Layout by Raion
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amanda Finnes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amanda Finnes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2015

In The English Rain





Amanda Valentina Fiennes

✘ 14. 12.1997 ✘ Liverpool, Anglia 
✘ Córka chrzestna Ralpha Finnesa, kuzynka Hero Finnesa - Tiffina 
(ogólnie należy do całej tej uzdolnionej rodzinki)

Na początek zacznijmy od tego, że Amanda nie przepada za swoim imieniem, woli zdrobnienie jakim jest Amy. Urodziła się pewnej grudniowej nocy w Liverpoolu, jako córka Isabelle Spencer (wcześniej Fiennes) i Bryan'a Devona, byłego frontmana lokalnego zespołu Bad Reputation. Od niego zaraziła się miłością do muzyki i już od najmłodszych lat przejawiała swoje zainteresowania związane z grą na pianinie, gitarze akustycznej, oraz dołączyła do chóru kościelnego. Niestety z tego ostatniego musiała zrezygnować z powodu nauki w szkole, a rozważała jeszcze rozpoczęcie nauki baletu. Jej matka była miłośniczką koni i psów, pewnego dnia zabrała Amy do angielskiej wsi, Barnham, gdzie dziewczynka również pokochała siedzenie w siodle i adrenalinę związaną z jazdą. Niestety rodzinna sielanka nie trwała długo, Bryan i Isabelle rozwiedli się. Mężczyzna zajął się swoją córką, gdyż matka pracowała w rozjazdach, potem popełniła samobójstwo. Ojciec Amandy zaczął nadużywać alkoholu i być agresywny. Dziewczyna stara się omijać ten smutny czas, dla niej życie nabrało znowu sensu, kiedy zamieszkała u Ralpha. To jak nagłe przerwanie filmu, który przeskoczył o kilka scen do przodu, czyli życie z rodziną, ominięcie wątku alkoholizmu i ponowne szczęśliwe życie z wujkiem w Londynie. Dostawała wszystko, co chciała (nawet spędzała czas na planie filmowym, gdzie pracował Ralph), aczkolwiek Amanda nigdy nie stała się rozpieszczona. Londyn dał jej możliwość nauki gry na perkusji, ale obiecała sobie, iż nigdy nie zrezygnuje z delikatnego dźwięku pianina, nawet jeśli muzyka ta będzie wywoływać łzy w jej oczach. Stała się także miłośniczką ciężkich brzmień.
Amanda kocha pomagać ludziom, ale nie lubi wtrącać nosa w czyjeś życie. Często ma zbyt długi język, jeśli chodzi o zadawanie pytań, lub spostrzeżeń. Wszelkie sekrety i plotki zachowuje dla siebie. Do życia podchodzi sceptycznie, nie stosuje zasady Carpe Diem, dla Amandy Fiennes nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie, uważa, że wszystko co człowieka w życiu spotyka jest jego zasługą. Stara się być optymistką, jednakże ma problem z docenianiem siebie i swoich umiejętności. Wolne chwile woli spędzić w towarzystwie muzyki, książki, czy bliskiej osoby, niż na imprezie pomiędzy tłumem ludzi, ale z czystej dobroci nie odmówi posiedzenia w takim gronie. Do nauki w Akademii sama siebie zachęciła, chociaż obawiała się wielu rzeczy. Jak widać, Amanda jest dosyć wrażliwą osobą, jednak szczerą i twardo stąpa po ziemi. Często płacze na filmach, lub nad kartami powieści, które swoją drogą uwielbia czytać, czym potrafi zdenerwować innych.
W przyszłości chciałaby zająć się karierą muzyczną: założyć zespół, lub pokusić się o solową pracę. Ewentualnie jedno i drugie. Raczej nie widzi siebie jako aktorki, jednak jeśli nadarzyłaby się możliwość występowania w filmach, to Amy nie pogardzi dodatkowym zajęciem. W rodzinie powiązanej ze światem filmowym, naprawdę trudno stwierdzić, że zostanie się muzykiem, dlatego Amanda czuje się czarną owcą. Dalsi krewni uważają, że skończy tak samo jak ojciec, ale dzięki wsparciu wuja wie, że będzie inaczej.
W Akademii, uczęszcza na aktorstwo ze względu na rodzinę. Pozostałymi zajęciami Amandy są śpiew. pisanie tekstów i jej największa miłość, czyli sekcja rockowa.

Mieszka razem  z Norą Ylvisaker.

______________________________________Agata Blackbird____________________________
______________________________________Barbara Palvin_____________________________

wtorek, 8 września 2015

Amanda Fiennes

<Halo, halo! Nie śpimy. Postanowiłam pierwsza (jak to mówi mój wujek...ofc prawdziwy xD) rzucić kości. Także coś tam wskóram i może jakoś się ruszymy dalej, po tej długiej przerwie. Miałam napisać o świętach, ale uznałam, że to sobie odpuszczę, niestety zostanie tylko w mojej głowie.>


