwielbiam robić głupie rzeczy z najmłodszym-starszym Ylvisakerem, ale to po prostu nie nadaje się do opisania. A przez „głupie rzeczy” mam na myśli przeważnie zachowywanie się jak z teledysków, ulubionego zespołu Bjarte’a czyli Gorillaz. Właściwie to szkoda, że nie mam tutaj swojej kamery, żebym mogła nakręcić coś porządnego i wysłać Martinowi. 

Punkt 4: Wbijamy do The Moth StorySLAM, bo może akurat będzie coś ciekawego 
Co to w ogóle jest The Moth StorySLAM? To klubokawiarnia, w której są organizowanie spotkania szerokopojętych artystów, na których oni (artyści w sensie) muszą opowiadać historię. Czy coś w tym stylu. W każdym razie Bjarte, który zdecydowanie częściej bywał w Nowym Jorku mi to tak objaśnił. Tyle, że nie mogłam się o tym przekonać na własnej skórze, bo okazało się, że z powodu Wielkanocy to miejsce jest zamknięte. Więc spragnieni dziwnych opowieści przemierzaliśmy ulicę Nowego Jorku, który pewnie był bardziej pusty niż zwykle, ale mi to tam przypominało może jakąś pierwszą po południu w Bergen, czy nawet Oslo. Nie narzekałam jednak. W porównaniu do dzisiejszych 10 stopni w Oslo to była naprawdę ładna pogoda, a ja lubiłam chodzić po mieście. Szczególnie tak dużym i „cool” jak Nowy Jork, aż dziwne, że nie bywałam tutaj wcześniej. 


Punkt 5: Pokaże ci najlepsze burgery w mieście i zjemy je na dachach Bronksu
Co może być bardziej amerykańskiego niż cheesburger, shake waniliowy, panorama Bronksu i Gorillaz z telefonu. No może z tymi amerykańskimi Gorillaz to trochę przesadziłam, ale widok na Nowy Jork z góry i burger w ręce to jednak klasyczne amerykańskie popołudnie. Chyba. Bo jakoś Demri czy Daniel nie stosowali się do tego opisu. Ale nie można patrzeć na nację przez pryzmat dwóch pokręconych artystów. I może będę monotematyczna jeszcze raz okazując szacunek i podziw Miastu, które nigdy nie śpi, ale to naprawdę było bardzo ładne. Szczególnie, gdy dane mi było zobaczyć zachód słońca. A proszę bardzo! Zarzucajcie mi, że cały dzień spędziłam na nic robieniu w parkach i na dachach, ale „Pamiętaj, abyś dzień Święty świecił” bezbożnicy! A, że nie okazałam szacunku dla mojego Boga akurat nie możecie mi powiedzieć. 

Punkt 6: I zrobimy klasycznie, czyli Jesus Christ Superstar tym razem na Broadway’u. 
Owe „tym razem” tyczy się zeszłego roku, gdy poszliśmy na seans kina letniego obejrzeć ten Musical, ale mimo niepochlebnej recenzji Josephine Hamsweary miałam jakieś dziwne przeczucie, że mi się bardziej spodoba. Tyle, że ostatecznie skończyło się na przeczuciu, bo Judasz nie był czarny i zdecydowanie gorzej śpiewali. Po za tym na Broadway’u nie oddasz tak magicznej sceny końcowej jak w filmie, więc w ogóle odpada. Show nie był taki zły jak w mniemaniu Josephine, ale kino letnie było lepszą opcją. Tak z pewnością. Zobaczymy co mój kochany braciszek wymyśli w przyszłym roku. Happening? 

Punkt 7: I do cholery musimy się uchlać! Idziemy do klubu Floyd! 
I uspokoję was od razu - nie schlałam się. A już na pewno nie tak jak oczekiwał tego Bjarte, ale co ja poradzę, że mieli nie smaczny rum na składzie? Właściwie to i dobrze, bo ostatecznie dojechałam taksówką na lotnisko i nawet mimo cholernego zmęczenia wsiadłam do poprawnego samolotu. Bjarte może miał dobre pomysły, ale na pewno słaby nos do klubów. Owy Floyd miał niesmaczny rum, słabych gości…no może muzyka jeszcze jakoś zdawała egzamin, ale niech tylko poczeka, aż zabiorę go do LA to tam zobaczy jak ludzie naprawdę się bawią. 

Punkt 8: Wsiadasz do samolotu i Adios Frajeros! 

I padam na łóżko w Akademii krzycząc „God Paske!” i nie mając najmniejszego zamiaru zwlekać się z łóżka przez kolejny dzień. Jak dobrze, że Isaac był na tyle miły, żeby przynieść mi śniadanie i chińskie noodle w tym fajowskim opakowaniu na wynos. 

<No dobra. Napisałam rozdział świąteczny. Wiem, że jest troche dziwny i to pisanie w punktach, ale tak jakoś pomyślałam, że w sumie Nora mogłaby tak to napisać. I no właściwie to wyszedł krótki i właściwie taki nijaki, ale no...jakoś nie miałam weny. O balu już wiem wszystko, a nie jestem w stanie pisać o Wielkanocy :p No dobra. Czekam na rozdziały innych! > 

