Layout by Raion
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaac Ezra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isaac Ezra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2015

Dead Men In My Bed




Isaac Ezra (Dean Moriarty) 

☿20.08.1992 ☿ Melbourne, Australia ☿ Kuzyn Chrisa Hemswortha ☿
☿(przynajmniej za takiego się podaje) ☿


Przedstawia się jako Dean Moriarty - bohater jego ulubionej książki "W Drodze". 
Jest spokrewniony z nikim, ale dla zaspokojenia swojego własnego, dużego ego wmawia innym, że jest kuzynem w drugiej linii Chrisa Hemswrotha. Tak naprawdę jest pochodzenia żydowskiego, czego się wstydzi. Jest agnostykiem niewierzącym. I ukrywa to, że mówi po hebrajsku. 
Uwielbia surfować. W ogóle lubi wszystkie sporty związane z deskami (surfing, snowboard, deska). Interesuje się również kinem, szczególnie europejskim. Pośród swoich ulubieńców wymienia Jima Jarmuscha, Harveya Keitela, Xaviera Dolana i wielu innych. Prócz tego kocha poezję, szczególnie z okresu bitników. Ogólnie dużo czyta i w przyszłości chciałby pisać książki. Czego słucha? Wszystkiego. Dosłownie. Lubi dobry rock i lubi "gdy łoją", ale nie gardzi również klasycznym bluesem, czy starym jazzem. Jest również ogromnym fanem piłki nożnej. Zaciekle kibicuje Paris Saint Germain. 
Mimo, iż jest niezły w stosunkach między ludzkich to raczej nie mógłby być Twoim najlepszym przyjacielem. Raczej jest rodzajem dobrego kumpla. Można z nim wyjść na piwo, do kina, posurfować, pośmiać się, ale nie potrafi pocieszać. Jest beznadziejny w motywowaniu ludzi. Jeśli opowiesz mu o swoim problemie w najlepszym wypadku odpowie "aha". Nie jest zbyt lojalny. Jak każdy Australijczyk wykorzystuje każdą okazję do poznania ludzi. Dużo gada i jest raczej bardzo pozytywną postacią. Jednak gdy się chcę to można z nim porozmawiać o naprawdę istotnych tematach. Szczególnie o literaturze. 
Pochodzi z rodziny żydowskiej. Jego ojciec jest żydem z wyznania, zaś matka była protestantką dzięki czemu w domu nie był wychowywany w określonej religii. Jego dziadkowie mieszają w Izraelu, gdzie kiedyś często przyjeżdżał. Mimo to czuje się pełnym Australijczykiem i nie przyznaje się do swojego hebrajskiego pochodzenia. Jak żył zanim przyjechał do Akademii? Po prostu. Jego dnie wypełniał surfing, wyjścia ze znajomymi, dobra książka i jam session na basie. Już w młodym wieku potrafił całymi dniami szwendać się po plaży. Często uciekał z domu dla samego fanu. Jest jedynakiem. 
W przyszłości chciałby pisać książki lub grać w filmach lub projektować mieszkania, a najlepiej wszystko na raz. 
Chodzi na projektowanie wnętrz, scenografię, aktorstwo, pisanie tekstów i sekcję rockową, żeby nauczyć się wreszcie czytać nuty. 


                                                                      Norah Harisson Ylvisaker                                                       
                                                                           Garrett Hedlund                                                                  