    Widząc moją współlokatorkę kompletnie skupioną na zrobieniu zdjęcia, postanowiłam z daleka rozkoszować się tym widokiem. Blondynka obserwowała mewę, a gdy ta uciekła w popłochu przed obiektywem, rozległo się norweskie przekleństwo. Już za długo z nią mieszkam, aby zdziwić się tym zachowaniem, ale widok pracującej Ylvisaker z czymś, co nie było buteleczką lakieru do paznokci, przyprawił mnie o większe zdziwienie. 
- Ty fotografujesz? - oczywiście wiedziałam o zajęciach na jakie uczęszcza Nora, po prostu nigdy nie widziałyśmy siebie grających na instrumentach, czy oddających się w wir innych zajęć. Wyjątek stanowiły tylko lekcje śpiewu na które uczęszczałyśmy razem. 
- No. Raz nie mam w dupie zadania, raz - odparła wściekła i spojrzała na fale bijące o brzeg - Głupi ptak.
- Na czym polega zadanie?
- Muszę zrobić kolaż. Pomyślałam o zrobieniu zdjęć wszystkim obiektom w Akademii, tylko sęk w tym, że nikt nie chce patrzeć na mewy, czy puste sale, pokoje...
- A może miasto? - zaproponowałam pośpiesznie. Ylvisaker, podniosła pytająco brwi.
- Zbyt oczywiste.
Przez chwilę myślałam w jaki sposób mogłabym pomóc dziewczynie. W jednym momencie przyszło mi do głowy, aby po prostu olała zadanie i poszła na swoje bajgle, czy co tam innego. Ale to była Nora Ylvisaker, jak coś sobie postanowi, to tak musi się stać. 
- Mogę zrobić ci zdjęcie? - zapytała znienacka, a przed oczami zobaczyłam obiektyw aparatu.
- Nie, nie, nie - zakryłam ręką aparat, wywołując pisk ze strony blondynki.
- Nie ręką - zaczęła uporczywie wycierać bluzką obiektyw - Ciężko się to czyści. 
- Nie lubię jak ludzie robią mi zdjęcia bez mojej wiedzy.
Nagle jej oczy rozbłysly i stały się większe. Nie lubiłam takich sytuacji, to u Nory oznaczało tyle, co: "Mam genialny pomysł, ale muszę cię do tego wykorzystać". 
- Zrobię kolaż z uczniami Akademii i z nauczycielami! - wykrzyczała triumfalnie, po czym chwyciła mnie za rękę. Pobiegłam na złamanie karku z dziewczyną do pokoju. Zamknęłam drzwi i wzięłam kilka głębokich wdechów, by przywrócić sercu prawowity rytm. Nora wypisywała coś na kartce - Jak myślisz, lepsza jesień, czy lato?
- Emm... - ciągnęłam zakłopotana.
- Jesień! Lato każdy lubi, a ja chce pokazać urok jesieni. 
- Ale mamy lato - zauważyłam wskazując na okno - Jak chcesz zrobić efekt jesieni?
- Demri coś wymyśli. Idź po nią.
- Ale...
- Amy! Proszę. 
Wyszłam z pokoju ze skwaszoną miną. Nigdy nie widziałam Nory tak podnieconej i zdenerwowanej zarazem, słyszałam tylko jej dreptanie z kąta w kąt, nie chciałam się narażać na jej gniew, więc zrobiłam to co mi kazała. Meredith i Demri mieszkały dosyć blisko nas, zapukałam kilka razy w drzwi i weszłam do środka. Draven siedziała na łóżku, słuchała muzyki i szkicowała. Dlatego nie słyszała pukania, zorientowała się, że ktoś jest w pokoju. Uniosła bystre oczy znad kartki, natychmiast wstała z łóżka i wyłączyła muzykę.
- Amanda, fajnie cię widzieć. Co słychać? - zagadała odsuwając nogą stertę szmat pod łóżko. 
- Właściwie nawet okej, ale przybywam tutaj z misją - wzięłam krótki oddech i dalej kontynuowałam - Nora wpadła na genialny plan, że nam wszystkim zrobi sesję zdjęciową. Mam cię do niej przyprowadzić.
Czarnulka zaśmiała się rozbawiona. 
- Już widzę jak chłopcy pozują z zawieszonymi przez ramię kurtkami.
- Albo w samochodzie Laufey - dodałam. 
Wróciłyśmy do Nory. Norweżka nie rozstawała się z kartką i długopisem, cały czas coś notując z niewielkimi odstępami na myślenie. 
- Przyprowadziłam Demri - oznajmiłam przekraczając próg. Ylvisaker uśmiechnęła się w naszą stronę prezentując równy rządek białych zębów.
- Amy, ktoś do ciebie dzwonił - rzuciła moja współlokatorka. Wzruszyłam ramionami, byłam zafascynowana pomysłem Norweżki, ale ciekawość wzięła górę. Przygotowana na nieodebrane połączenie od wujka, aby zdać relację z tego tygodnia, albo możliwe od Hero z pytaniem: "Gdzie trzymasz płytę U2?" odblokowałam telefon, a moim oczom ukazała się czerwona słuchawka przy nazwisku Franka, mojego dobrego przyjaciela. Franka Dillane'a, poznałam na planie szóstej części Harry'ego Pottera, nie nie grałam w filmie, ale dzięki wujkowi mogłam oglądać jak przebiega praca nad ekranizacją przygód młodego czarodzieja. Uważam, że miałam ogromne szczęście, bo przecież dzieciaki i młodzież z całego świata mogłaby o tym pomarzyć, a ja jako dwunastolatka po prostu sobie siedziałam, nie przeszkadzając w nagraniach. Tak właśnie poznałam Franka. Gdy wcielał się w nastoletniego Toma Riddle'a, miał osiemnaście lat, więc trudno uwierzyć, że pełnoletni chłopak po prostu sam z własnej woli zagadał do dziecka. Wtedy zaczęła się nasza przyjaźń, a może ja tak ją tylko nazywałam? W każdym razie po skończonych zdjęciach z jego udziałem, zostawił swój numer telefonu, bym mogła kiedyś zadzwonić. Oczywiście, że zadzwoniłam, choć za pierwszym razem się wstydziłam, a dalsza historia opiera się na SMS'ach. Nie widziałam go na oczy, odkąd wyprowadziłam się z Londynu, wcześniej Liverpoolu, a wuj załatwił nam dom w Nowym Yorku. Śledziłam poczynania swojego kolegi od jego samego, muszę powiedzieć, iż zaskoczył mnie rolą w Fear The Walking Dead, czyżby wiedział, że kocham pierwowzór tego serialu? Nie wiem.  Nie odezwaliśmy się do siebie, odkąd przybyłam do Akademii, sądziłam, że o mnie zapomniał. Natychmiast chciałam oddzwonić, ale uznałam, że zrobię to później. Nora czekała w niecierpliwości. Włożyłam telefon do kieszeni spodni i zaczęłam słuchać jej planu.
Wydawał się prosty, Demri musiała wykonać liście, abyśmy mogli zrobić sesję w parku, no i potrzebne są stroje, ale o to każdy ma zadbać indywidualnie. Gdy nasze małe zebranie dobiegło końca wyszłam z pokoju z zamiarem zadzwonienia do chłopaka. Jednakże nie dane mi było spokojne odejście, Nora zaraz musiała wszystko wiedzieć.
- Kto to Frank? - zapytała z szerokim uśmiechem. 
- Mój jedyny męski przyjaciel. Frank Dillane, może znasz.
Norweżka zamyśliła się przez chwilę. Postanowiłam rozwiać jej wątpliwości. 
- Grał Riddle'a w Księciu Półkrwi, obecnie Fear The Walking Dead.
- Cholera, chyba muszę się trochę zainteresować Hollywood - westchnęła - To ten serial, który oglądasz? Wiesz, nie chcę nic mówić, ale nie wierzę w przypadki. Ty chyba też nie.
- Owszem, wierzę w przypadki - skinęłam głową i wyszłam. Właściwie to nie miałam bladego pojęcia, o czym mogłabym rozmawiać z Frankiem, minęło trochę czasu odkąd się nie widzieliśmy, a tym bardziej odkąd ostatni raz pisaliśmy ze sobą. Nacisnęłam zieloną słuchawkę, a głos po drugiej stronie sprawił, że się uśmiechnęłam idiotycznie. 
- Nareszcie mała, czyżby Los Angeles do reszty cię połknęło?
- Nic z tych rzeczy - szłam powoli przez korytarz. To było moje kolejne zachowanie, które zaliczam do dziwnych, nie umiem rozmawiać przez telefon siedząc, lub stać, muszę chodzić. Podobnie zresztą jest ze słuchaniem muzyki.
- Co słychać? Jak ludzie, szkoła, opowiedz wszystko. - w tej chwili wyobraziłam sobie Franka leżącego w bolesnej pozycji na kanapie z paczką chipsów, oglądającego X-Menów i oczywiście rozmawiającego ze mną. Była też opcja, że mógł grać w GTA, lub The Last Of Us. 
- Właściwie to tu jest super. Nie narzekam. Ludzie? Mieszani, ale naprawdę...mamy Norweżkę, Hinduskę, Amerykanów, Islandkę i jestem ja, Brytyjka. 
- Nieźle - prychnął zadowolony - Podobno uczy cię sam Dominic Howard? Gratulacje. 
- Dzięki. Przygotowujemy się do wernisaży, ale pewnie ktoś z mojej rodziny ci wspominał.
- Wiesz co, szczerze mówiąc nie. Ostatnio jestem zapracowany nad pewnym projektem, który może zainteresować pannę Fiennes. 
- Fear The Walking Dead - prawie pisnęłam ze szczęścia - Nick, jest nawet spoko, ale nie wróżę mu dobrze. Chłopak uzależniony od narkotyków w świecie zombie...
- Ej! - krzyknął z udawanym oburzeniem - Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty skazujesz mnie na klęskę. Poczekaj,doigrasz się. 
- Tylko kiedy, raczej się nie zapowiada, abym wróciła do Londynu. Przynajmniej w najbliższym czasie. 
- Po co wracać do Londynu, jak można się spotkać w Los Angeles. Właśnie po to dzwoniłem, Amy.
Gwałtownie stanęłam.
- Och. Może chciałbyś przylecieć na wernisaż? Pewnie znajdzie się czas, by pogadać, poznasz moich znajomych, spędzisz czas z rodziną. 
- Amy ja jestem w Los Angeles - powiedział szczęśliwy. Nie wiem z jakiego powodu, ale zapewne podobało mu się robienie ze mnie kretyna. 
- Co?! - oparłam się plecami o ścianę i zacisnęłam w zębach pomalowany na różowo paznokieć. 
- Kręcimy serial w Los Angeles, mieszkam u kolegi, który studiuje. Właśnie po to dzwoniłem, obecnie mam wolny czas przez trzy dni, może dałoby radę, abyśmy się spotkali?
- Frank... - wydukałam zaskoczona starając się zebrać myśli - Oczywiście, że tak. Bardzo chętnie się z tobą zobaczę. Tylko kiedy?
- Mogę nawet dziś, jeśli nie masz nic przeciwko. 
- Jasne! A może wbijesz do Akademii? Poznasz Norę, moją przyjaciółkę i współlokatorkę. 
- To dobry pomysł? Nie chciałbym, żebyś miała kłopoty.
- Proszę cię, nie takie rzeczy się tu dzieją. Ale opowiem ci jak po zwiedzaniu szkoły pójdziemy coś zjeść. 
- Kuszące - mruknął, po czym nastała chwilowa cisza - Okey, będę u was za dwie godziny. Muszę się ogarnąć. Mam nadzieję, że jest tam parking.
- No pewnie, a co ty myślisz? - zaśmiałam się.
Po rozmowie wróciłam pędem do pokoju. Wpadłam do środka krzycząc i machając rękoma, chciałam uzewnętrznić swoje odczucia, które tłumiły się we mnie od początku, gdy usłyszałam głos przyjaciela. Nora patrzyła na mnie zszokowana przytulając swój notatnik. Uspokoiłam się. 
- Przepraszam, po prostu jestem mega szczęśliwa. - strzepałam włosy do tyłu.
- Widać ten Frank tak na ciebie wpływa - mrugnęła porozumiewawczo, a ja puknęłam się palcem w czoło. On był tylko moim przyjacielem, chociaż nie wierzę w typową przyjaźń damsko-męską. Z drugiej strony nim przyjechałam do Akademii, zaczęłam czuć do chłopaka coś więcej, stał mi się bliski. Czasami nawet o nim myślałam, zanim zasnęłam, w szkole mi się to nie zdarzyło. Nie chciałam dawać Norze satysfakcji, z resztą on jest starszy o sześć lat. Wątpię, by mógł się zakochać w "smarkaczu". 
- Za dwie godziny będzie tutaj - rozejrzałam się po pokoju - Chcesz go poznać?
- Jeszcze się pytasz. Jasne. 
- Super, teraz muszę się jakoś ubrać, pomalować, bo wyglądam jak zombie. 
- Myślę, że by nie pogardził - odparła kąśliwie Ylvisaker. 
Jakiś czas później stałam przed wejściem do Akademii, cała zdenerwowana. Nora uznała, że poczeka w naszym pokoju. Gdy na parking wjechał wiśniowy Jaguar F-type z odkrytym dachem, nogi pode mną się ugięły. Lubiłam samochody i to nawet bardzo, dwuosobowy pojazd wydał mi się idealny do podróżowania miastem jakim było Los Angeles, a w szczególności nocą. Miejsce kierowcy opuścił średniego wzrostu chłopak. Jego brązowe, jasne włosy opadały mu prawie do ramion, uśmiechnął się w moją stronę, a ja nie powstrzymywałam siebie przed pobiegnięciem w stronę przyjaciela. Wydał z siebie okrzyk i podniósł mnie do góry jak małe dziecko, którym zapewne w jego oczach byłam. 
- Nie mogę uwierzyć, dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś? - zapytałam, gdy odstawił mnie na ziemię. 
- Chciałem ci zrobić niespodziankę, znam cię i wiem, że nie skupiłabyś się na nauce. Potem twoja rodzina znienawidziłaby mnie.
Uśmiechnęłam się i przytuliłam go jak tylko najmocniej jak mogłam. Chłopak cmoknął czubek mojej głowy. Ruszyliśmy w kierunku wejścia do budynku, objaśniałam mu mniej więcej, gdzie co się znajduje. Sądząc po reakcji mojego gościa najbardziej spodobała mu się informacja o plaży za Akademią. Po zaprezentowaniu sal, niekiedy i nauczycieli, między innymi z Howardem, poszliśmy do pokoju mojego i Nory. Blondynka siedziała na łóżku i dałabym sobie rękę uciąć, że przeglądała Instagrama, lub gadała ze Stalem. 
- To jest właśnie Nora, moja współlokatorka - wskazałam na dziewczynę, a ta natychmiast się podniosła z miejsca. Spojrzałam kątem oka na  Dillane'a - Nora, to jest Frank. Mój przyjaciel. 
Oboje przywitali się z uśmiechem. Norweżka jako pierwsza zaczęła mówić.
- Dobrze, że wreszcie mogę poznać kogoś od Amy. Ona poznała już mojego chłopaka i braci, a ja nikogo, cieszę się, iż jesteś pierwszy.
- Miło mi - przyznał chłopak.
- Grałeś w szóstej części Pottera, przyznam się. Nie poznałabym cię teraz na ulicy, strasznie się zmieniłeś.
- Amy nie raz mi to mówiła, a ty jak dokładnie się nazywasz?
- Nora Ylvisaker, jestem z Norwegii. Nie sądzę, by Amy o mnie wspomniała z nadmiaru tych emocji.
Frank spojrzał na mnie pytająco, więc chciałam pośpieszyć z wyjaśnieniem pochodzenia blondynki, ale ku mojemu zaskoczeniu doskonale wiedział, kim ona jest.
- Ta Ylvisaker, od Ylvis? 
- Tak! - krzyknęła uradowana, a na jej ustach pojawił się większy uśmiech - Znasz Ylvis?
- Kto nie zna The Fox. Po tej piosence ogarnąłem więcej.
Nora popatrzyła na mnie z wyraźnym zadowoleniem w oczach. 
- Nie mówiłeś, że słuchasz Ylvis - powiedziałam lekko zszokowana.
- Nie mówiłaś, że twoja współlokatorka jest Ylvisaker.
- Vegard i Bard, to moi bracia - dodała Nora, najwyraźniej jeszcze podekscytowana tym, że ktoś zna jej rodzinę - A znasz takiego snowboardzistę, jak Stale Sandbech? 
- Niestety nie - przyznał zrezygnowany.
- Skąd wiedziałam, że zaraz o niego zapytasz? - zaśmiałam się, a Nora przyłożyła palec do ust.
- Shush. To mój chłopak, więc mogę - przyjrzała się dokładnie Frankowi - Jakbyś chciał to wpadaj na wernisaż. Poznasz moich braci i Stale'a, może nawet pójdziemy gdzieś we czwórkę.
- Może chcesz jechać z nami coś zjeść? - zaproponowałam, ale po chwili przypomniałam sobie, że auto mojego przyjaciela ma tylko dwa siedzenia. Norweżka pokręciła przecząco głową. 
- Bardzo chętnie, ale mam trochę pracy. Muszę rozplanować sobie ten kolaż, popytać nauczycieli, innych uczniów. Demri obiecała, że przekona Waits'a.
- Już to widzę - pokręciłam oczami. Nie to, że nie wierzyłam w tą małą czarnulkę, po prostu Jessy jakoś nie pasował mi na modela, ale to wizja Nory i skoro chciała wszystkich, to tak musiało być. Nim wyszliśmy, Nora krzyknęła w naszą stronę, abyśmy bawili się dobrze. Wiedziałam, że po powrocie nie ominie mnie typowo babska rozmowa, jednak na razie chciałam się cieszyć popołudniem w towarzystwie przyjaciela, którego przecież nie widziałam na oczy kilka ładnych lat. Wsiedliśmy do wiśniowego Jaguara i przyjrzałam się mu dokładnie.
- Twoje auto? 
- Jasne, ale gdybym wiedział, że twoja Nora, będzie taka fajna to przyjechałbym samochodem kolegi - włączył radio z którego wydobyła się piosenka Love Me Like You Do. Zaczęłam jęczeć niezadowolona. Piosenka nawet wpadła mi w ucho, ale miała jeden defekt. Pięćdziesiąt Twarzy Greya. Frank roześmiał się i złośliwie pogłośnił piosenkę. 
- Jedziemy moim samochodem, czyli słuchasz tego, co ja chcę - odpalił silnik, po czym zaczął fałszować tekst Ellie. 