wtorek, 26 maja 2015

Nora Ylvisaker

Znacie ten moment kiedy budzicie się i czujecie, że ten dzień będzie dobry mimo tego, że zostaliście wyrwani ze snu przez dźwięki trąbki? Leżycie wtedy jeszcze przez chwilę wgapiając zaspany wzrok w sufit i słuchacie jak Nils Jansen leniwie zaczyna swój utwór. Dziś mam tylko gitarę. Za miesiąc jest bal. Moja szansa na spotkanie się ze Stalem! Tak! Muszę zaprosić Stalego! O Boże przyjedzie Stale! Ale będzie cudownie! Stale! Wreszcie! Niech przyjedzie na dłużej! Na cały cholerny tydzień i będziemy siedzieć w pokoju hotelowym na miękkim łóżku małżeńskim! I niech cała Akademia się wali! Uświadomiłam sobie bardzo ważną rzecz i w gwałtownie zerwałam się z łóżka odrzucając jak najdalej pościel jednocześnie wyłączając budzik. Zauważyłam zdumiony wzrok Amy - pewnie zachowywałam się jakbym uciekała przed zamachem terrorystycznym albo coś.
- Obudziłam cię? - spytałam pośpiesznie wyjmując z szafy ubrania.
- Nie...i tak nie śpię przez katar - mruknęła spod kołdry. No tak. Brytyjka była chora od dobrych kilku dni. Współczułam jej. Być chorym podczas tak wspaniałego lata w Akademii. I to jeszcze nie mogła chodzić na prawie żadne zajęcia. Starałabym się być dla niej najmilsza jak potrafiłam, przynosiłam jej posiłki do łóżka, opowiadałam najnowsze plotki i wydarzenia, kupowałam chusteczki i starałam się być cicho. Właściwie to też trochę to rzuciło się na to, że praktycznie w ogóle nie przebywałam w pokoju. Od czasu do czasu wpadałam po jakieś rzeczy albo, żeby trochę uratować dziewczynę od samotności i pewnie siedziałabym dłużej, ale ta wyganiała mnie z pomieszczenia, żebym się nie zaraziła. Jednak na nic zdawały się moje tłumaczenia, że mam wrodzona dużą odporność, i decyzją Czarnej Pani całe dnie spędzałam na plaży lub na dachu. Nie, w odwrotnej kolejności - na dachu lub na plaży.

W każdym razie, gdy upewniłam się, że u naszej cierpiącej wszystko w porządku postarałam się jak najszybciej uporać z poranną toaletą. Jedenasta w Los Angeles to ósma wieczorem w Laax, a ja musiałam jak najszybciej powiedzieć Stalemu, żeby przyjeżdżał na bal. Znaczy szczerze wątpię, żeby poszedł spać przed północą, ale ja nie ścigałam się z czasem tylko z moją chęcią oznajmienia mu najnowszych wieści. Zrobiłabym to po śniadaniu, ale nie mogłam się doczekać, aż usłyszę jego głos i powiem mu o możliwości spotkania się. Cierpiący najpierw, Nora! Jednak ruszyło mnie serce i wpierw poszłam na dach, aby zanieść śniadanie do łóżka mojej współlokatorki, a potem wypadłam z pokoju jak huragan. Na schodach rzecz jasna musiałam się na kogoś natknąć i był to Jessy, którego omal nie przewróciłam, lecz zanim zdążył jeszcze otworzyć usta, by mnie zwymyślać ja podniosłam do góry komórkę i krzyknęłam "Stale dzwoni!" i ruszyłam biegiem na plażę. Nie zobaczyłam nawet jego reakcji, ale szczerze to w ogóle mnie nie obchodziła. Niech sobie myśli co chce, ja nie będę tego zmieniać.

Nie potrafiłam zgrywać tajemniczej przed moim chłopakiem i od razu, gdy usłyszałam "Nora! Opowiadaj co u Ciebie" wypaliłam praktycznie na jednym oddechu informację o balu.
- Będziemy cholernymi królami balu! - Tak. Dokładnie taka była reakcja Stalego, po wyłożeniu mu najnowszych wieści.
- O ile takie odznaczenia są... - wzruszyłam ramionami - Ale będzie wspaniale! - Potem ustaliśmy to czego się spodziewałam. Stale przyjedzie na cały tydzień i zatrzymamy się w hotelu z dala od nieczułych na naszą miłość ludków i będzie cudownie. Właściwie ustaliliśmy to złe określenie, wręcz kończyliśmy swoje zdania potwierdzając przekonania. Potem jeszcze śmialiśmy się z tego jak możemy się ubrać, a ja pochwaliłam to, że DJ'em będzie Aaron. Następnie opowiedziałam mu o Deanie, chorobie mojej współlokatorki i jeszcze o wielu innych pierdołach. Ogółem na rozmowach spędziliśmy chyba naszą dotychczasową średnią czyli dwie godziny.

Gdy wracałam właśnie z plaży stałam się świadkiem dziwnego zajścia. Nie. Dziwnego to mało powiedziane - ono było wręcz surrealne. Laufey przebrana w kostium kąpielowy przytula Daniela albo przydusza, ale sądząc po jego minie i jej stroju to to raczej to pierwsze. Spojrzałam na zegarek.
- Będziesz mi się spowiadać przed gitarą - mruknęłam po norwesku do siebie i posłałam w przestrzeń wścibski uśmiech. Zajrzałam jeszcze na chwilę do Amy, ale ponieważ spała to tylko podłączyłam komórkę do ładowarki i wzięłam moją gitarę. Zresztą i tak pewnie bym tylko zaszła tu na chwilkę, bo zaraz miałam lekcję z Whitem, a zanim one nastąpią dużo do wyjaśnienia podczas strojenia. Dobrze, że Jack praktycznie zawsze się spóźniał.