piątek, 29 maja 2015

Isaac Ezra



Dym papierosów mieszał się z stęchłym zapachem fast foodów leżących na tylnym siedzeniu samochodu George’a Ezry. A we mnie się gotowało. Buzowała we mnie złość. Byłem wściekły. Płonąłem najgorszym piekielnym ogniem. Demoniczne płomienie wylizywały resztki twórczości pozostałej w moim ciele. Przez chwilę nawet mógłbym pomyśleć, że zaprzedałem dusze diabłu, a on właśnie odbierał mi mój talent. Mógłbym, gdybym wierzył. Nie wierzyłem. Nie miałem w co i wciąż nie mam. Wziąłem zdecydowany łyk taniego whiskey. Wiedziałem, że alkohol podżega tylko płomienie, a mimo to wciąż dorzucałem do tego ogniska żar z Drum’ów i alkohol. Buzowało we mnie jeszcze mocniej, a lawa wylewająca się z twórczego wulkanu, była tak twarda, że nie potrafiłem zrobić z niej nic, prócz kolejnej kulki papieru na tyłach śliwkowego Chryslera. 

Czy norweskie słońce mocniej grzeje? 
Czy deszcz w Oslo mniej smuci? 
Że…uciekłaś tam zostawiając mnie na pastwę…

Kolejna zmięta ulotka na siedzeniu pasażera, kolejny papieros w moich ustach, kolejne promile w mojej krwi, a porządnego wiersza wciąż brak. Spojrzałem się na tom poezji Nicka Cave’a leżący obok. 
- Ty chciałbyś być zrobiony z kamienia, a ja nie potrafię napisać kurwa porządnego wiersza - krzyknąłem i z całą wściekłością na jaką było mnie stać wyrzuciłem nie dopalonego nawet do połowy Drum’a przez okno. Kopnąłem w drzwi, żeby się otworzyły i zabrałem butelkę. W tej chwili tylko na niej mi zależało. Trzasnąłem drzwiami, a echo mojej złości poniosło się po parkingu. Zostawiłem zgliszcza mojej poezji na pastwę tłuszczu sączącego się z tygodniowego burgera i patrzącego na tą zagładę sztuki australijskiego poetę w tym przeklętym przez bogów Chryslerze. 

Potrzebowałem prawdziwej inspiracji, a marihuana z pewnością przyczyniła się do powstania najwybitniejszych wierszy amerykańskiej twórczości. Nora powiedziała mi kiedyś, że Demri pali trawę jak Jessy papierosy, a przecież każdy wie, że niema żadnej przyjemności w samotnym jaraniu. Nie, że byłem uzależniony. Po prostu narkotyki były moją inspiracją. Jeśli ktoś kiedyś zapyta się mnie „Hej Dean co nakłoniło Ciebie do napisania Pacyficznej Chandry ?” - odpowiem Alan Ginsberg, Nick Cave i marihuana. Inspiracja pokroju cholernego Jacka Keuraca -  pomyślałem kopiąc jeden z kamieni żwirowego parkingu Akademii. Zaśmiałem się wrednie. Nawet nie pamiętam z czego, czy z kogo. Może szydziłem z tych wszystkich dzisiejszych grafomanów? A może z tych wszystkich, którzy myślą, że inspirować można się ładnym widokiem z okna? A może po prostu byłem tak dumny z mojej beznadziejnej twórczości, że wszyscy wydawali mi się nędznikami? A może z diabła, który mimo swych prób jednak nie wydarł mi mojej poezji? A może z tego wszystkiego na raz? Z tego smętnego parkingu. Z Pacyficznej Chandry. 

*** 
Pokój oznaczony tandetną, złotą, tabliczką jako „Draven, Pixie” wypełniał zapach trawy. Zapach trawy, hinduskich kadzidełek, taniej whiskey i drogich perfum. Dobry zapach. Zapach  Milosa Formana. Zapach sztuki. Zapach starej, dobrej sztuki. Siedzieliśmy napawając się tą magiczną wonią. Morska bryza wprawiała w ruch kolorowe zasłony i dzwoniące Łapacze Snów. Otumaniony przez transową muzykę i narkotyki wbijałem wzrok w zniekształcone refleksy świetlne w gęstym powietrzu. Demri podała mi jointa. 
- Jesteś jedyną dziewczyną, jaką znam, która potrafi robić skręty - powiedziałem kiwając głową w podziękowaniu. 
- Dziękuję, ale oboje wiemy, że to nie prawda - odparła śmiejąc się. 
- To cytat - mruknąłem i się porządnie zaciągnąłem. Tego właśnie potrzebowałem. Duszącego dymu, który stłumi pożar i wzniesie się z popiołów niczym feniks, żeby ponownie spłonąć między wersami poezji. Dławiących oparów, które przemienią jęzory ognia w jęzory tuszu rozlewającego się na tyle paragonu za najtańszą whiskey. I w końcu przyjemnego wiatru, który będzie grał jazz na pustyni mojego serca. 