***

- Wtedy obudziłam ich pięknym Shake It Up w wykonaniu Taylor Swift, zamówiłam owsiankę, która w Norwegii ma jakąś odjechaną nazwę. - siedzieliśmy właśnie na przeciwko małej knajpki jedząc ciasto i popijając kawą. Frank jak zwykle zamówił czarną, bez cukru, mleka, czy czegokolwiek słodkiego. Ja pokusiłam się o słodkie latte ze śmietanką, która wprost rozpływała się w ustach. Opowiadałam mu o wszystkim, co działo się w szkole od momentu mojego przyjazdu, a przyznaję, działo się całkiem sporo. 
- Rømmegrøt. Norwegowie tego nienawidzą - poprawił mnie chłopak, nie kryjąc śmiechu. Każda dziewczyna przechodzi w swoim życiu moment, gdy uznaje czyjś uśmiech za interesujący, albo ładny. Uśmiech Franka Dillane'a, był uzależniający. Mogłabym na niego patrzeć godzinami, a całe życie jak miesza kawę, mimo, że przecież jej nie słodzi. 
- Mówisz jak Nora - prychnęłam - Opowiadam o najlepszej pobudce ever, a ty, że owsianka i Norwegowie jej nienawidzą. Ja też nie lubię owsianki, wiedziałeś?
- To wiedziałem - przyznał z powagą, ale w mgnieniu oka powrócił do swojego zawadiackiego uśmieszku. Z knajpy właśnie wydobywała się cicha piosenka, ale nie wiedziałam, kto ją śpiewa i nawet mnie to nie obchodziło. Ale była bardzo klimatyczna dla tej części miasta, jakby spokojnego odludzia. Czułam na sobie wzrok Franka, bacznie mi się przyglądał, jakbym była dla niego obcą osobą.
- Nie poznajesz mnie, prawda? - w moim umyśle brzmiało to bardziej jak przekonanie, niż pytanie.
- Oboje się zmieniliśmy. Po prostu jesteś piękna.
Przygryzłam dolną wargę, by powstrzymać usta od wygięcia się w niekontrolowany głupkowaty uśmiech. 
- Też się zmieniłeś. Gdzie się podział ten chłopczyk z potarganymi włosami, albo ulizanymi w stylu kujonka. 
- Też mi coś. Ty miałaś piegi i aparat na zębach.
- Miałam dwanaście lat, a ty osiemnaście - wystawiłam język w iście dziecięcym stylu - Teraz ja mam osiemnaście i jak widzisz, trzymam się dobrze. 
Moglibyśmy się tak spierać jeszcze długi czas, niestety ograniczał nas czas. Na osiemnastą miałam zaplanowane zajęcia z aktorstwa, co się z tym wiążę, przygotowanie do wernisaży. Pewnie mój towarzysz także miał plany związane ze swoim serialem. Spojrzałam na zegarek, miałam jeszcze półtorej godziny.
- Kiedy jeszcze się zobaczymy? - pochylił się lekko w moją stronę, jakby zaraz miał zamiar szeptać. 
- Kiedy będziesz miał czas, potem ci prześle mój plan zajęć, który nie jest zbytnio napięty. Sam zobaczysz. 
- Dobra, dam znać. Odwieźć cię do Akademii?
- Jak chcesz - odparłam zamyślona. 
- Chcę. 
Skinęłam głową i ruszyliśmy w stronę samochodu, zostawiając puste naczynia i napiwek dla kelnerki. Jechaliśmy milcząc. W radiu leciała piosenka Taylor Swift - Style, chyba jak na razie największy hit rozgłośni. Będąc w Akademii rzadko miałam okazję posłuchać radia, ale na tyle się orientowałam w wyświetleniach na YouTube, by wiedzieć, czego się spodziewać. Usadowiłam się wygodnie na czarnym siedzeniu ze skóry i zamknęłam oczy. Dojechaliśmy na miejsce zaledwie chwilę potem, a przynajmniej wydawało mi się, że minęła chwila, bo zasnęłam. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał równo godzinę osiemnastą. Przeciągnęłam się.
- Wygodny ten samochód. Mogę stąd nie odchodzić?
- Pewnie, co tam aktorstwo. Zawiozę cię do Vegas. 
Zaśmiałam się, otwierając drzwi od samochodu. 
- Świetnie się bawiłam, musimy kiedyś powtórzyć taki wypad. - uśmiechnęłam się szeroko, rozmasowując kark. 
- Obiecuję, że następnym razem zaplanuję coś specjalnego.
- Wierzę. Nora ma rację, przyjdź koniecznie na wernisaż.

***

Na miejscu okazało się, iż Adrien Brody miał bardzo pilny wyjazd i niestety będzie nieobecny przez najbliższy tydzień. Mieliśmy więc godzinę wolną. Wróciłam do pokoju, Nora na szczęście była na zajęciach z reżyserii. Nie mając nic ambitnego do roboty, kończyłam piosenkę na wernisaż, wkrótce będę mogła pokazać efekt swojej pracy pannie Swift. Zaledwie dziesięć minut po godzinie dziewiętnastej, do pokoju wpadła współlokatorka.
- Widziałam was przez okno! - krzyknęła w dalszym ciągu podekscytowana, jakbyśmy zrobili Bóg wie co. 
- Oj, Nora - jęknęłam - Chcesz znać szczegóły?
- Taak! - podskoczyła do góry i natychmiast usadowiła się obok mnie - Niczego nie pomiń. 
- No więc, po naszym wyjściu pojechaliśmy do małej knajpki, zjedliśmy, wypiliśmy kawę. Opowiedziałam mu o naszym wypadzie do twoich braci, wernisażach...ogólnie o zajęciach i ludziach.
- A wspomniałaś o balu? - szturchnęła mnie przyjacielsko w ramię.
- Nie i nie zamierzam. Chcę utrzymać między nami tą relację... - przerwałam - No wiesz, tylko przyjaciele. 
- Ale podobasz mu się i ze wzajemnością - widząc moje otworzone usta dodała pospiesznie - Nie mów, że jest inaczej. 
Chwyciła telefon, po czym odtworzyła piosenkę Hoziera, Like Real People Do. Zaczęła śpiewać:

"Miałem myśl, kochana
Jednak przerażającą
O tej nocy
Robactwie i brudzie"

Odłożyłam notes obok, a Nora pociągnęła mnie za rękę. Wsłuchując się w piosenkę powędrowałyśmy na dach. 

"Kochanie, po prostu połóż swoje słodkie usta na moich,
Powinniśmy się pocałować jak prawdziwi ludzie" - ciągnęła wraz z piosenkarzem. Pokręciłam oczami, ale nie mogłam powstrzymać uśmieszku goszczącego na mojej twarzy. Chwilę stałyśmy na dachu, a dziewczyna zastopowała piosenkę. 

"Nie mogłem zapytać cie skąd pochodzisz,
Nie mogłem zapytać i ty też nie mogłaś." - dodała melodyjnie. Zaczęłam klaskać w dłonie, a moja przyjaciółka dygnęła jak elegancka tancerka po skończonym występie.

- Teraz ty - wskazała telefonem na mnie.
- Co ja?
- Wyciągaj telefon, puść piosenkę i śpiewaj. Ma być romantyczna. 
Bez zbędnych komentarzy wykonałam jej prośbę, wzdychając przy tym ciężko. Zdecydowałam się na Gabrielle Aplin, a konkretnie Salvation.

"Ty jesteś lawiną 
Oddalony o jeden świat
Moje wyobrażenie
Podczas gdy jestem przebudzona" 

Ylvisaker kołysała się na boki, niesiona spokojną melodią. Wyglądała jakby już dawno znalazła się w świecie marzeń. Skoro o tym mowa, zastanawiałam się o czym marzy blondynka, przecież ma już wszystko: kochająca rodzinę, chłopaka. Wydało mi się nie na miejscu, aby o to zapytać, a nóż widelec, mogłabym ją w jakiś sposób urazić. 

"Nigdy nie chciałam się w tobie zakochać, ale ja
Byłam pogrzebana i 
Wszystko co widziałam było białe
Moje zbawienie
moje, moje"

środa, 1 lipca 2015

Amanda Fiennes

<Więc oto rozdział poświąteczny, po prostu muszę to napisać, bo mi wena spokoju nie daje. Rozdział świąteczny będzie napisany jako kilka dni w jednym rozdziale razem z Ash (sam rozdział już się pisze). Skoro wszyscy łamiemy czasoprzestrzeń, to tym bardziej Czarna Pani może sobie na to pozwolić. Postaram się wam nie spojlerować tego, co was czeka w rozdziale przygotowanym razem z Ash. To tyle z ogłoszeń parafialnych,. Miało być cukierkowo, ale może innym razem.>


   Od czasu powrotu z Barnham, nie miałam chwili wytchnienia. Pognałam zespół i razem z Dominiciem Howardem myśleliśmy nad piosenkami na wernisaż, który przecież zbliżał się wielkimi krokami, a my nie mieliśmy kompeltnie nic. Siedzieliśmy w pustej sali, dosłownie tonąc w pogniecionych, zwiniętych w kulkę i zaplamionych od kawy kartkach. Jeszcze akurat teraz te występy musiały się odbywać, akurat kiedy moją rozdzinę owiała mgła tajemnicy (i tutaj nawiązanie do rozdziału świątecznego). Wszyscy pochłanialiśmy kawę, cukierki kawowe, gorzką czekoladę i energetyki, byle żeby nie spać. Chociaż sen dla mózgu jest bardzo potrzebny. Jako wokalistka zdałam sobie sprawę, że nie mogę nawalić i dużo ćwiczyć, aby widownia nie odesłała nas z piskiem i łzami w oczach. Napisaliśmy dopiero jedną piosenkę, która ma w sobie iście banalne przesłanie: "Narkotyki są ble, gubią człowieka i umierasz powoli" jak to skomentował Daniel. 

- Jeśli chcecie, możecie zagrać jedną piosenkę Muse. Nie ma problemu - powiedział Dominic, odpakowując chyba już setnego cukierka. Widać, że denerwował się wernisażem bardziej niż my i w sumie go rozumiałam, w końcu będą patrzeć światowej sławy ludzie, sam dyrektor, personel. Zostaniemy ocenieni nie tylko my, ale i nauczyciel. 

- To chyba nie jest zły pomysł - głos Mer brzmiał, jakby pozbywała się wielkiego ciężaru - Tylko jaką?