- Dobra Lauf w ogóle niema pierdolenia. Spowiadaj mi się ze zdarzenia na plaży! - krzyknęłam jeszcze nie przekraczając progu.
- Po pierwsze to niema przeklinania, a po drugie nie mam z czego - odparła obojętnie. Darowałam sobie reakcję na pierwszą część zdania, jednakże wiedziałam, że chyba powinnam ograniczyć przekleństwa w obecności innych. Przez innych miałam na myśli głównie Islandkę i Brytyjkę, bo Demri i Dean sami nie byli lepsi. A podobno Norwegowie mało klną.
- Laufey widziałaś mnie i dobrze o tym wiemy obie. - Usiadłam obok niej i wyciągnęłam stroik. Potrafiłam na słuch - żeby nie było, aż takim upośledzeńcem muzycznym nie jestem - ale gdy masz ważne sprawy do omówienia to po co się wysilać.
- Nie rób z tego wielkich rzeczy. Po prostu wracałam z lekcji surfingu i...
- Cooooo? Surfujesz i nic mi nie powiedziałaś?
- Na razie byłam na jednej lekcji trudno to jakkolwiek określić surfingiem. Mówiąc dokładniej. - Islandka zdawała się być niezbita z tropu. Nawet na mnie nie spojrzała tylko obserwowała drgania strun na gryfie majstrując przy...pokrętłach.
- Przecież ja bym mogła ciebie nauczyć...za darmo...i byśmy obie miały więcej frajdy - tłumaczyłam zrezygnowana.
- Nauczyciele surfingu nie są tak przystojni jak ty. - Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- No fakt! Ale będziesz musiała mi się odpłacić i jak tylko opanujesz stanie na desce to idziemy posurfować razem. A jak przyjedzie Stale...trzech Skandynawów na deskach! - Odchyliłam się do tyłu zakładając ręce za głowę, a Lauf spojrzała się na mnie pobłażliwie. Dalszą rozmowę przerwał nam okrzyk dochodzący z progu sali:
- Kupiłam sobie motor! - Demri wpadła - tak, dosłownie wpadła - do sali, gdzie za chwilę miały się odbyć zajęcia z gitary.
- C-c-oooo? Ja pierdole no...nikt nic mi nie mówi - krzyknęłam udając zrozpaczenie, ale Draven spojrzała się na mnie jak na idiotkę, więc dodałam - Okazuje sie, że Lauf wzięła lekcje surfingu, ty kupujesz sobie motor! Przecież ja gadałam ze Stalem tylko dwie godziny - powiedziałam i mogę przysiąc, że Demri chyba naprawdę pomyślała, że jest mi z tego powodu bardzo przykro. Aż cisnął mi się na usta cytat Hana Solo "Nie ma mnie przez chwilę i już wszyscy wpadają w manię wielkości", ale cytowanie Gwiezdnych Wojen jest zarezerwowane dla pewnej ekipy z Oslo. 
- I jeszcze Laufey idzie z Danielem na bal! - wykrzyknęła czarnulka wskazując oskarżycielsko Islandkę. 
- Cooooo? I się dowiaduje ostatnia!!! Nie! No koniec tego! Abdykuje! Dosyć! - krzyczałam i właśnie wychodziłam z sali, gdy w drzwiach zatrzymał mnie Jack White. 
- Dokąd to młoda damo? 
- Do Paragwaju! Albo do Kolumbii! Jeszcze nie wiem! Daleko od samolubnych plotkarzy! 
- Nie wytrzymasz tyle bez Stalego - rzuciła z tyłu Lauf dusząc się ze śmiechu 
- Dobrze, dobrze, ale to może po moich zajęciach. Może odrobina samby czy tanga poprawi ci humor... - Jack poszedł na przód cofając mnie do wnętrza. Westchnęłam i posłałam mordercze spojrzenie dziewczynom, które nie mogły opanować ataku śmiechu.
- No to może Nora w takim razie zacznie. Oddaj swoje emocje. - Niby uśmiech na twarzy nauczyciela były zwyczajny, ale mogę przysiąc, że za nim tliła się nutka złośliwości. Dlaczego cały świat się na mnie uwziął?
- Zagraj High Way to Hell - krzyknęła Demri.
- Albo Stairway to Heaven. Nie długo przyjeżdża Stale! - wtórowała jej Laufey. Wzięłam tylko głęboki oddech i z impetem uderzyłam w struny gitary. Szukałam w myślach jakiegoś mocno rockowego utworu, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Może tylko Miss Alissa, ale i to nie było tak bardzo ciężkie jakbym chciała, a po za tym nie znałam utworu na tyle, aby teraz go zagrać z pamięci. Właściwie to najbardziej rockowe piosenki jakie pamiętałam to było tylko Red Hot Chili Peppers i właśnie w tym momencie kochałam Stalego jeszcze bardziej i jeszcze bardziej pochwalałam jego gust muzyczny. Co prawda wolałabym by wpadło mi do głowy coś mocniejszego, ale wypady na ognisko z gitarą i próbami naśladowania Josha Kinghoffera jednak przydały się i dzięki temu wyskoczyłam z By The Way.

Z czasem chamskie żarty dwóch czarnulek zaczynały mnie śmieszyć i dzięki temu w akompaniamencie naszych uśmiechów i mocnych brzmień minęła najfajniejsza lekcja gitary od początku roku. Sprawy pokomplikowały się dopiero gdy wróciłam do pokoju.

Przysłowie "Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane" na brało kompletnie innego, nowego znaczenia. I bynajmniej nie takiego jakiego używali nauczyciele, gdy źle zrobiłeś pracę domową. Bardziej takiego, które oznacza, że twoja współlokatorka może ci zrobić prawdziwe piekło, gdy ty tylko chcesz jej pomóc. Może i mam chorą ambicję uszczęśliwienia całego świata i powinnam się leczyć, ale czy to znaczy, że trzeba mnie zmuszać do poczucia winy? I to jeszcze za to, że mam chłopaka! Wiecie co ona mi powiedziała? "Nora. Dla ciebie to jest proste, bo ty do cholery masz faceta, nie wtrącaj się w życie innych ludzi." Nie zostało jej nic lepszego do roboty tylko jeszcze zwalać to wszystko na Stalego. Najlepiej niech jeszcze zrzuci to na moje niebieskie oczy, albo na to, że urodziłam się w żółtym domu. Niektórym ludziom potrafi porządnie odbić, gdy są chorzy. Ciekawe czy myślała nad tym tekstem całą noc?