Nagle wyrzuciłem ręce w powietrze i krzyknąłem „Slim Gaillard to mistrz”. Podniosłem się spod szafy i przełączyłem muzykę. 


- A wiecie co to za piosenka? - zaśmiałem się podrygując w rytm pianina rozpoczynającego utwór. Nie czekając na odpowiedź porwałem dziewczynę i obróciłem ją. 

A potem…potem był już tylko spazmatyczny taniec. Uniesieni drgawkami zbliżaliśmy się do siebie pochylając się lub oddaliśmy się robiąc skłony i machając rękami jak szaleni. Słowa piosenki wypływały z moich ust między zaciągnięciem się, a wzięciem łyka. Na koniec każdego wersu wybijałem się w powietrze krzycząc „MacMaube” czy inny bełkot. Demri nie miała nic przeciwko. Razem ze mną próbowała naśladować Gaillarda i oboje drgaliśmy jak liście na wietrze. Obracałem ją od czasu do czasu tylko po to, żeby potem odepchnąć na drugi koniec pokoju, a sam zniżałem się i wyciągałem ręce do przodu w poszukiwaniu niewidzialnego przedmiotu. Krople potu na moim czole tańczyły razem ze mną spływając po chwili na mój nagi tors. A w pokoju roznosił się dobry zapach. Zapach trawy, hinduskich kadzidełek, drogich perfum, taniej whiskey i potu. Zapach wiersza Deana Moriartego. 


Tak właśnie powstaje najlepsza poezja w historii Ameryki! Wkrótce deszczowe, romantyczne Oslo porzuciłem na rzecz epileptycznego, buntowniczego Seattle. Nie obchodziło mnie dlaczego Ona uciekła zostawiając mnie pastwę trzech kropek beznadziejnej poezji, liczyło się to, że wróciła w cudownym, jazzującym stylu z jointem w ustach i tanią whiskey we krwi. Liczyło się tylko to. I jazz. Jazz zawsze się liczył. 



< O tym rozdziale możecie sobie mówić co chcecie - wszystko przyjmuje na klatę, ale mimo tego, że nie wyszedł jakoś zabójczo długi jak oczekiwałam to mi się go naprawdę bardzo przyjemnie pisało. Wreszcie jestem w swoim świecie :3 > 

czwartek, 21 maja 2015

Isaac Ezra

Nie słuchałem, gdy Kenneth Branagh opowiadał mi o Akademii. Nie doszło do mnie ani jedno jego słowo. Nie mam zielonego pojęcia gdzie są pokoje, gdzie są zajęcia, jak działa tutaj system oceniania. Nie wiem. Wiem jednak, że cały czas myślałem o tym, co bym mógł mu powiedzieć o "Straconych Zachodach Miłości", gdyby mnie zapytał o Szekspira. Układałem sobie w głowie sposób w jaki mogę wyrazić mój zachwyt jego adaptacji "Jak wam się podoba?". I czy powinienem mu powiedzieć, że "Hamlet" mi się dłużył. Wtedy w jego gabinecie miałem odpowiedzi na te wszystkie pytania.

- Isaac! Isaac! - pomachał mi ręką przed twarzą. Wielki reżyser filmowy próbował wytrącić mnie z zamyślenia, a ja tylko wahałem się czy spytać, jakim cudem on podjął współpracę z Marvelem czy może jednak to pominąć. - Słuchałeś mnie w ogóle?