- Jest tyle świetnych piosenek - odparłam wyciągając telefon z kieszeni i przesuwałam listę z muzyką - Supermassive Black Hole, Feeling Good, ale do tego potrzebowałabym pianina, albo keyboard. Bliss, Plug In Baby, Hysteria, Stockholm Syndrome...

- Okej, starczy - przerwał Dean - Może niech profesor zdecyduje co będzie dla nas najlepsze. 

Howard się zamyślił, a my tylko wyczekiwaliśmy odzewu z jego strony. 

- Biorąc pod uwagę czas jaki nam został, to że przygotowujecie także inne występy i wasze zdolności... - przerwał - Amy dasz radę zaśpiewać wysoko?

- Postaram się.

- Dobrze, w takim razie zastanowię się nad piosenką, bo na tą chwilę nic wam nie wymyślę. Muszę dostosować ją do was wszystkich, co nie zmienia faktu, że jesteście grupą z którą najlepiej mi się pracuje. 

- Dziękujemy! - krzyknęliśmy chórem.

- Możemy już iść? - dodał Daniel - Muszę na stronę...

Nauczyciel spojrzał na zegarek ścienny.

- Wow! - skomentował - Siedzimy już sześć godzin. Dobra na dziś starczy. Ważne, że chociaż mamy dwie piosenki i będzie trzecia. Dwie nie tknięte. Zastanówcie się nad nimi.

Wszyscy skinęli głowami. Oczywiście chłopcy zmyli się jako pierwsi, więc tylko ja i Mer musiałyśmy sprzątać nasz wspólny bałagan.  

- Czy zespół zostaje w takim składzie jaki ustaliliśmy? - zapytał Dom i zapisywał coś w notesie - Amy śpiewa, Meredith gitara, Dean bas, a Daniel perkusja. 

- Tak - odparłam.

- Zajmę się nie skończonymi piosenkami - dodała Mer - Może coś wskrzeszę. 

- Jakbyś potrzebowała pomocy, to bardzo chętnie się tym zajmę. Widzę, że jesteś zmęczona. 

- Dziękuję - uśmiechnęła się dziewczyna, a po chwili sala ponownie błyszczała. Może przesadziłam, ale przynajmniej było czysto. 

   Odprowadziłam zmęczoną Meredith do pokoju, radziłam, żeby się przespała, ale znając ją pewnie zabierze się do pracy. No i wypiła za dużo energetyków, więc szybko nie zaśnie. Postanowiłam spakować do torby kilka akcesoriów i iść na plażę. Na razie w samotności, aby to wszystko poukładać w głowie, a także przestudiować grafik. Życie jako uczeń Akademii jest trochę męczące, a co to będzie, gdy moje marzenia o własnym zespole i karierze muzycznej się spełnią? Wolę nie myśleć. Na szczęście zawsze mam gdzie wracać, do cichego i spokojnego  Barnham. Ubrałam miętową górę od kostiumu i białe szorty. Nigdy nie kupowałam kostiumów kąpielowych w całości, bo nie umiem pływać. Ekspedientki w sklepie zawsze dziwnie się na mnie patrzyły, gdy prosiłam tylko o bikini, na szczęście większość okazywała się zrozumiała. Zabrałam jeden z magazynów pod pachę, telefon w rękę i ruszyłam do wyjścia. Przed plażą zdjęłam białe baleriny i pozwoliłam, aby ciepły piach muskał moje stopy. To uczucie jest jednym z najprzyjemniejszych na świecie. Położyłam koc niedaleko wody, spięłam włosy niedbale w kok, założyłam okulary i mogłam w spokoju się nasmarować kremem z filtrem.  

- Możemy pogadać? - usłyszałam męski głos, a jego właścicielem okazał się sam Dean Moriarty.

- Jasne - odparłam najmilej jak potrafię i przesuęłam się, aby mógł usiąść. Chłopak bez dalszych wstępów usiadł obok.

- Chodzi o ten wernisaż - zaczął niepewnie, wpatrując się w fale - Obiecasz, że nikomu nie powiesz?

- Daję słowo, że to będzie tylko pomiędzy nami - w geście obietnicy uniosłam prawą dłoń. 

- Nie umiem czytać nut - spojrzał na mnie, jakby miał zamiar wyspowiadać się z bardzo ciężkiego grzechu. Uśmiechnęłam się do chłopaka. Miałam nadzieję, że wiedziałam o co mu chodzi. 

- Boisz się, że spierdzielisz wernisaż?

- To wszystko wyjdzie na jaw, ale po prostu nie miałem tego szczęścia, uczyć się nut. Może się wycofam?

- Chyba żartujesz! - krzyknęłam zaskoczona - Nikt się nie będzie wycofywał i nikt niczego nie zepsuje. 

- To co mam zrobić? Dominic i George zaoferowali pomoc, ale trochę głupio ich o to prosić, gdy zbliżają się wernisaże. No i ten piekielny bal. 

Przez chwilę oboje wpatrywaliśmy się w morskie fale. Niefortunna cisza z jego strony raniła moje uszy bardziej, niż najgłośniejsza metalowa piosenka. Bardziej, niż koncert w pierwszym rzędzie, przy głośniku. 

- Ja cię nauczę - wypaliłam po krótszej przerwie - To nie będzie problem. 

- A wernisaże? - zapytał.

- Ale ty uparty - rzuciłam z uśmiechem - Aktorstwo mam z głowy, wystarczy nauczyć się roli, piosenkę napisałam, nawet Taylor Swift się spodobała. Sekcja rockowa, to mało zostało z resztą pracujemy w grupie, a Śpiew...również mam asa w rękawie. 

- Wow. Czyli jesteś przygotowana na wszystko - podsumował Isaac - Tak bardzo nudziło ci się na święta?

- Właśnie nie. Pobyt u cioci pozwolił mi wzbić się w powietrze. Jeśli takie określenie będzie właściwe, ale okaże się dopiero na wernisażu. 

- Wracając do tych nut.. - dodał, a ja wpatrywałam się w Moriarty'ego - Niech ci będzie. 

- Świetnie! - krzyknęłam triumfalnie - Mogłabym do ciebie przychodzić?

- Zapraszam - westchnął jakby przegrał ciężką walkę. Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że na mnie spojrzał, chyba jesteśmy na dobrej drodze do poznania się. Zmieniłam temat.

- Gorąco dziś - powiedziałam. Co z resztą było prawdą, czułam jak ubranie przylepia mi się do ciała - Ale ty masz farta. Dla ciebie takie upały to nic.

- Miałem kiedyś znajomego geografa. Był moim sąsiadem, ale mniejsza. Typowy starszy pan bez rodziny i przyjaciół. Pewnego dnia powiedział mi, że każdy na świecie odbiera działanie słońca inaczej. Niektórzy lubią, gdy na termometrze czerwony paseczek sięga, aż do czterdziestu stopni, a dla innych ledwo przedzierające się przez chmury promienie to zbawienie - przerwał, gdy zobaczył mój zafascynowany wzrok. Poczułam się jakbym rozmawiała z jakimś bohaterem książki Greena - To, że urodziłem się w Australii, wcale nie oznacza, iż jestem przyzwyczajony do upałów.

- Wybacz. - odezwałam się zaskoczona, a Dean uśmiechnął się, jakby mówił: "nic nie szkodzi" - Masz więcej takich historii?

- Wszystko w swoim czasie - przechylił się do tyłu i położył na moim kocu. Westchnął jakby wrócił z ciężkiej pracy, a ja postanowiłam odwrócić się do niego (bo nie wypada siedzieć plecami do kogoś) i w milczeniu chwyciłam za magazyn.

środa, 10 czerwca 2015

Amanda Fiennes

Z biegiem czasu, Ash pokazywała mi coraz to trudniejsze taneczne kroki. Indyjska muzyka okazała się bardzo relaksacyjna, ale zarazem żywa. Trudno mi było zapamiętać te wszystkie nazwy, więc jedyne co robiłam to słuchanie mojej nauczycielki i stawianie tych samych kroków.

- Nieźle ci idzie - przyznała z uśmiechem, gdy wykonywałyśmy obrót z kolorowymi chustami. Muzyka zakończyła się dźwiękiem uderzenia w gong. Przerzuciłam chustę na rękę i zajęłam się zdejmowaniem dzwoneczków z nóg. Pamiętam, gdy w młodości cały czas trułam wujkowi, że chcę chodzić na balet. Nie zgodził się, ponieważ stwierdził, że i tak mam już za dużo zajęć pozaszkolnych (perkusja, chór, gra na pianinie), a do baletu trzeba się przyzwyczajać od maleńkiego. Właściwie to teraz nie wyobrażam sobie siebie w różowym tutu, wykonywającej rond de jambe, albo fouetté. Zapewne szybko by mi się znudziło.

- Dzięki, że nauczyłaś mnie tańczyć - powiedziałam po chwili ciszy, a moja znajoma była zajęta pakowaniem dzwoneczków do torby.

- To jeszcze nie wszystko - odparła dźwięcznie. Widać było, że nasz wspólny taniec ją uszczęśliwił. Miała kogoś, kto okazał zainteresowanie jej kulturą.

***

Odprowadziłam hinduskę do pokoju, gdzie nie zastała Laufey. Ta dziewczyna podobnie jak Nora, cały czas gdzieś wybywała. Zmęczona rozumieniem kultury Dalekiego Wschodu, zamarzyłam o zimnym prysznicu. W pokoju zastałam Norweżkę, która znowu malowała paznokcie.

- Hej - mruknęłam zmieszana.

- Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha - odparła i wróciła do swojego zajęcia. Wiedziałam, że nie zapomniała o kłótni, która miała miejsce. Ale czy nazwać to kłótnią? Może po prostu sprzeczka. Podeszłam ostrożnie do łóżka mojej współlokatorki i usiadłam obok niej.

- Przepraszam - zebrałam się na odwagę, kręcąc pasmo włosów na palcu - Za to, co powiedziałam. Wcale tak nie myślę.

Nora odwróciła się do mnie z uśmiechem na ustach. Ten widok dodał mi otuchy.

- No pewnie, że nie - odłożyła pędzelek do buteleczki i mnie uściskała - Nie potrafię się na ciebie gniewać. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana balem, ale jak nie chcesz to przecież nie musisz iść.

- Wiesz co...- zamyśliłam się chwilę - Jednak pójdę. Chociaż dla samego towarzystwa.

- O to chodzi! - krzyknęła uradowana - Zobaczysz, będzie wspaniale. Może nawet Dominic Howard poprosi cię do tańca.

Szturchnęłam ją w ramię z udawanym oburzeniem. Po chwili roześmiałam się od ucha do ucha.

- Idę się umyć - rzuciłam, wstając z miejsca. Moja szafa zapełniona była wszelakimi ubraniami, które rzadko nosiłam. Moje ulubione zostały w Nowym Jorku, pomyślałam, że tak będzie dobrze. Czasem trzeba docenić mało lubiane przedmioty.

- Można tańczyć z nauczycielem. Powiem ci, że nawet jeden taniec jest wskazany - kontynuowała blondynka, machając ostrzegawczo pędzelkiem ubrudzonym niebieskim płynem - W zeszłym roku tańczyłam z Adrienem Brody'm.

- Jasne! A potem przybył Stale na białym koniu, zabijając Demony i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

- Poważnie. Jak chcesz, to go zapytaj. Ale wracając do ciebie i naszej gwiazdy rocka, to chyba się oboje lubicie. Macie takie same zainteresowania muzyczne, oboje gracie na perkusji i jesteście z Wielkiej Brytanii. Masz u niego plus, ja ci mówię - gwałtownie wskazała na mnie pędzelkiem, chlapiąc lakierem na szafkę nocną - I kochasz jego zespół.