- Co jest? - spytała Laufey gdy minęła mnie na schodach.
- Odpuść, okej? - burknęłam wbijając ręce w kieszenie.
- Ja jestem z północy. Ja nigdy tak łatwo nie odpuszczam! - Nie dała za wygraną Laufey. Westchnęłam tylko i nie wzruszona szybkim krokiem szłam przed siebie.
- Jeśli chodzi ci o gitarę... - zaczęła, chyba bardziej, żeby wyciągnąć ze mnie jakie informacje.
- Nie. - Zakończyłam temat, myślałam, że Islandka teraz odpuści jednak jej kroki wciąż dały się słyszeć za mną. W końcu zdecydowałam się wyznać o co mi chodzi:
- Po sprzeczałam się z Amandą - mruknęłam tylko. Przywołałam myślami całe to zdarzenie i coś we mnie drgnęło. Gwałtownie odwróciłam się do dziewczyny. Szłam teraz tyłem i mówiłam, a właściwie wykrzykiwałam:
- Ja się wtrącam w życie innych? Chcę, aby nie była samotna do końca jej usranego życia, próbuję zaznajomić ją z nowymi ludźmi, a ona mi pierdoli, że wtrącam się w życie innych! Ja się kurwa wtrącam w życie innych? Ja? Chyba ją posrało! Przynoszę jej cholerne śniadanie do łóżka i jakoś to nie jest kurwa wtrącanie się do życia innych? A teraz nagle...O! Znalazła się Wielka Córka Ralpha Finnesa! Niech się kurwa tym udławi. Koniec z byciem dla siebie miłym. Mam się kurwa nie wtrącać? Dobra. Nie będę sie wtrącać w jej zasrane życie. W ogóle co mnie obchodzi jakieś nudne i smętne pierdolone życie pseudo-panka? Tylko, żeby potem nie było, że nie mam kurwa uczuć! - Mówiłam bardzo szybko i bardzo głośno. Za każdym razem, gdy w domu się tak denerwowałam Bard żartował sobie, że bawię się w Eminema. Tyle, że teraz to nie było śmieszne. Byłam zła. Szczerze zła. Ponownie wbiłam ręce w kieszeń i odwróciłam się plecami do Islandki. Zdecydowanym ruchem wyciągnęłam jakiegoś zmiętego papierosa z kieszeni i obmacałam kieszenie. - Kurwa! Nie mam zapalniczki! - Przyspieszyłam kroku i wyszłam z Akademii. Jeśli nie Demri to Dean będą mieć jakiś ogień. Nawet nie pamiętam czy Laufey uparcie za mną poszła, czy jednak została w korytarzu. Przy wejściu do budynku zauważyłam Draven. Stanęłam przed nią i rzuciłam ostro:
- Daj mi zapalniczkę! - Czarnulka, aż podskoczyła i dała mi ogień pytając co się stało. Odburknęłam, że jestem zła na Amy i, że zapowiadał się taki super dzień, bo gadałam ze Stalem, że przyjeżdża na cały tydzień, ale oczywiście musiało coś go zepsuć. Stałam tak w milczeniu i chyba wraz z ilością wydmuchanego dymu upadały moje emocje. Gdy wypaliłam już całego Prince'a kopnęłam w ścianę budynku krzycząc "Hellvete" i ruszając z powrotem na dach.

Siedziałam tak wpatrując się tępo w horyzont i bawiąc się palcami. Bez żadnego przejęcia układałam dłonie w znaki West czy i East Coast, czy przyglądałam się moim paznokciom. Z mojej kłótni z Finnes wynikła jedna dobra rzecz - ładnie sobie je spiłowałam. Moje rozmyślania przerwał Dean, który położył rękę na moim ramieniu.
- Co tam księżniczko? - spytał i posłał mi delikatny uśmiech. Usiadł obok mnie i spojrzał mi się prosto w oczy. Właściwie to już przestałam być wkurzona. Teraz chyba byłam tylko trochę przygnębiona. Tak. To dobre określenie. 
- Próbowałam ci znaleźć dziewczynę na bal - odparłam i odwzajemniłam się beznamiętnym wyszczerzem. 
- Masz jakieś obrażenia? Pokaż głowę - Dean odgarnął mi włosy nad uchem jakby szukał jakiś blizn.  Zaśmiałam się. Szczerze. Chyba właśnie zrozumiałam dlaczego darzyłam Australijczyka sympatią już od pierwszej rozmowy. Ten sam idiotyczny humor i olewackie od wszystkiego podejście co Elijah. Jezus Maria Nora to naprawdę jest Twój ideał przyjaciela? No gratulacje! Właściwie to Finn też trochę podchodził pod te kategorie, ale Finn to Finn i nie można go porównywać z nikim.
- Nie. Właściwie to... - Otrzepałam spodnie z niewidzialnego pyłu. - Pokłóciłyśmy się o takie główno - Wyznałam. Doszło do mnie dopiero teraz. Dobrą godzinę po całym zdarzeniu. Jak można się obrazić i zwyzywać dziewczynę za taki banalny tekst? Przecież tego chyba nawet nie da się podciągnąć pod obelgę.
- Ludzie zawsze się kłócą o główno. Chyba, że podczas meczu, ale to co innego - wzruszył ramionami chłopak. Wstał i spytał czy chcę coś do picia. Skinęłam głową i poprosiłam o Carlsberga na co Dean odpowiedział śmiechem i tym, że ile jeszcze jest duńskich rzeczy w moim życiu. No tak. Prince'y są produkowane w Danii, Carlsberg to podstawowe piwo Danii, masło też jem duńskie - brakuje jeszcze cytowania bajek Andersena.
- Chyba powinnam ja przeprosić. Zdecydowanie przereagowałam. Powiedziałam, że jej życie jest do dupy. I to nawet nie jej w twarz. - Zwiesiłam głowę odbierając butelkę od Moriartego.
- Aj tam...nie przejmuj się. Każdy coś palnie. Odkręcisz i będzie dobrze
- Może i tak.

Potem dołączyła do nas Demri z (prawie) nieodłącznym uśmiechem na twarzy wbiła się miedzy nas i mierzwiąc mi włosy - a muszę przyznać, że to było wybitnie komiczne, ponieważ to z reguły wyższy tarmosi niższego - spytała o co poszło między mną, a Amandą. No tak plotki muszą się roznosić bardzo szybko. Właściwie to jest nas dziesięć osób. Zamieszana jest więc jedna piąta całej Akademii, kolejna jedna piąta stała się powiernikami sekretów, czyli dwie piąte uczniów plus Demri, która zawsze usłyszy o wszystkim. A jeśli Demri to zaraz idzie też Briggs i Jessy. Czyli trzy piąte i jestem pewna, że za chwile dowie się też o wszystkim Ash i Mer i tym sposobem w przeciągu pół godziny prawie każdy wie o wszystkim.

- Oto, że Nora Ylvisaker jest chora psychicznie i dobrze będzie jeśli mnie zaraz nie odeślecie do psychiatryka - zaśmiałam się robiąc miejsce dziewczynie.
- Spokojnie. Mnie pewnie zamkną zaraz potem - odparła Draven.
- A tak naprawdę to trochę dogryzłam Amy, ale to chyba klasyk jeśli się spędza ze sobą całe dnie i nie jest się zakochanym
- Dziewczyny mówią o tym, jakby to był jakiś o wiele większy Big Deal
- No Nora lepiej się nie pokazuj, pewnie zrobiły z ciebie jakiegoś degenerata...w najlepszym przypadku - wtrącił się Australijczyk.
- Deanie Moriarty degenerat w języku angielskim to osoba uzależniona od narkotyków lub środków zmieniających świadomość, zboczeniec lub osoba bez godności osobistej. Z tego co wiem nie zaliczam się do żadnej grupy, a po za tym powinieneś się wstydzić, że Norweżka zna lepiej od ciebie angielski - powiedziałam naśladując Oxford English i podnosząc dumnie głowę do góry.