- Tak... Mhm... Mówił pan... - mieszałem się. W głowie wciąż łomotały mi pytania z listy "Do Wielkiego Kennetha Branagha".

- Pytałem czy chcesz spojrzeć na listę uczniów? - Podsunął mi jakąś tabelę. Rzuciłem na nią okiem. Jakaś zabawna Norweżka spokrewniona z tymi komikami, córka czy ktoś Lorda Voldemorta, jakiś fagas z nazwiskiem Toma Waitsa, laska skazana na lubienie Marvela z urodzenia. O! Ciekawe jak zareaguje, gdy dowie się, że jestem kuzynem jej ojca. No, prawie. Uśmiechnąłem się pod nosem. Reszty nie kojarzyłem. Miałem tylko nadzieję, że nikt się nie zorientuje, że nie mam nic wspólnego z Chrisem Hemswrothem i uda mi się jakoś wpasować w elitę uczelni.

- Jesteś tutaj najstarszy - powiedział reżyser, posyłając mi przelotny uśmiech. Odwzajemniłem go. - No! A teraz leć już do pokojów. Pamiętasz chyba, że gdzie są? - Skinąłem głową. Na razie cieszyłem się, że mieszkam sam. Nie zniósłbym dzielenia pokoju z jakimś dupkiem, który godzinami stałby przed lustrem i sprzątał mi z przed nosa wszystkie dziewczyny. Albo jakimś frajerem, który cały dzień w szale twórczym gadał o bzdetach dotyczących tych czy owych gam. Prychnąłem i natychmiast pożałowałem, że to zrobiłem, bo Branagh się zapytał czy wszystko w porządku, a ja znowu tylko szybko przytaknąłem, podziękowałem i wyszedłem.

Kierowałem się w kierunku, gdzie wydawało mi się, że mogą być pokoje. Oglądałem bogato zdobione korytarze. Wszystko zdawało się krzyczeć "Jestem prestiżowe" jakby nikt wcześniej nie zdążył tego zauważyć. Na ścianach wisiały zdjęcia nauczycieli oprawione w eleganckie ramy. Martin Scorsese w swoim garniturze z ciepłym uśmiechem na twarzy, Adrien Brody na tle Nowego Jorku pogrążony w typowej dla niego melancholii, Taylor Swift w uwodzicielskiej pozie, George Ezra w swoim swetrze wyrwanym z teledysku The Beatles, Dominic Howard śmiejący się zza bębnów, Jack White w kolejnej nietypowej stylizacji i Karim Rashid ze fotografią jakby do portfolio studenckiego. Ciekawe jacy oni są. Tak naprawdę. Czy Martin Scorsese jest pozytywnym gościem, z którym da się normalnie porozmawiać? Czy Adrien Brody to melancholik wspominający o polskich korzeniach na każdym kroku? Czy Taylor Swift to pusta blondynka? Czy George Ezra naprawdę zna całą dyskografię Boba Dylana? Czy Jack White jest tak oryginalny jak go sobie wyobrażam? I przede wszystkim czy Karim Rashid jest ekscentryczny i czy potrafi mnie naprawdę czegoś nauczyć? 

- Czy ty surfujesz? - pisnęła nagle jakaś blondynka, która wyrosła przede mną. Nie. Nie jakaś blondynka. Naprawdę ładna blondynka. Zmierzyłem ją wzrokiem. Niezłe nogi, tyłek, duże niebieskie oczy i szczery uśmiech. Do tego ten akcent. Nie mogła być stąd. Wiem, że nie każdy Australijczyk surfuje, nie każdy Anglik pije herbatę i tak samo nie każda blondynka to Skandynawka, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać od poczucia, że rozmawiam właśnie z panną Ylvisaker albo Thorsdóttir. 