- Do zobaczenia - nie czekając na dalsze rozważania dziewczyny chwyciłam świeże ubranie i wyszłam do łazienki. Ciekawa jestem, co jeszcze wymyśli. Zaraz będzie mnie swatać z własnym nauczycielem, abym tylko nie była na balu sama. Odpędziłam od siebie tę myśl, kiedy weszłam pod jedną z kabin.

***

Kocham momenty, gdy siadam z czystą kartką i głową zapełnioną wszelakimi pomysłami na piosenkę. Potem okazuje się jednak, że te pomysły nie są tak wspaniałe. Większość ludzi w takich sytuacjach bardzo często się denerwuje. Ja zachowywałam spokój, bo wiem, że słowa same przyjdą prędzej, czy później. Myślałam nad występem na wernisażu. Mogłam skorzystać z pomocy Taylor Swift, ale najpierw wolałam coś sama wskórać. Chciałam, aby mój występ był czymś innym, niż to co prezentuje na co dzień. Z zamyślenia wyrwała mnie piosenka Amon Amarth, a to znaczy tylko jedno. Książę ciemności przypomniał sobie o córce chrzestnej, którą zostawił w Mieście Aniołów.

- Halo. - odezwałam się zanim mój telefon nawet dotknął ucha.

- Cześć Amy - usłyszałam rozpływający się głos wujka - Co u ciebie słychać?

- Wszystko dobrze. Ludzie są świetni, pogoda też, personel najlepszy na świecie. Jeszcze nikogo nie uszkodziłam, jeśli o to chodzi. Nie musisz przyjeżdżać.

- Nie, nie. Dzwonię w innej sprawie - przerwał na chwilę, a w tle usłyszałam dźwięk trzaskania drzwiami. Pewnie wchodził do domu - Dzwoniła do mnie ciocia Lucy i pytała się, czy chcemy przyjechać do niej na święta.

- Do Barnham! - pisnęłam uradowana, przypominając sobie tamtejsze piękne krajobrazy, kamienne domy, życzliwych ludzi i co ważniejsze dla mnie, konie. Wyobraziłam sobie jazdy o zmierzchu, gdy słońce chowało się powoli za horyzontem, a ja nie miałam ochoty wracać i siedziałam nad wodą - No pewnie, że tak. Zamawiaj bilety, chcę być tam jak najdłużej.

- Okej. Jak chcesz możesz zabrać osobę towarzyszącą w tym roku święta są wyjątkowo dla kilku osób z rodziny. Daj mi znać do wieczora z kim chcesz lecieć, to wam zarezerwuje bilety.

- A ty? - zapytałam zaskoczona. Przez chwilę wydawało mi się, że wuj nie może ze mną polecieć, więc proponuje mi towarzystwo, abym nie poczuła się odtrącona.

- Jakby ci to powiedzieć... - zaczął niepewnie, więc przestraszona wstałam z miejsca, tak bardzo chciałam, by moje obawy nie okazały się prawdą - Mam lot dziś wieczorem.

- Zawał serca - odetchnęłam z ulgą - Takie podchody mnie nie śmieszą. Praktycznie mamy mało czasu, żeby pobyć w swoim towarzystwie.

- Wiem kochanie. Obiecuję, że w Barnham to się zmieni i będziesz miała mnie dość.

- Prędzej ty mnie - roześmiałam się. Lubiłam jak zwracał się do mnie "kochanie", wtedy czułam, że naprawdę jestem dla kogoś ważna. Perspektywa wyjazdu do cichego miasteczka, z dala od ulicznego zgiełku, wydawała mi się świetnym pomysłem. Tam mogłabym spokojnie wieczorami siadać na schodach domu cioci i pisać piosenkę na występ. Nie zapominając o tym, że ciocia Lucy, to bardzo opiekuńcza kobieta, więc samotny wieczór nie obejdzie się bez koca i kubka zielonej herbaty.

Po rozmowie zastanawiałam się kogo zabrać. Pierwsza myśl? Nora. Jednakże ona pewnie leci do braci, więc odpada. Laufey, zapewne ma te same plany. Chciałam, aby była to osoba mi bliska, która na łonie natury nie będzie się nudzić. W końcu wpadłam na pomysł, aby zaprosić Ash. Jak wiadomo w jej stronach nie obchodzą Wielkanocy, a skoro wszyscy wyjeżdżają, to nie będzie miała towarzystwa. Natychmiast wypadłam z pokoju i zapukałam do drzwi Laufey i Ash, na szczęście otworzyła mi hinduska.

- Witaj znowu Amy, coś się stało?

- Mam do ciebie pytanie. W Indiach nie obchodzicie Wielkanocy, prawda?

- Nie - pokręciła głową - Mamy innego Boga.

- Wujek zaproponował mi wylot na czas świąt do cioci. Mieszka w Barnham w hrabstwie  West Sussex, jest to wieś. Prawie 90 kilometrów od Londynu. Może chciałabyś polecieć ze mną?

- To bardzo miłe z twojej strony - uśmiechnęła się delikatnie - Nie mogę. To rodzinny czas, a ja nie chcę być intruzem.

- Nie będzie to żaden kłopot. Wierz mi. Bardzo cię polubiłam i nie pozwolę, żebyś święta spędziła tu sama, kiedy większość uczniów i personelu gdzieś wyjeżdża. Moja rodzina, też chcę cię pewnie poznać. Będą ciche wieczory, spacery, jazda konna. Umiesz jeździć konno? Jeśli nie, nauczę cię. Moja ciocia ma kilka.

Hitaishi oparła się o framugę drzwi i zatopiła wzrok w podłodze. Czekałam na jej reakcję krótki odstęp czasu, w końcu spojrzała mi w oczy.

- No dobrze. Obiecuję się nie narzucać. Kiedy byłby wylot?

- Znając mojego wujka, pewnie jutro, im szybciej tym lepiej. Także spakuj się na wszelki wypadek.


< Rozdział krótki, bo krótki. Nauka niestety uniemożliwia mi pisanie i jakoś szczególnie pomysłu na ten rozdział nie miałam. Mam nadzieję, że da się przeżyć. Przyjmę to na barki i będę pisać częściej o przygodach w Barnham, nawet jeśli Ash nie dałaby rady, ale liczę, iż będzie inaczej. Ash, słyszysz! XD>

poniedziałek, 25 maja 2015

Amanda Fiennes

   Od kilku dni leżałam w łóżku z powodu grypy. Ostatni raz wyszłam z pokoju, gdy grałam na fortepianie, a od tamtego czasu nie pokazywałam się nikomu. Jedynie Nora od czasu do czasu wpadała do pokoju i starała się zachować ciszę, myśląc, że śpię, a było zupełnie inaczej. Podczas choroby nie spałam praktycznie wcale, nawet w nocy. Norweżka z czystej dobroci przynosiła mi śniadanie (płatki z mlekiem i sok owocowy). Siedziałam na łóżku, opierając się plecami o ścianę i pisałam SMS'a do mojej przyjaciółki Nicole. Rudowłosa, chuda wredna zadziora, którą notorycznie porównywałam z Natashą Romanoff. W ciągu trzech lat liceum miała ośmiu chłopaków, każdemu spuściła łomot. Nawet nie zauważyłam, gdy roześmiana od ucha do ucha blondynka wpadła do pokoju.

- Hej, hej! - przywitała się - Jak tam życie w krainie umarłych?

- Kijowo - chrząknęłam pozbywając się guli w gardle - Usunęłam praktycznie połowę zawartości w telefonie, przeczytałam naprawdę banalną książkę i teraz piszę z Nicole.

Triumfalnie podniosłam egzemplarz Gwiazd Naszych Wina z okładką oryginalną, która pamięta jeszcze czasy przed filmem.

- A co tam w świecie żywych?

- Laufey idzie na bal z Danielem! - wykrzyczała dziewczyna, padając bezwładnie ma moje łóżko. Chciałam powiedzieć, że się zarazi, ale to przecież Norweżka, krew wikingów, Bogów Nordyckich, co więc znaczy jakieś przeziębienie wobec jej genów.

- Ahm. - mruknęłam pod nosem i gestem pokazałam, że zamierzam smarkać w chusteczkę. Nora odwróciła wzrok i pozwoliła mi na opróżnienie nosa, po czym dalej rozmawiałyśmy. Za bardzo nie interesował mnie bal, kto z kim idzie i co dziewczyny ubierają.

- Ja nie wiem, czy idę - wzruszyłam ramionami - Szczerze nie pogardziłabym, aby moja choroba się przedłużyła.

- No weź! - oburzyła się blondynka - Wszyscy mamy iść.

- Może jeszcze w parach - westchnęłam i pokręciłam oczami - Nie lubię bali, ani dyskotek. Dla mnie idealny wieczór to herbata, książka, laptop, do tego ciemny pokój ze świeczkami. Nie umiem tańczyć, mam grube nogi.

Na ostatnie zdanie Nora zaśmiała się. Odkryła kołdrę i poklepała moją prawą nogę. Zdziwiło mnie jej zachowanie, ale przecież była szalona. Nie mogłam się dziwić.

- Mówi to dziewczyna o najchudszych nogach świata.

Pokręciłam głową.

- Tak, czy tak nie idę.

- Jezu, dziewczyno. Przecież nikt ci nie każe tańczyć, możesz się pokręcić, pogadać z ludźmi, jeść, pić. Wyglądać szałowo. Amy, ty się kisisz w tych skórach, a ja tak strasznie chcę cię zobaczyć w czymś eleganckim - próbowała wymusić we mnie litość, stara sztuczka z przekonywaniem. Cóż może i miała rację. Westchnęłam cicho.

- Nawet jeśli się zgodzę, to i tak nie mam z kim iść. Daniel zajęty, Jessy za mną nie przepada, z resztą ja za nim też, no i jest ten nowy, którego nawet na oczy jeszcze nie widziałam.

- Dean Moriarty - sprostowała dziewczyna, a jej oczy zabłysły - Całkiem spoko. Australijczyk, umie surfować i uwaga, uwaga... - tu zrobiła krótką pauzę na podkreślenie tego, iż powinnam być zaskoczona - To ci się spodoba, bo chłopak jest kuzynem Chrisa Hemswrotha. Czyli Marvel, postanowione, idziecie razem.

- Pff... - prychnęłam - Cześć, jestem Amy, zakręcona na punkcie Marvela, więc powinniśmy iść razem na bal. To przeznaczenie.

Przedstawiłam jakby ta sytuacja wyglądała, a Nora tylko zareagowała na to udawanym Facepalmem.

- Poznałam go, więc jak chcesz to mogę was poznać ze sobą.

- Nora. Dla ciebie to jest proste, bo ty do cholery masz faceta, nie wtrącaj się w życie innych ludzi.

Serio ją lubiłam, ale moim zdaniem nie powinno się ludzi do niczego zmuszać i jeśli ktoś chce zostać w Akademii, to powinien zostać. A szczerze mówiąc imprezy nie były dla mnie. Blondynka wstała i zaczęła grzebać w swojej kosmetyczce.

- Stale przylatuje na bal? - zapytałam po chwili niezręcznej ciszy.