Dopiłam na spółkę z Demri resztę piwa i w niebywale szybkim tempie nabyłam ogromnego dystansu do całej tej sytuacji o wybaczeniu Amandzie i sobie już nawet nie wspominając. Witajcie we wspaniałym, emocjonalnym świecie Nory Ylvisaker. W przeciągu nie całych dwóch godzin wszystkie sprawy się wyjaśniły i zakończyły z uśmiechami na ustach, promilami we krwi i muzyką między tym wszystkim. Załatwianie rzeczy po Norwesku jakby to określił Finn. Ahh...Finn...może zaproszę moich przyjaciół na występ. Byłoby całkiem nieźle. Muszę to przemyśleć. Zdecydowanie muszę to przemyśleć.

<Klękajcie Narody, bo ja między rozdziałami podręcznika od historii napisałam rozdział. Mam nadzieję, że wam się spodoba. I ci wszyscy co się rzucili na robocze niech je piszą. Jak ja mogę to wy tym bardziej :P Ale na Isaaca trzeba będzie trochę poczekać >



sobota, 23 maja 2015

Nora Ylvisaker

<Pomarańczowe fragmenty to będą wstawki Demri>

Już od dobrej godziny siedzieliśmy w pokoju Deana. Mam nadzieję, że pokoje nie mają wspólnej wentylacji, bo sądząc po ilości wypalonych przez chłopaka papierosów, to Laufey z Ash w sąsiednim pokoju miałaby urozmaicenie zapachowe praktycznie przez cały czas. Mnie osobiście to tam nie przeszkadzało szczególnie, że Moriarty palił jakoś inaczej...tak jak widziałam to na starych filmach podczas pościgów samochodowych. Teraz właściwie to wszyscy po prostu wciągają dym i wypuszczają. Żadna filozofia. Właściwie to nawet ja tak robię, a Dean z papierosem wyglądał tak jakby chciał zaraz przywalić jakiemuś mafiozowi dłużnemu mu butelkę whiskey.

Trochę gadaliśmy, trochę milczeliśmy. Nic specjalnego, ale było...fajnie. Właściwie to Australijczyk przypominał mi taką bardziej towarzyską i milszą wersję Waitsa. Ciekawe jak chłopaki się dogadają. Zaśmiałam się na samą myśl o konfrontacji Deana z Jessym.

- Idziemy coś zjeść? - przerwał nasze rozważania chłopak. Była pora kolacji, której z reguły nie jadłam, ale mimo to zgodziłam się. Pewnie Dean też wolał perspektywę poznania kogoś więcej. Wyjątkowo postanowiłam pokazać mu najpierw stołówkę. Co jak co, ale żarcie akurat na dole mieli lepsze.

Staliśmy więc opierając się o blat i czekając na nasze posiłki. To jest tost z serem dla mnie i fish n' chips dla Deana. Przerwał nam komunikat: 

- Szanowni uczniowie. Chciałbym was powiadomić o nadchodzącym balu, który co roku zamyka naszą wspólną naukę. Co prawda do zakończenia semestru jest sporo czasu, ale zdecydowaliśmy się na tak szybki termin, ponieważ będzie was jeszcze czekało ostateczne wystąpienie przed nami oraz waszymi bliskimi. Szczegóły podane są w gablocie przy sekretariacie i stołówce. Dziękuję bardzo za uwagę.

Uśmiechnęłam na samą myśl, że pewnie przyjedzie Stale i zostanie na cały tydzień albo coś i będę mogła z nim pójść na bal i usłyszy jak śpiewam, gram, zobaczy moje etiudy z reżyserii i przede wszystkim będe mogła wreszcie spędzić z nim czas. Na występy może nawet uda mi się zaprosić Finna czy Christine. O mój boże, ale będzie super. W zeszłym roku też były występy, ale nie było balu. Będzie niesamowicie! Tylko, żeby Aaron był DJ'em. God gud vil mirkulost! 

- Idziesz? - spytał podejrzliwie Dean. 

- Mhm. Ze Stalem jak przejdzie - odparłam wniebowzięta i gdy zobaczyłam brak przekonania na twarzy chłopaka dodałam - I Ciebie też chcę tam widzieć Moriarty! - Wskazałam na niego palcem jednocześnie odbierając talerz z tostem od kucharki. 

- I co Nora znajdujesz sobie kolejnego adoratora? - zapytała z uśmiechem. Powiedziałam jej, żeby się puknęła w czoło i przecież mam chłopaka, jednak ta tylko wzruszyła ramionami i posłała porozumiewawcze spojrzenie do Deana wydając mu posiłek. Przewróciłam oczami. Doprawdy już nie można pogadać z płcią przeciwną, żeby nikt was nie podejrzewał o romans. 

Gadaliśmy jeszcze trochę albo właściwie to ja gadałam, bo Dean był zbyt bardzo pochłanianiem jedzenia, żeby jakkolwiek się odzywać. Obok nas przeszła Demri, myślałam, że się dosiądzie, ale tego nie zrobiła. Nie typowe jak dla niej. Coś się musiało zadziać. Nie przerywając rozmowy śledziłam czarnulkę wzrokiem. 

- Słuchaj jesteś super gościem i się z Tobą genialnie gada, ale moja przyjaciółka właśnie płacze, więc... - zaczęłam wstając, nawet nie oderwałam wzroku od Draven. 

- Jasne idź - rzucił Dean. Nie, chyba nie miał mi tego za złe. Przynajmniej nic na to nie wskazywało. 

Podeszłam do Demri. 

- Hej, Dem... - Nawet nie wiedziałam czy mogę tak skracać jej imię - Ty przecież nigdy nie jesteś smutna. Co się dzieje? - usiadłam obok niej i delikatnie dotknęłam jej ramienia. 

- A nic takiego. Naprawdę. - Szybko wytarłam twarz i zerknęłam na nią spod włosów. Nie miałam pojęcia, że mnie zauważyła. - Nie chciałam wam przeszkadzać – dodałam, patrząc w stronę zerkającego na nas chłopaka. 