- Mhm - skinąłem głową i uśmiechnąłem się do niej najszczerzej jak potrafiłem.

- Ale super! Już myślałam, że nikt w tym zasranym Los Angeles nie ma zielonego pojęcia, co zrobić z deską - zaśmiała się. Wiem, że to dopiero pierwsze minuty naszego spotkania, ale już ją lubiłem. Miała w sobie coś prawdziwego. Nie tak jak ja - udaję, że jestem kim innym.

- Jak każdy prawdziwy Australijczyk - dodałem i przerzuciłem deskę z jednej ręki do drugiej.

- Jesteś Australijczykiem? Ale super. Moja koleżanka mieszka w Melbourne i jest zachwycona...

- Ja jestem z Melborune. Może kiedyś wbijesz nas odwiedzić?

- Mm... Może. Jak będę mieć przesiadkę do Nowej Zelandii - zaśmiała się i zrobiła zabawny ruch rękami, krzyżując je. Prychnąłem, udając oburzenie.

- Zasrany kiwiland. Rozumiesz, co oni tam w ogóle mówią?  - mruknąłem - W ogóle Dean jestem - Tak! Pierwsza osoba, która załapała się na moją nową tożsamość.

- Nora. Nora Ylvisaker

- Z tych Ylvisakerów? - spytałem z niedowierzaniem. Niby widziałem rozpiskę uczniów i widziałem, że będzie ktoś spokrewniony z tymi komikami, ale zawsze gdy spotykasz kogoś sławnego...lub prawie sławnego robisz zdziwioną minę. 

- Jestem ich siostrą - zrobiła coś na kształt ukłonu, a ja zacząłem śpiewać "What does the fox says?". No i mam swoją Norweżkę. 

- Każdy tak reaguje - wydukała przez śmiech. Wymieniliśmy spojrzenia. Ona sprawdziła komórkę i spytała, czy nie chciałbym zobaczyć pokojów. 

- Przydałoby się. Kompletnie nie słuchałem Kennetha, gdy mi objaśniał, o co tutaj w ogóle chodzi...

- Ale rozumiesz mniej więcej, że mamy zajęcia i tak dalej, nie? - Łapie za słówka ta dziewczyna, no nie powiem.

W końcu zaprowadziła mnie do małego, surowego pomieszczenia. Plebiscytu na najładniejszy pokój to by nie wygrał, ale z pewnością był praktyczny i nowoczesny. Miałem okazję wizytować ładniejsze miejsca, ale ostatecznie nie było tak źle. Duże okno, szerokie biurko i co najważniejsze wygodne łóżko. Właściwie to przypominał apartament Ewana McGregora w Autorze Widmo. Tak, chyba to dobre porównanie. Peter McKinon czy ktokolwiek to projektował mógł się na tym wzorować. Zwiastowało to tylko, że mój przyszły nauczyciel zna się na filmach. 

Zaprosiłem dziewczynę do środka. Położyła się na wolnym łóżku w butach, kompletnie nie przejmowała się jakimś taktem, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Nora wydawała się miła i pozytywna, tyle, że w tamtym czasie głównie patrzyłem na jej nazwisko. Pewnie potomkowie sław utworzyli już śmietankę towarzyską, a ja musiałem tam znaleźć sposób, żeby się wbić. Trafiłem chyba na dobrą dziewczynę, bo Norweżka nie zwracała uwagi na jakiekolwiek wady i zachowywała się jakbyśmy się znali od dłuższego czasu. 

Leżeliśmy w milczeniu. Ja patrzyłem przez okno i myślałem, że gdzieś tam na końcu tego Oceanu jest Melbourne. Stare, dobre Melbourne. O tej godzinie pewnie zaczyna się jakiś koncert albo kończy. Totalnie straciłem poczucie czasu. Strefy czasowe zawsze były dla mnie problemem. Dla mnie równie dobrze w Australii mogła być szósta rano jak i dziewiąta wieczorem. Nora przerwała ciszę nie podrywając wzroku znad ekranu telefonu: 

- Ej, skoro jesteś z Melbourne to może przypadkiem kojarzysz Christine Fredriksen?