- Tak. - rzuciła krótko. Zajęła się piłowaniem paznokci. Nie chciałam, żeby się obrażała na mnie. Nie chciałam, aby to odebrała w taki sposób, ale jestem nerwową osobą. Bardzo łatwo mnie zranić i zdenerwować.

- Wybiorę się z miską rosołu, potajemnie całując się z antybiotykiem - chwyciłam za pudełeczko z tabletkami i zagrzechotałam. Starałam się rozśmieszyć współlokatorkę, ale ta rzuciła kosmetyczką na swoje łóżko, po czym podeszła do drzwi.

- Jesteś taka sama jak Jessy. Wyciągam do ciebie przyjacielską dłoń, chcę, abyś tego wieczoru nie była sama...to się nazywa przyjaźń, ale ty nie wiesz co to takiego - wypowiedziała te słowa z największą surowością jaką kiedykolwiek dane mi było usłyszeć z ust tak pozytywnej osoby. Wyszła trzaskając drzwiami, a ja schowałam się pod kołdrę i skuliłam. Nie powinnam była tego powiedzieć, było mi głupio. Gdybym tylko mogła cofnąć czas. Zdecydowałam się na posłuchanie muzyki, przynajmniej ona nigdy za nic nie będzie mi miała za złe. Z czasem odpłynęłam przy Coldplay.


   Obudziłam się pół godziny potem, gdy cała płyta na telefonie się skończyła. Wygrzebałam ciało spod kołdry i poduszek. Na stoliku nocnym zobaczyłam dorodne czerwone jabłko, chwyciłam za karteczkę obok owocu: "Nora jest na ciebie zła, więc ja cię dokarmię Kapitanie. L."
Uśmiechnęłam się pod nosem i ugryzłam jabłko. Wiedziałam, że muszę jakoś przeprosić Norweżkę, ale za bardzo nie wiedziałam jak. Jedno było pewne, koniec z leżeniem w łóżku. Wstałam spod pierzyny i rozciągnęłam się. Stanęłam przy szafie i myślałam nad tym, co ubrać. W końcu wyjęłam białą koszulkę z sercem i skórzane rurki ze srebrnymi suwakami. Do tego zwyczajna okrągła srebrna bransoletka i czarne trampki z białymi sznurówkami. Wyszłam z pokoju jakbym coś zrobiła i teraz obawiała się o swoje bezpieczeństwo, cicho zeszłam po schodach.

- Hej, Amy! - usłyszałam za sobą głos, a moje serce gwałtownie drgnęło. Zobaczyłam przed sobą Laufey - Dobrze się czujesz?

- Hej Laufey - przywitałam czarnulkę, bo kultura tego wymagała - Jeszcze trochę mnie boli głowa, ale pomyślałam, że dam znak życia.

- To świetnie - uśmiechnęła się Islandka - W ogóle wybacz, że zapytam, ale o co chodzi z tobą i Norą. Powiedziała, że się pokłóciłyście.

Jej głos przepełniony był dobrocią i opiekuńczością. Zupełnie jakby matka pocieszała swoją córeczkę, która pokłóciła się z siostrą.

- Przez przypadek wypaliłam, że wtrąca się w życie innych. Strasznie mi z tego powodu głupio - włożyłam ręce do kieszeni spodni i spuściłam wzrok na kafelkową podłogę, która akurat teraz wydała mi się surowa. Laufey, objęła mnie przyjacielsko ramieniem i ruszyłyśmy przed siebie.

- Fakt, może Nora jest troszeczkę postrzelona, ale ty powinnaś wiedzieć najlepiej, że trzeba jej to wybaczyć. Chce dla ludzi jak najlepiej.

- Tak, wiem - odparłam jakby to było oczywiste, bo było. Po prostu dałam się ponieść emocjom - Jak mogę to naprawić?

- Przede wszystkim rozmową - powiedziała pewna swych słów. Dziewczyna miała rację, muszę znaleźć Norę i z nią pogadać.

- Spędzacie razem dużo czasu - zauważyłam - Gdzie może teraz być?

- Nie wiem, naprawdę. To Nora...może być wszędzie w tym samym czasie.

- Masz rację - skinęłam głową - Która godzina?

Nim Córka Thora zdążyła spojrzeć na zegarek z niebieskim paskiem, który ozdabiał jej nadgarstek, wyjęłam telefon z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz ze swoim zdjęciem z Nicole i jej psem.

- Piętnasta - dodałam z grymasem - Ominęły mnie zajęcia z pisania tekstów, ale o osiemnastej mam sekcję rockową.

Na samą myśl o zajęciach z Howardem, natychmiast się rozchmurzyłam. Islandka widząc moje zadowolenie, również się uśmiechnęła.

- Muszę ci wynagrodzić to jabłko.

- Krwi jednorożca nie było. Przykro mi - zaśmiała się czarnulka, a ja spojrzałam na nią mrużąc oczy.

- Chciałam ci postawić coś do jedzenia lub picia.

- Zatem chodźmy - rzuciła ochoczo, po czym chwyciła mnie za rękę i pociągnęła na sam dół.


   Laufey nie zastanawiała się długo nad zamówieniem. Wzięła czekoladowego shake'a, a ja zdecydowałam się na herbatę. Mogłam ją pić trzy razy dziennie, w sumie pochłaniałam hektolitry tego napoju i nigdy nie odczułam do niego niechęci. Zajęłyśmy wolny dwuosobowy stolik.

- Zapoznałaś się już z Ash? - zaczęłam rozmowę, aby odejść od tematu Norweżki.

- Jest małomówna, ale wydaje się w porządku - odpowiedziała bawiąc się słomką przy kubeczku.

- Właściwie to rozmawiałam z nią jeszcze przed moją chorobą. Naprawdę ciekawa z niej osoba, po prostu musi się u nas zaaklimatyzować. A co z tym nowym?

- Hmm.. - mruknęła dziewczyna, przełykając lodowaty napój. Zadrżałam od samego patrzenia - Tylko Nora na razie z nim rozmawiała dłużej niż pięć sekund.

- Rozumiem - uśmiechnęłam się i ogrzałam dłonie o miętowy kubek - A właśnie. Gratuluję pary na bal.

- Dziękuję - zauważyłam, że moja rozmówczyni się speszyła, więc postanowiłam zboczyć nieco z kursu - Serio, fajnie. Wiesz większość z nas nie ma nikogo.

- A ty z kimś idziesz? - jej nastrój gwałtownie się poprawił, spojrzała na mnie jakby doskonale wiedziała z kim mam zamiar spędzić ten wieczór. Zbiłam Laufey z tropu i pokręciłam przecząco głową.

- Tego nowego nie znam, a Jessy mnie nie lubi.

- Jessy nie ma z nikim dobrych stosunków. Ewentualnie Demri, albo Daniel. Także się nie martw.

- Dzięki - naprawdę mi ulżyło, nie kryłam się z tym - Gdyby można było iść z nauczycielem...

- Druga Demri - odparła z udawanym oburzeniem, ale jednocześnie cicho się zaśmiała.

Na chwilę się rozmarzyłam, co by było gdybym poszła z jakimś profesorem na bal. Jednakże szybko odpędziłam myśli od tego pomysłu, to by wyglądało po prostu dziwnie. Pomyślałam głównie o Dominicu Howardzie, praktycznie z nim miałam najlepsze stosunki uczeń - nauczyciel. Nie. Jedyna osoba, która dobrze by wyglądała przy Howardzie, to Taylor Swift, ale on pewnie ma już nową wybrankę swojego serca.

- Chyba poszukam Nory - palnęłam - Oczywiście, jeśli się nie obrazisz.

- Oczywiście, że nie. Im wcześniej to załatwisz, tym lepiej. Teraz leć, ja dam radę.

Przesłałam czarnulce ciepły uśmiech i ruszyłam biegiem przed siebie. W Akademii jak zwykle pusto, co ci ludzie? Nawet personel gdzieś wsiąkł, albo siedzą w pokoju nauczycielskim i opowiadają sobie suchary, albo po prostu rozmawiają o mało istotnych rzeczach. Może szykują wszystko na bal.
Przechodząc obok sali do tańca usłyszałam dźwięk gwałtownej muzyki. Wszyscy dziś mnie muszą straszyć. Wypuściłam powietrze z płuc i otworzyłam drzwi. W środku Ash majstrowała przy wieży.

<No to tak. Jak dla mnie średni, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Tak więc, ciąg dalszy w rozdziale Ash.>

piątek, 15 maja 2015

Amanda Fiennes

<Internet powrócił! Rany za bardzo nie wiem, co tu się odbywało pod moją nieobecność. Mam nadzieję, że szybko nadrobię wasze wpisy, a tymczasem ja również dodam swoje wypociny, które udało mi się stworzyć przez te kilka dni>


Nora znowu gdzieś się zmyła. Może to i dobrze, wreszcie mogłam w spokoju popracować nad piosenką, którą panna Swift kazała nam napisać, a mówiąc my mam na myśli siebie i Shin. Dziewczyna odkąd się zjawiła, nie rozmawiała praktycznie z nikim. Po wyglądzie łatwo wydedukować, że jest z Azji, a może jak Mike Shinoda ma tam tylko rodzinę, a wychowywała się w innym kraju? Wiedziałam, że przy następnej okazji będę musiała poznać nowe twarze. Siedziałam przy biurku i pukałam ołówkiem w blat tworząc całkiem nowy nieznany mi wcześniej rytm.

"Remember. When you feel alone. Let it go" - bez sensu. Zgniotłam kartkę i wyrzuciłam do kosza, a gdy trafiła za pierwszym razem, klasnęłam i wydałam z siebie okrzyk zwycięstwa.

- Amanda Fiennes, wygrała dla swojej drużyny puchar. Tylko szkoda, że nawet nie napisze durnej piosenki! - rzuciłam ołówek na biurko, wstałam i wyprostowałam się. Porządnie się zasiedziałam, poczuły to nawet moje kości, a każda z nich zaczęła strzelać jak tylko się ruszyłam. Spojrzałam przez okno, lało jak z cebra już od kilku dni, a taki widok na pewno nie pomaga jeśli chodzi o napisanie dobrego tekstu. Zarzuciłam kurtkę na plecy i wyszłam z pokoju. Pada deszcz, więc na pewno kogoś spotkam. No chyba, że wszyscy wybyli w miasto.

Mijałam tylko personel budynku, więc nasza wymiana zdań to praktycznie uśmiech i krótkie "dzień dobry", ewentualnie jak w przypadku Martina Scorsese, pogawędziliśmy chwilę o paskudnej pogodzie. W sumie lubiłam rozmawiać z innymi o takich pierdołach, jak pogoda, czy zajęcia w szkole. Może wydawać się to kiepskimi tematami, ale o czym innym rozmawiać z nauczycielem, który cię nawet nie uczy. Niedługo potem obeszłam chyba wszystkie możliwe miejsca w Akademii, czułam się trochę jak w "The Walking Dead". Trwa apokalipsa zombie, a ja nawet nie wiem, że jestem jedyną osobą wśród uczniów, która przetrwała pierwszą plagę. Ostatnim przystankiem były podziemia. Jak zwykle zatopiłam się w serwowanej tam delikatnej fortepianowej muzyce, wydobywającej się z głośników. Przy jednym ze stolików siedziała bardzo ładna dziewczyna. Czarne, długie włosy opadały jej bezwładnie na plecy, opalona karnacja wspaniale z nimi współgrała. Nigdy wcześniej jej tutaj nie widziałam, pewnie była nowa. Podtrzymując głowę na ręce, szkicowała coś w zeszycie, wyglądała na wyraźnie znudzoną. Obok niej stał kubek z parującą substancją, podejrzewam herbata, albo kawa. Podeszłam do baru i zamówiłam świeżo wyciskany sok z czerwonej pomarańczy. Do tego nachos i zestaw sosów salsa. W sumie nie lubię ostrego smaku, ale moim zdaniem po sosie serowym strasznie śmierdzi z ust.