- Demri... Płaczesz. To nie jest "nic takiego, naprawdę"

- Kiedy ja… - zaczęłam, ale stanowczy wzrok Nory kazał mi się poddać. Brakowało mi tu Jessy’ego. Wiedział, o co chodzi… Westchnęłam. - Wszystko było naprawdę wspaniale... Wiesz, dzisiejszy dzień. A teraz... - zaczęłam, ale gula ugrzęzła mi w gardle. - Pamiętasz jak opowiadałam o moim ojcu? 

Skinęłam głową. Wtedy...w Sztokholmie nie chciałam się mieszać w te sprawy. Z reguły wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś chce mi powiedzieć to mi powie, ale ja nie będę się wbijać w nie swoje tajemnice na siłę. Z reguły, bo oczywiście były wyjątki. Jak na przykład ten. Uparłam się pomóc Demri. Chyba po prostu moje ego nie zniosło tego, że nie potrafiłam pocieszyć Islandki i musiałam znaleźć ujście przy najbliższej okazji. 

- Bo nie powiedziałam wam wszystkiego. Tylko Jessy wie - Zwiesiłam głowę, a Nora wyciągnęła rękę i złapała mnie za dłoń. - On o mnie nic nie wie. Nie wie, że istnieję. Nie myślałam o tym zbyt często i obiecałam, że nie będę, bo uważam go za okropnego, niedojrzałego człowieka, a teraz jak do Meredith zadzwonił telefon... – Nie miałam pojęcia, czy to co mówię ma jakiś gramatyczny sens, ale trudno. Pociągnęłam nosem, czując, że łzy na powrót mi zamazują obraz, a wielka pięść ściska za gardło.

Chciałam coś powiedzieć. Coś pocieszającego, inspirującego, mądrego, ale zamurowało mnie. Nie miałam zielonego pojęcia co powiedzieć dziewczynie, która tak w gruncie rzeczy nie ma ojca. Przecież nie powiem jej, że...właściwie to nawet co. Wydukałam, więc tylko "Dem..." i spojrzałam jej się prosto w oczy. 

- Wiem, wiem - odparłam, uśmiechając się przez łzy. - Pewnie powiesz, że histeryzuję. Jak na razie tylko Jessy widział mnie w takim stanie i niech to pozostanie między nami. - Spojrzałam na nią, po czym zabrałam swojego baliego, przewieszając go przez ramię i wstałam. - Nie będę cię już zamęczać. To nie twoje problemy - dodałam, posyłając jej blady uśmiech i odwróciłam się, odnosząc tackę z nietkniętymi sandwichami.

Siedziałam jeszcze przez chwilę rozważając to co powiedziała mi dziewczyna. Miałam jakąś nikłą nadzieję, że wpadnę na pomysł jakiegoś ambitnego pocieszenia. Myliłam się. Pozostało mi tylko rzucić się biegiem za Demri. Zatrzymałam ją dopiero przy wyjściu. 

- Demri. Każdy ma prawo być smutny, nawet jeśli na c odzień jest tak wesoły i uśmiechnięty jak ty. Każdy. Powiedz mi. Proszę. - Złapałam ją za rękę tak jak na tandetnych filmach romantycznych. Chyba bałam się, że mi ucieknie z płaczem i znowu zawiodę w pocieszaniu. 

- Ale ja nawet nie wiem, co mam ci powiedzieć - westchnęłam. Naprawdę żałowałam, że dałam się złapać. Nie winiłam Nory, ale po prostu nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Od sytuacji z matką i wiadomości o tym, że Alex nie był nigdy moi ojcem? Od nieudanej próby potwierdzenia jej słów? A może w ogóle od dnia kiedy naćpany wokalista przyczepił się do mojej mamy i zaciągnął ją do łóżka, a następnego dnia zniknął?

- Najlepiej wszystko. Od początku. Nie ważne czy to nawet będzie miało jakiś sens. Wiem, że to brzmi tandetnie, ale serio pomaga. Uwierz na słowo - próbowałam ją jakoś zachęcić, ale tak szczerze to byłam do dupy w dwóch rzeczach: składaniu życzeń urodzinowych i pomaganiu w poważnych problemach. 

- Przez szesnaście lat żyłam w przekonaniu, że mój ojczym, jest moim ojcem. Dopiero pięć lat temu, gdy razem z matką przeprowadzili się do Chicago, a ja zostałam w Seattle, coś pękło i Alice, moja mama, postanowiła powiedzieć mi prawdę. Nie wiem, czy to z wyrzutów sumienia, czy uznała, że w tym wieku mi to obojętne. W każdym razie przyjechała po roku nieobecności. Siedziałam wtedy na tarasie i robiłam kolejny de kupaż. Ona przyszła do mojego mieszkania bez zapowiedzi, usiadła i powiedziała, że musimy poważnie porozmawiać. A wyszło, że po prostu przyznała się, że spotkała się z Alexem dopiero rok po moich narodzinach.

Dopiero, gdy Dean próbował do nas dołączyć zorientowałam się, że stoimy w przejściu. Dość słabe miejsce jak na zwierzenia muszę przyznać. Syknęłam do Moriartego coś po norwesku i odgoniłam go ruchem ręki. Oy dritt...czy ja już wtedy traktowałam Deana jak starego przyjaciela jeszcze z Bergen? Nie chciałam, aby coś albo ktoś zbił Demri z tropu. Uśmiechnęłam się do niej przepraszająco i poprosiłam, aby kontynuowała najbardziej subtelnie jak potrafiłam. 

- Z początku nie rozumiałam, o co chodziło, ale gdy opowiedziała o koncercie ukochanego zespołu, spotkaniu z wokalistką i gitarzystą w barze, a na końcu… Nocnej schadzce z jednym z nich… zdajesz sobie co się tam działo. Nie interesowało jej, że był od niej o wiele starszy. Podobno dużo imprezowała w tamtym czasie… no i zaszła w ciążę, a wcale tego nie chciała. Wiesz jak to jest. Zabawa na jedną noc. Jednak postanowiła urodzić. Z jakich powodów, nie wiem i nie chcę wiedzieć. W każdym razie ułożyła sobie życie na początku ze mną, potem z Alexem. Często przebywałam wtedy u dziadków i w sumie oni mnie wychowywali. I tak sobie żyłam do tej pamiętnej rozmowy w kuchni.

Urwałam.