- Nie sądzę. W Melbourne mieszkają cztery miliony ludzi, a ja w najlepszym wypadku kojarzę z trzysta z nich. I tak pewnie większość tylko z widzenia. - Nora nie odpowiedziała, a zamiast tego podsunęła mi profil na Instargramie jakiejś dziewczyny. Miała czarne kręcone oczy, dość ciemną karnację, ciemne oczy. W niczym nie przypominała mi Norweżki. Pokręciłem przecząco głową oddając blondynce urządzenie. 

- Na co się zapisałeś? - rzuciła jakby od niechcenia, jednocześnie prowadząc rozmowę z kimś na chacie. 

- Projektowanie, scenografię, aktorstwo, pisanie tekstów i sekcję rockową. - Zaśmiała się. 

- Moja współlokatorka… Amanda Finnes... Chodzi na trzy takie same przedmioty co ty. Na projektowaniu i scenografii będziesz sam. Ale spoko właściwie to jest fajnie. Ja chodzę sama na DJ'owanie i reżyserię.

Wyłączyłem się przy Amanda Finnes. Jeśli mieszka się z córką tak sławnej postaci, to z pewnością ma się kontakty w elicie. Z każdą chwilą coraz bardziej cieszyłem się, że wpadłem na Norę. 

- Amanda Finnes... Ona jest córką tego aktora? 

- Siostrzenicą. Czekaj... Siostrzenicą? W sensie Ralph to jej wujaszek.

- Mhm. - Ponownie zapadło milczenie - Każdy tutaj jest z kimś spokrewniony? 

- Nie. Laufey na przykład nie jest, Ash chyba też nie, Briggs nie jest... No, ze trzy osoby. Na dziesięć. Chyba, że ty...

- Jestem. Kuzyn Chrisa Hemswrotha się kłania.

Kłamstwa zawsze przychodziły mi łatwo. Czasem może za łatwo. Gdy łgałem jak z nut nie miałem poczucia winy, a raczej satysfakcji. Mogłem opowiadać o mojej "rodzinie" godzinami nie przerywając i nikt by się nie domyślił, że nie mam racji. Lubiłem kłamać. Tak. Otwarcie się do tego przyznaję. Zdziwione miny ludzi i ich podziw były bezcenne i nakłaniały mnie do utwierdzania ich w moim strasznym fałszu. Zaśmiałem się w duchu. Kłamałem właściwie od zawsze. Moja kochana mama zawsze się nabierała, nauczyciele w szkole też, kumple i dziewczyny. Szczególnie dziewczyny. Te zawsze się nabierały i mi wybaczały, a potem i tak musiałem z nimi zrywać. Płakały potem myśląc, że naprawdę ich nie zdradzałem. Ehhh... Kobiety. Dlaczego one zawsze muszą być takie naiwne? 

Zapaliłem papierosa. Nie obchodziło mnie czy można palić w pomieszczeniu czy nie. Zapaliłem. Nora nie zareagowała. Zaproponowałem jej fajkę, ale podziękowała. Bez zbędnych tłumaczeń "Nie palę" czy coś. Po prostu powiedziała nie, a ja schowałem paczkę. 

Siedzieliśmy w ciszy. Cieszyłem się, że tutaj przyjechałem. Czego więcej mógłbym chcieć w tym momencie? Ocean, papierosy, dziewczyny. Brakowało mi tylko meczu, ale i to dałoby się załatwić. A mówili, że Hawaje to raj na ziemi... 

< No więc jest pierwszy rozdział Deana Moriarty'ego. Jeszcze będę pracować nad jego postacią. No, ale teraz się stało i mam jego rozdział i muszę go dalej tworzyć. The show must go on jak to mówią>