- Paskudna pogoda - zagadała mnie starsza pani, gdy czekałam na zamówienie.

- Oj, tak - przyznałam - Nie można się skupić na napisaniu piosenki. Właściwe na zrobieniu czegokolwiek. Nie wie pani może, gdzie podziali się pozostali uczniowie?
Kobiecina zamyśliła się chwilę i przyglądała się uważnie mojej twarzy z przebłyskiem zaciekawienia w oczach, po czym postawiła na blacie moje zamówienie. Do tego zestaw trzech sosów w małych plastikowych miseczkach.

- Ten ładniutki chłopak był tu przed tobą, ale za dużo to on nie mówi.

- Rozumiem - mruknęłam pod nosem. Sęk w tym, że mamy tutaj dwóch chłopaków i oboje są dość przystojni, co żeńskim okiem trzeba przyznać. Postawiłam talerz i szklankę na stoliku, sąsiadującym z nieznajomą i puknęłam ją palcem w ramię. Ta skierowała wzrok na mnie - Mogę się dosiąść?

- Jasne - odparła szybko i zamknęła zeszyt.

- Częstuj się jak chcesz - dodałam i postawiłam nachos na środku stolika. Nieznajoma tylko skinęła głową w geście zrozumienia. Wyciągnęłam w jej stronę dłoń i przy okazji zajrzałam kątem oka do jej kubka z...jakimś naparem. Tajemnicze zioła unosiły się na powierzchni, a całość przybierała niesamowicie aromatyczny zapach. Po chwili przedstawiłam się - Amanda, ale mów mi Amy.
Czarnulka nieco się uśmiechnęła, ale z nieśmiałością podała mi swoją rękę. Chwilę się zamyśliła, ale w końcu z jej ust padło imię: Hitaishi. Kompletnie mnie zamurowało, bo po tym imieniu śmiało można stwierdzić, że nie jest ona Amerykanką.

- Czy mogłabyś powtórzyć? - zapytałam. Poczułam jak moje policzki się czerwienią i chyba to było też widać, bo dziewczyna się bardziej uśmiechnęła.

- Hi..ta..i..shi - powtórzyła swoje imię rozdzielając każdą głoskę, abym lepiej mogła zapamiętać - Dokładniej Hitaishi Aashiyana Cayce, ale mów po prostu Ash, będzie prościej.
Przełknęłam ślinę na samą myśl wymówienia jej imienia. Na szczęście miała łatwiejszy pseudonim, więc zapewne nie zdziwi się, jeśli będę go używać częściej. Praktycznie cały czas. Zawsze mnie dziwiło jak ludzie o specyficznych imionach, czy nazwiskach potrafią je wypowiadać.

- Skąd jesteś? - zapytałam ponownie i wyciągnęłam dłoń po przekąskę, po czym umoczyłam w ostrym czerwonym sosie. Praktycznie nie było czuć tej ostrości, ale na szczęście miałam przy sobie picie.

- Z Indii. Konkretnie Khammam.

- Mamy już Norweżkę, Kanadyjczyka, Amerykanów, Islandkę, dziewczynę z Azji i Indii. No i ja, Brytyjka.

- To widzę, że dobrze trafiłam.

- Tak, jeszcze tu tylko brakuje modnisi Francuzki i seksownego Hiszpana - powiedziałam ze śmiechem, a minuty upływały na rozmowie z Hitaishi. Dowiedziałam się, że słodki napar w jej kubku to jakieś zioła na wzmocnienie przed przeziębieniem i w Indiach piją to, gdy tylko czują się chorzy. Czy jakoś tak. Wydała mi się sympatyczna, ale nieco nieśmiała w sumie to chciała więcej wiedzieć o mnie. Także powiedziałam jej chyba całą swoją historię, oczywiście pomijając przykre wątki. Problem w tym, że nie będziemy się widzieć na żadnych zajęciach, chyba, że wpadnę sporadycznie na grę na gitarze, ale zazwyczaj jest dużo osób, więc już nie będę robić tłoku. Z resztą uważałam za idiotyzm takie wpadanie na zajęcia od czasu do czasu, albo się na coś chodzi, albo nie.

Czas spędzony na poznawaniu nowej przybyszki dobrze mi zrobił. Niestety Hitaishi pożegnała się ze mną po godzinie twierdząc, że musi zadzwonić do rodziny. Wyczułam w jej głosie, że to mogła być kiepska wymówka, ale co mogłam zrobić nie tak? Czyżby się speszyła? W drodze do pokoju zahaczyłam o otwartą na oścież salę do gry na pianinie. W środku ani żywej duszy, tylko potężny czarny fortepian na środku i porozrzucane na stole kartki z zapisami nutowymi. Przejechałam dłonią po błyszczącej powierzchni instrumentu. Było piękne, takie o jakim marzyłam jako mała dziewczynka. Pod ścianami stało kilka czarnych pianin, nigdy nie byłam w tym pomieszczeniu i w tamtej chwili żałowałam tej decyzji. Na fortepianie pewnie zasiadał nauczyciel, albo jego najlepsi uczniowie. Rany, grać pod czujnym okiem Hansa Zimmera, musi być niesamowitym doświadczeniem. Ten facet tworzy niesamowitą muzykę, która przekazywana jest następnym pokoleniom i je kreuje. Przypomniałam sobie jak nuciłam muzykę z Mustanga z Dzikiej Doliny, albo Króla Lwa i nawet w tamtym okresie nie zwracałam uwagi na to, kto wykreował moje dzieciństwo.
Na stoliku walały się wszelkie zapisy nutowe. Chyba nikt się nie obrazi, jak któreś pożyczę i zagram, powrócę do tego co było przed Rock'n Rollem. Wybrałam piosenkę, która idealnie opisywała dzisiejszy dzień, When It Rains zespołu Paramore.
Zamieniać rocka, na klasyczne brzmienie? Wielu wyznawców ciężkiej muzyki uzna to za grzech, ale znajdą się pośród nich prawdziwi fani muzyki. Dla każdego z nas znaczy ona coś innego, wyraża inne emocje i w tym jest jej piękno. Usiadłam przy jednym z instrumentów i głęboko myślałam nad nutami. Zajęło mi to jakieś dziesięć minut, po czym zaczęłam energicznie stukać w jeden klawisz, przechodząc uważnie do następnych i powracając do tej starej Amy. Dziewczynki, która nie wstydziła się grać przed najbliższymi, na każdym kroku musiałam się popisywać. Szkoda, że los zgotował mi tyle niekoniecznie miłych niespodzianek. W jednej chwili załkałam, łapiąc powietrze w usta, obiecałam sobie, że dam radę i nie uronię ani jednej łzy. Nie tak łatwo, kiedy ma się przed oczami roześmiane twarze rodziców, a dopiero za kilka chwil przypominasz sobie, że oni nie żyją. Na zakończenie piosenki pociągnęłam nosem. Usłyszałam za sobą oklaski, odwróciłam się i własnym oczom nie wierzyłam. W drzwiach stał Daniel Briggs, zamiast iść gdzieś w miasto wolał słuchać jak jakaś dziewczyna gra na pianinie.

- Ładnie, ładnie królowo - odezwał się, gdy wstałam od instrumentu i odłożyłam nuty na miejsce.

- Nie mam ochoty na docinki Daniel - chciałam jakoś go spławić, ale on gnał w zaparte. Kierowałam się ku wyjściu z sali, przez łzy nic nie widziałam, ale poczułam czyjąś zimną dłoń na nadgarstku.

- Zaczekaj - usłyszałam jego głos. Obrócił mnie twarzą do siebie, oczy piekły mnie niemiłosiernie - Jak wyjdziesz do ludzi, skoro cała się rozmazałaś?

Miałam wrażenie jakby się śmiał z całej tej sytuacji. Stałam spokojnie, a chłopak wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zaczął mi wycierać oczy. Musiało to wyglądać komicznie, ale z wiadomych przyczyn nie było mi do śmiechu. Gdy skończył mogłam znowu widzieć wszystko wyraźnie.

- Dzięki - powiedziałam z przekonaniem. W sumie gdyby nie on to prędzej bym się zabiła, niż doszła do pokoju, a tym bardziej łazienki lub co gorsza wpadłabym na jakiegoś profesora, a ten zacząłby mnie wypytywać o milion rzeczy na raz zamiast po prostu pomóc dojść do siebie. On tylko skinął głową i zgniótł chusteczkę w dłoni.

- Chyba nie chodzisz na pianino, co? - z łatwością zmienił temat rzucając zawiniętą chusteczką do kosza - Nigdy nie widziałem, żeby ktoś grał i w taki sposób uzewnętrzniał swoje emocje.

- Nie chodzę na pianino, bo zwyczajnie źle mi się kojarzy. Ogólnie cała muzyka klasyczna przypomina mi o pewnych rzeczach...dość nieprzyjemnych - mówiąc to masowałam ręką swoje ramię, to mnie w pewien sposób uspokajało. Daniel najwidoczniej zrozumiał, ponieważ skupił swój wzrok na mojej osobie i lekko się uśmiechnął.

- W sumie to nie wiedziałem, że królowe ciemności płaczą. Życie jest przepełnione niespodziankami.

- No widzisz - zaśmiałam się i pokręciłam głową - Wiesz w ogóle jestem Amanda.

- Wiem, ale określenie "królowa" do ciebie pasuje.

- A tak! - przypomniałam sobie sytuację, gdy Daniel pomógł mi z bagażem. Wtedy leciałam z Norą i dziewczynami do jej braci - Przepraszam za tamto...wiesz...za ten bagaż.

- Ależ usługiwać Pani, to była czysta przyjemność - Briggs skłonił się przede mną, jakby miał do czynienia z królową Brytyjską - Mam nadzieję, że w przyszłości również będę mógł Pani służyć.

Ten chłopak mnie rozbawiał do łez. Nawet w takiej chwili jak ta, był w stanie przywrócić uśmiech do mojego życia i to mi się podobało. Kilka minut temu chciałam od niego uciekać, a okazało się, że potrzebowałam oparcia, a także rozweselenia. Odstawianie naszego kabaretu przerwał Dominic Howard, który jakby nigdy nic wszedł do sali w poszukiwaniu czegoś i powiedział:

- No gołąbki gruchają, bo deszcz przestał padać

- Co?! - prychnęłam w stronę profesora, a Daniel kompletnie ignorując pierwszą część zdania spojrzał na okno i odparł coś w stylu: "faktycznie, nie pada".

- Widzieliście może wzmacniacz? - zapytał brunet przeglądając wszystkie kąty pomieszczenia.

- Na pewno pan znajdzie w sali z pianinami - odpowiedziałam sarkastycznie rozglądając się dookoła.

- Nie takie rzeczy mi chowali.

- Kto? - zapytał krótko Daniel.