- Potem co się wydarzyło, to nieistotne. A teraz jestem w pokoju z siostrzenicą najlepszego przyjaciela człowieka, który jest moim ojcem. – Zacisnęłam oczy i  zacisnęłam pięści na rąbku sukienki. – Nie wiem, dlaczego tak mnie się tym przejmuję. Nie chcę go poznawać ani w ogóle nic od niego nie chcę. Naprawdę! – krzyknęłam na koniec i znowu się rozpłakałam. Ale szybko się powstrzymałam, wycierając policzki. Przecież nie miałam przez to ryczeć! - A teraz wszyscy mają mnie za jakąś niedorozwiniętą dziewczynkę, która ze wszystkiego na świecie chciałaby jarać trawę do końca życia. Nie patrz tak na mnie, Nora. Wiem, że tak jest. - Pociągnęłam nosem. - Nawet teraz patrzysz na mnie z tą dziwną miną. 

- Wiesz co Demri. Może to zabrzmieć dziwnie, ale ja, osobiście, dziękuję Twojej mamie, że postanowiła się przespać z tym kolesiem. Bo tak naprawdę dzięki temu udało mi się poznać wspaniałą, niezwykle utalentowaną, uśmiechniętą osobę. A jaranie trawy do końca życia jest całkiem niezłą perspektywą - posłałam jej ciepły uśmiech i objęłam ramieniem. Nie przejmowałam się tym, że jest ode mnie z jakieś dwadzieścia centymetrów niższa i musi to przezabawnie wyglądać.

- Nie mów o tym nikomu. Szczególnie Meredith, proszę - szepnęłam, odrzucając włosy, które wpadały mi raz po raz do oczu. - A obiecałam sobie, że Jessy będzie jedyną osobą, która to wie. - Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem.

- No to będzie miał konkurencje - zaśmiałam się. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę Prince'ów i wyciągnęłam w stronę dziewczyny. Chyba po raz pierwszy w życiu zaproponowałam komuś papierosa. Demri obróciła w rękach fajkę i uśmiechnęła się. No tak. Norweżka pali duńskie papierosy, a czego się spodziewaliście? 

Ruszyłyśmy w stronę plaży. Obie z papierosami w ustach. Nie mówiłyśmy właściwie nic. Myślałam tylko nad tym co powiedziała mi Draven. W życiu nie podejrzewałabym jej o posiadanie tak...dziwnej...przeszłości. Tak naprawdę to nie mogłam jej nawet szczerze współczuć, bo nie miałam zielonego pojęcia jak to jest. Próbowałam postawić się na jej miejscu i za każdym razem nie potrafiłam sobie tego wyobrazić, a potem dochodziłam do wniosku, że chyba bym skończyła na Christianii sprzedając kolorowe naszyjniki dopóki nie wykończą mnie narkotyki. Albo...nie wiem. To przecież było tak surrealistyczne. Nie. Po prostu nie. Demri jednak była cholernie odważna, żeby przejść przez takie coś i jeszcze być normalnym. 


środa, 20 maja 2015

Nora Ylvisaker

Nora Ylvisaker fangirluje. I jeśli uważacie, że zdecydowanie przereagowałam wiadomość o koncercie Waitsa, na którym mnie nie było, to nie widzieliście młodej mnie szalejącej na punkcie Stalego. A jednak Christine z Finnem jakoś ze mną wytrzymywali. Hedi co prawda troche mniej. Ta odpalała trawe i ostentacyjnie przewracała oczami. Christine karciła ją, a Finn mówił, że dobrze, że mam świra na punkcie kogoś przystojnego. Tyle, że oni nie mieli wpływu na moje nie-poznawanie Stalego, a Demri miała. I Jessy miał. Wiem, że może za mną nie przepadać, ale mógł mi przynajmniej powiedzieć o koncercie Waitsa. Nawet mogłam wziąć taksówkę, ale nieee....oczywiście, lepiej było zrobić mi na złość, bo jestem wielki, fajny, cudowny Jessy Waits. Sreits. Pfff...

Na szczęście Demri doskonale wie jak poprawić komuś humor albo po prostu ja jestem tak przewidywalna, że każdy zdążył zauważyć, że sam widok deski sprawia, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Tak. Raczej zdecydowanie to drugie. 

W każdym razie udałyśmy się na naprawdę cudowną wyprawę wzdłuż wybrzeża. Tak bez celu i to chyba właśnie było wspaniałe. Wiecie, że po fińsku istnieje słowo na bieganie dookoła bez celu? Juoksennella. I jeśli jednym słowem mogłabym określić to co lubię robić najbardziej to chyba bym właśnie powiedziała Juoaksennella. Właściwie to trudno mi wyjaśnić co jest w tym takiego przyjemnego, ale no spróbujcie uzasadnić dlaczego wolicie lody waniliowe od czekoladowych? Albo na odwrót. To jest właśnie na tej samej zasadzie. Po prostu. 

Moja stara, dobra deska została w Oslo. A dokładniej na przedmieściach. W Rykkin. U Stalego. Stwierdziłam, że w LA i tak nie będę miała z kim robić żadnych akrobacji, więc nie opłaca się wieść dwóch. Uwielbiałam moją różową Penny, była ładna i jeśli chciałeś się po prostu poruszać to była wygodna. Jednak, żeby już robić jakieś triki to preferowałam tą zwykłą. 
Mimo braku sprzętu posłuchałam mojego instyntku i pognałam w stronę skateparku. Usiadłam na mojej desce i rozglądałam się po okolicy połowicznie słuchając Demri. Opowiadała coś o swoim kocie. Stale też miał kota. A właściwie kotkę - Tussę. 

Potem Draven zerwała się wbiła w grupkę jakiś chłopaków. Uśmiechnęłam się. Typowa Demri...zawsze znajdzie sobie jakiś znajomych. Nie, żebym uważała, że to złe, bo nie - to było urocze i nawet fajne. Szczególnie wtedy, gdy dzięki temu zorganizowała mi deskę do surfingu. I pewnie normalnie nie zostawiałabym jej samej, ale czarnulka już sobie zagospodarowała czas z jakimś przystojniakiem, więc ja mogłam sobie pozwolić na chwilę surfingu. 

- Mogę ci postawić drinka? - spytał jeden z surferów siadając obok mnie. 
- Drinka? Zawsze - odparłam i nie czekając na jego reakcję krzyknęłam "Manhattan" barmanowi. 
Demri gadała z boku z jakimś chłopakiem i chyba miała ze mnie niezły ubaw, a szczególnie wtedy kiedy kolejny surfer pojawił się obok mnie z tekstem "W jakim kraju można szukać takich ładnych dziewczyn jak ty?". Uśmiechnęłam się tajemniczo i zrobiłam obrót na barowym stołku. Następnie bardziej do barmana niż do niego rzuciłam "Norge". 
- Norweżka potrafi surfować? 
- I to jeszcze jak surfować! 
- Mój chłopak mnie nauczył - wzruszyłam ramionami biorąc łyk drinka i ruchem głowy dziękując chłopakowi za napój. Ten chyba zaraz pożałował, że wyrzucił dolary w błoto, bo ja dostałam drinka, ale z flirtu nici. 
- Masz chłopaka?
- Najlepszego na świecie. Interesujecie się chłopaki snowboardem? - Oparłam się o blat. 
- Ja nie mogę Norweska-surferka chodzi ze snowboardzistą! - Ten pierwszy tylko skinął głową. 
- A mówi wam coś imię Stale Sandbech? - uśmiechnęłam się szelmowsko. Surfer 2 walnął coś na kształt facepalma połączonego z rezygnacją, za to Surfer 1  wykrzyknął:  
- Chodzisz z wicemistrzem świata? - Nie odpowiedziałam. Zamiast tego nonszalancko spytałam Demri czy nie powinnyśmy wracać do Akademii. 

***

Ponownie siedziałyśmy na dachu. Ja piłam mrożoną, zieloną herbatę, a Demri jakiś świeży sok. 
- Co było w tych szlugach? - przerwałam milczenie. Ze zmęczenia albo coś rozmowa przestała się kleić. Siedziałyśmy w ciszy, ale szczęśliwe. Nie było w tym nic nie zręcznego. Czysta przejmność. Napawanie się chwilą - siedzeniem z przyjaciółką u boku i patrzeniem się na zachód słońca nad Pacyfikiem. 
- Trawa - mruknęła dziewczyna najzwyczajniej na świecie. 
- Nie mów Stalemu. Ani Vegardowi. Ani Bardowi - rzuciłam równie naturalnie. 
- Już lecę powiedzieć. Veeeegaaaard!!!! Koooochaaaanieeee!!!! - Jednak obie wiedziałyśmy, że nie mamy ochoty na jakiekolwiek szalone akcje i było to raczej od niechcenia. 

Gdy tak patrzyłyśmy na czerwone promienie tonące w Oceanie przypomniało mi się coś. A właściwie to przez wczorajszą rozmowę z Laufey, bo to ona mnie natchnęła do wznowienia starych przyjaźni. Nie, że o sobie zapomnieliśmy tylko po prostu rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Tak wiecie, każdy był zajęty swoimi sprawami i od czasu do czasu wymieniliśmy może kilka wiadomości na chacie, ale woleliśmy gadać na żywo, więc czekaliśmy cały rok. A może to tylko ja czekałam cały rok, a oni czekali, aż ja łaskawie do nich zadzwonię. Nie wiem, ale wczoraj zdałam sobie sprawę, że trochę zaniedbałam moich starych, wspaniałych przyjaciół i może powinnam to jakoś zmienić. Jak to mówią "chcesz zmieniać świat - zacznij od siebie". Przeprosiłam więc Demri i poszłam na plażę zadzwonić do Christine. 


- It's been a long day, without you my friend, And I'll tell you all about it when I see you again - zaśpiewałam, gdy po drugiej stronie wreszcie odezwał się głos „Halo”
- Nie wierzę. Nora Ylvisaker do mnie dzwoni i to nie po to, żeby powiedzieć „Gdzie ty do cholery jesteś…czekam już od dobrych ośmiu sekund”!
- Stwierdziłam, że może powinnam zadbać o moje przyjaźnie za Oceanem…
- Na tym samym Oceanie chyba, że…Czy ty jesteś w Oslo? - wykrzyknęła Christie przerywając sama sobie. 
- Nie chill... Siostra Wielkiego Geografa Vegarda Ylvisakera, nie musi wszystkiego ogarniać na tip top. 
- Dobra, dobra. A tak serio to po co dzwonisz…w środku nocy u Ciebie jak mniemam? Nie brzmisz na pijaną
- Prawdziwy wiking potrafi się upijać. A tak na serio to jeśli mi czegoś nie dosypali do piwa to chyba jestem całkiem trzeźwa - Milczenie. - Po za tym znudził mi się chat. Nie można już zatęsknić za starymi przyjaciółmi? - I gdyby Christie stała teraz tutaj przede mną to jestem pewna, że zrobiłaby minę „Nie pierdol, ok?”. 
- Nora…
- Nie cieszysz się?
- Cieszę się…tylko. Nie odzywałaś się przez tak długi czas…i…
- Wiem. Narozrabiałam. Możesz mnie zlynczować przy najbliżej okazji. Ale przysięgam na bilety na koncert Jana Garbarka, że cały czas o was myślałam. Znasz mnie…
- I teraz ruszyło ciebie sumienie? - W głosie Christie wciąż brzmiało zwątpienie, a ja z każdym jej słowem zaczynałam się czuć coraz bardziej winna. 
- No…powiedzmy. Będę dzwonić do Ciebie przynajmniej raz na tydzień. Przysięgam. Jak nie to…
- To naskarżę Stalemu - brunetce wyraźnie poprawił się humor. Roześmiałam się. 
- Nie…tylko nie to. 
- Z Królową Wikingów niema przeproś…
- „Zostawiam was na chwilę i już wszyscy popadają w jakąś manię wielkości” - I od tego momentu znów wszystko było po staremu. Ja wisiałam na telefonie z moim nie-amerykańskimi znajomymi, Stale robił triki na szwajcarskich stokach, Christie malowała z telefonem przy uchu, a Finn...Finn pił Carlsberga nad kanałem w Nyhavn . 

< No wiem trochę krótki, a myślałam, że będzie dłuższy, ale pisałam to w nocy nie mogąc spać, więc no nie oczekujcie cudów.  No i tak wiem jest mało spójny, ale może mi wybaczycie. Ale no jest i postaram się poprawić z długością postów >