- Geroge Ezra i Adrien Brody - nauczyciel przerwał poszukiwania i usiadł przy krzesełku fortepianu - Dwa lata temu jak mieliśmy w szkole wernisaż na który przyjechały rodziny, przyjaciele, sławne osobistości, miałem koordynować pracę szkolnego zespołu. Dwie godziny przed rozpoczęciem okazało się, że zginęła mi perkusja, szukałem jej dobrą godzinę i wiecie co się okazało? Była ona w altance na plaży, przykryta płachtą.

Roześmiałam się na całą salę. Wyobraziłam sobie tą sytuację przed oczami, biegającego po szkole nauczyciela i dwóch innych, którzy chowają w tajemnicy przed kolegą jago sprzęt. Teraz już całkowicie zapomniałam o towarzyszącym mi smutku.

- A co na to dyrektor? - z ust Daniela padło ponowne pytanie.

- Nic. Śmiał się - Howard z niechęcią wstał - A teraz muszę poszukać wzmacniacza na nasze zajęcia.

- Mamy dopiero w poniedziałek - powiedziałam i zarzuciłam ręce na piersi.

- Wiem, ale wolę przygotować wszystko wcześniej. Mam dla was niespodziankę.

- Damy czadu! - krzyknęłam z entuzjazmem, a profesor przyjrzał się moim oczom.

- Dobry Jezu. Umyłabyś się czasem - dotknął palcem mojej skóry pod oczami -Tak ci tu źle, że w kopalni dorabiasz?

Tym razem to Daniel się roześmiał, a ja patrzyłam z wyrzutem i skwaszoną miną na muzyka. Chociaż z drugiej strony cieszył mnie widok uśmiechu na jego ustach. Zaczęło się od nudnego pisania piosenki, a skończyło na historii o skradzionej perkusji. Ucieszyłam się jeszcze bardziej, gdy przez okna przedzierały się promienie Kalifornijskiego słońca.


czwartek, 23 kwietnia 2015

Amanda Fiennes

Wspomnienie o rodzicach nigdy nie było dla mnie proste. Ciężko było szczególnie w czasie, gdy chodziłam do "normalnej" szkoły. Wszystkie dzieci z ekscytacją w oczach opowiadały o swoich rodzicach, jedynie niepozorna i cichutka dziewczynka z brązowymi włosami do pasa siedziała posłusznie na swoim miejscu. Wstydziła się powiedzieć: "tatuś pije, a mamusia się przez niego zabiła".

Wuj Ralph nigdy nie miał ręki do dzieci, nie przepada za nimi, ale to nie znaczy, że mnie nie kochał. Wręcz przeciwnie...byłam jego oczkiem w głowie, uważam, że zajął się mną jakby opiekę nad małymi grzdylami miał w małym palcu, jakby odchował już szóstkę dzieci. 

Obudziłam się rano, a właściwie obudziła mnie piosenka Amon Amarth - Twilight of the Thunder God. Gwałtownie oderwałam głowę od poduszki i chwyciłam za leżący na podłodze telefon. Jednakże nikt nie dzwonił. Zorientowałam się, że przed snem słuchałam muzyki, a moja bezwładnie wisząca ręka musiała uruchomić dalszą play listę. Nie wiem, jak to się stało, ale takie rzeczy zdarzały się notorycznie (chyba zapomniałam powiedzieć o tym mojej współlokatorce...). Usiadłam na łóżku, przeczesałam włosy i chwilę rozejrzałam się po pokoju. Zeszłego wieczora nie piłam prawie w ogóle, ewentualnie za zdrowie solenizanta i pojedyncze łyki wina z czystej dobroci. Wiadomo z jakich względów nie propagowałam alkoholu i samego zamysłu jego istnienia...ludzie w dzisiejszych czasach nie potrafią się bawić ze sobą, to muszą pić? To zupełnie mnie nie przekonywało, ale tak właśnie było. Człowiek jest jedyną istotą w przyrodzie zdolną do bezinteresownego świństwa, tak sądził André Gide i patrząc na dzisiejsze realia, wcale nie zaprzeczam. Oczywiście Nora, Demri, Laufey i wiele ludzi, których udało mi się spotkać całkowicie odchodzili od tej idei. Liczyłam na to, że moja pobudka w death metalowym stylu nie obudziła nikogo. Aczkolwiek śmiałabym się, gdyby wszyscy osądzili o to "córkę Thora". Postanowiłam nie leniuchować, podeszłam do swojej walizki, której nie zdążyłam nawet otworzyć od czasu przyjazdu. Zdecydowałam się na czerwone rurki, białe Vansy, błękitny top z tarczą Kapitana Ameryki i zapinany biały sweter. Kątem oka spojrzałam na drugie łóżko, na którym spała mała czarnulka. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam szybko z pokoju. 

Łazienka w apartamencie była bardzo przestronna. Urządzona w niezwykły sposób, gdzie klasyka współpracowała z nowoczesnością. To mi się bardzo spodobało. Spojrzałam na swoją koszulkę z myślą o współpracy nowoczesności z klasykiem i uśmiechnęłam się szeroko. Przypomniał mi się konflikt Kapitana Ameryki i Iron Mana z Avengers. Tutaj widziałam nowy styl. Zabrałam się za ogarnianie swojego wyglądu, co z reguły idzie mi ślimaczym tempem. Myjąc zęby czasem zastanawiałam się na temat mało istotnych rzeczy np. Dlaczego nikt nie lubi chodzić do dentysty? albo Dlaczego nikt nie wymyślił bestsellera, gdzie główny zły charakter zmienia swoje nastawienie? 

Teraz patrzyłam na swoje obicie i zastanawiałam się, co ludzie tak naprawdę we mnie widzą. Raczej większość "znajomych" zwraca uwagę na moje nazwisko, każdy chce się przyjaźnić z kimś dla wedle własnej opinii, fajnym. To mi się nie podobało w żadnym wypadku, ale to byli inni ludzie, też z "wielkiego świata", mający te niepowtarzalne i jedyne nazwiska...które są tylko nazwiskami. Czy ludzie widzą we mnie kogoś kim nie jestem? Obawiałam się tego, że postrzegają mnie jako rozkapryszoną księżniczkę, broń Boże nią nie byłam, ani nie jestem. Demri jako jedyna się o tym przekonała, ale co z resztą? Musiałam pokazać swoje prawdziwe oblicze, nawet jeśli ludzie mieliby uciekać z daleka. 

Spięłam włosy w kucyk, po czym cicho przeszłam do salonu. Panował tam chaos, po podłodze walały się paluszki i inne kruche przekąski, puste (lub pełne) kieliszki na stole. Widok śpiących braci Nory w jednej kupie na kanapie o mało nie wywołał u mnie śmiechu na cały dom. Powstrzymałam się w odpowiednim momencie, a z moich ust dało się usłyszeć tylko parsknięcie. W tamtej chwili przypomniała mi się komedia, Kac Vegas (obyśmy wszyscy byli razem).Wyjęłam telefon z kieszeni i zrobiłam zdjęcie Norwegom. Chwyciłam za kieliszki i po kolei odstawiłam do zmywarki, butelka wylądowała w koszu, a to co dało sie pozbierać z podłogi, również nie zostało pominięte. Cicho przetrząsnęłam całą kartę w poszukiwaniu mojego ulubionego śniadania...przypomniałam sobie, że nie jesteśmy w Ameryce i zrobienie naleśników z czekoladą na specjalne zamówienie nie wchodzi w grę, albo może wchodziło, tylko nie starczyło mi odwagi, aby spróbować. Większość tych dań była z kosmosu, więc postanowiłam wspomóc się całkiem sporą książką kucharską, zaczęłam ją kartkować w poszukiwaniu czegoś lekkiego i zdrowego. W moje oko wpadło coś o bardzo specyficznej i dość zabawnej nazwie: Rømmegrøt, czyli bardziej po ludzku owsianka ze świeżej kwaśnej śmietany. Podawana z masłem, cukrem i cynamonem. Świetnie! Proste, mało pracochłonne i na dodatek mało syte po takiej nocy. Miałam nadzieję, że Bard i Vegard nie obrażą się za to, iż postanowiłam zamówić śniadanie na ich rachunek, a jeśli sie obrażą to i wuj się na mnie obrazi, że nic mu nie powiedziałam o swoim locie do Europy. 

Jeszcze, gdy mieszkałam z rodzicami mieliśmy zasadę, że kto pierwszy wstanie, ten przygotowuje śniadanie dla reszty. Mnie nigdy to nie spotkało, bo wstawałam najpóźniej, często budzona buziakiem od mamy. Teraz siedziałam na białym fotelu i przeglądałam jakąś książkę, która leżała na półce. Nie lubiłam ciszy, straszliwie mnie irytowała. Postanowiłam urządzić moim nowym przyjaciółką pobudkę. Na szczęście zabrałam ze sobą kabel USB. Wyjęłam z kieszeni telefon i podeszłam ostrożnie do wieży stojącej pod telewizorem, podłączyłam go za pomocą kabla. Serce trochę mi waliło nie powiem, ale ostatecznie wcisnęłam odtwarzanie na ekranie telefonu. Piosenka Shake It Off postawiła na nogi cały apartament, jak nie cały hotel. Widząc zaskoczone i przerażone twarzy braci Nory, od razu roześmiałam się wniebogłosy. 

- Pobudka, zaraz śniadanie będzie! - krzyknęłam, przedzierając się przez śpiew Taylor. 

- Amanda Valentina Fiennes!! - usłyszałam zdenerwowany krzyk Laufey, zaskoczył mnie fakt, że dziewczyna zna moje drugie imię. W sumie mogłabym sie obrazić, że użyła mego pełnego imienia, ale w tamtej chwili jakoś nie potrafiłam. 

- Valentina?! - zdziwił się Bard, a w jego oczach malowała się radość. Jakby kompletnie zapomniał o tej pobudce. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo zajęłam się uciekaniem przed śpiącą czarnowłosą. Zdziwienie Vegarda i Barda było jeszcze większe, gdy do drzwi zadzwoniła obsługa z sześcioma miskami owsianki. Leżąc na podłodze i broniąc się przed rozwścieczoną Islandką, zdążyłam zauważyć, że Demri i Nora również sie obudziły. Moja współlokatorka z Akademii zwijała sie ze śmiechu i nie wiem, czy widok walczących dziewczyn tak ją rozbawił, czy braci płacących za śniadanie. Natomiast Demri podbiegła do mnie i Lauf, starała sie odciągnąć czarnulkę i o dziwo, udało się. Obie wylądowały na kanapie, a ja ledwo łapałam oddech ze śmiechu.

- A wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? - zwróciłam się w stronę dziewczyn - Że jesteś jednocześnie ojcem Lokiego i córką Thora.

Thorsdóttir, przyjrzała się mojej koszulce i uśmiechnęła, ukazując perłowe zęby. Zupełnie jakby ochłonęła. Wstała z kanapy i odrzekła teatralnie:

- Wygłosić ci gadkę o prawości i honorze? 

Obie śmiałyśmy się jak nienormalne, a reszta patrzyła na nas jak na dwóch psycholi. Widać Laufey zakopała topór wojenny i pomogła mi wstać z podłogi. Podczas śniadania zapadła niezręczna cisza, a ja i Islandka co chwilę wymieniałyśmy znaczące spojrzenia i cicho się śmiałyśmy. Dalej dziwił mnie fakt, że znała moje drugie imię, a nigdy o nim nie wspominałam.

<Jeju, jakie to okropne...ale jak Nora mnie poprosiła o dodanie tego dziś, tak więc uczyniłam. Mam nadzieję, że nie jest, aż takie straszne>