Layout by Raion
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demri Draven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demri Draven. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2015

Nora Ylvisaker

<Pomarańczowe fragmenty to będą wstawki Demri>

Już od dobrej godziny siedzieliśmy w pokoju Deana. Mam nadzieję, że pokoje nie mają wspólnej wentylacji, bo sądząc po ilości wypalonych przez chłopaka papierosów, to Laufey z Ash w sąsiednim pokoju miałaby urozmaicenie zapachowe praktycznie przez cały czas. Mnie osobiście to tam nie przeszkadzało szczególnie, że Moriarty palił jakoś inaczej...tak jak widziałam to na starych filmach podczas pościgów samochodowych. Teraz właściwie to wszyscy po prostu wciągają dym i wypuszczają. Żadna filozofia. Właściwie to nawet ja tak robię, a Dean z papierosem wyglądał tak jakby chciał zaraz przywalić jakiemuś mafiozowi dłużnemu mu butelkę whiskey.

Trochę gadaliśmy, trochę milczeliśmy. Nic specjalnego, ale było...fajnie. Właściwie to Australijczyk przypominał mi taką bardziej towarzyską i milszą wersję Waitsa. Ciekawe jak chłopaki się dogadają. Zaśmiałam się na samą myśl o konfrontacji Deana z Jessym.

- Idziemy coś zjeść? - przerwał nasze rozważania chłopak. Była pora kolacji, której z reguły nie jadłam, ale mimo to zgodziłam się. Pewnie Dean też wolał perspektywę poznania kogoś więcej. Wyjątkowo postanowiłam pokazać mu najpierw stołówkę. Co jak co, ale żarcie akurat na dole mieli lepsze.

Staliśmy więc opierając się o blat i czekając na nasze posiłki. To jest tost z serem dla mnie i fish n' chips dla Deana. Przerwał nam komunikat: 

- Szanowni uczniowie. Chciałbym was powiadomić o nadchodzącym balu, który co roku zamyka naszą wspólną naukę. Co prawda do zakończenia semestru jest sporo czasu, ale zdecydowaliśmy się na tak szybki termin, ponieważ będzie was jeszcze czekało ostateczne wystąpienie przed nami oraz waszymi bliskimi. Szczegóły podane są w gablocie przy sekretariacie i stołówce. Dziękuję bardzo za uwagę.

Uśmiechnęłam na samą myśl, że pewnie przyjedzie Stale i zostanie na cały tydzień albo coś i będę mogła z nim pójść na bal i usłyszy jak śpiewam, gram, zobaczy moje etiudy z reżyserii i przede wszystkim będe mogła wreszcie spędzić z nim czas. Na występy może nawet uda mi się zaprosić Finna czy Christine. O mój boże, ale będzie super. W zeszłym roku też były występy, ale nie było balu. Będzie niesamowicie! Tylko, żeby Aaron był DJ'em. God gud vil mirkulost! 

- Idziesz? - spytał podejrzliwie Dean. 

- Mhm. Ze Stalem jak przejdzie - odparłam wniebowzięta i gdy zobaczyłam brak przekonania na twarzy chłopaka dodałam - I Ciebie też chcę tam widzieć Moriarty! - Wskazałam na niego palcem jednocześnie odbierając talerz z tostem od kucharki. 

- I co Nora znajdujesz sobie kolejnego adoratora? - zapytała z uśmiechem. Powiedziałam jej, żeby się puknęła w czoło i przecież mam chłopaka, jednak ta tylko wzruszyła ramionami i posłała porozumiewawcze spojrzenie do Deana wydając mu posiłek. Przewróciłam oczami. Doprawdy już nie można pogadać z płcią przeciwną, żeby nikt was nie podejrzewał o romans. 

Gadaliśmy jeszcze trochę albo właściwie to ja gadałam, bo Dean był zbyt bardzo pochłanianiem jedzenia, żeby jakkolwiek się odzywać. Obok nas przeszła Demri, myślałam, że się dosiądzie, ale tego nie zrobiła. Nie typowe jak dla niej. Coś się musiało zadziać. Nie przerywając rozmowy śledziłam czarnulkę wzrokiem. 

- Słuchaj jesteś super gościem i się z Tobą genialnie gada, ale moja przyjaciółka właśnie płacze, więc... - zaczęłam wstając, nawet nie oderwałam wzroku od Draven. 

- Jasne idź - rzucił Dean. Nie, chyba nie miał mi tego za złe. Przynajmniej nic na to nie wskazywało. 

Podeszłam do Demri. 

- Hej, Dem... - Nawet nie wiedziałam czy mogę tak skracać jej imię - Ty przecież nigdy nie jesteś smutna. Co się dzieje? - usiadłam obok niej i delikatnie dotknęłam jej ramienia. 

- A nic takiego. Naprawdę. - Szybko wytarłam twarz i zerknęłam na nią spod włosów. Nie miałam pojęcia, że mnie zauważyła. - Nie chciałam wam przeszkadzać – dodałam, patrząc w stronę zerkającego na nas chłopaka. 

- Demri... Płaczesz. To nie jest "nic takiego, naprawdę"

- Kiedy ja… - zaczęłam, ale stanowczy wzrok Nory kazał mi się poddać. Brakowało mi tu Jessy’ego. Wiedział, o co chodzi… Westchnęłam. - Wszystko było naprawdę wspaniale... Wiesz, dzisiejszy dzień. A teraz... - zaczęłam, ale gula ugrzęzła mi w gardle. - Pamiętasz jak opowiadałam o moim ojcu? 

Skinęłam głową. Wtedy...w Sztokholmie nie chciałam się mieszać w te sprawy. Z reguły wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś chce mi powiedzieć to mi powie, ale ja nie będę się wbijać w nie swoje tajemnice na siłę. Z reguły, bo oczywiście były wyjątki. Jak na przykład ten. Uparłam się pomóc Demri. Chyba po prostu moje ego nie zniosło tego, że nie potrafiłam pocieszyć Islandki i musiałam znaleźć ujście przy najbliższej okazji. 

- Bo nie powiedziałam wam wszystkiego. Tylko Jessy wie - Zwiesiłam głowę, a Nora wyciągnęła rękę i złapała mnie za dłoń. - On o mnie nic nie wie. Nie wie, że istnieję. Nie myślałam o tym zbyt często i obiecałam, że nie będę, bo uważam go za okropnego, niedojrzałego człowieka, a teraz jak do Meredith zadzwonił telefon... – Nie miałam pojęcia, czy to co mówię ma jakiś gramatyczny sens, ale trudno. Pociągnęłam nosem, czując, że łzy na powrót mi zamazują obraz, a wielka pięść ściska za gardło.

Chciałam coś powiedzieć. Coś pocieszającego, inspirującego, mądrego, ale zamurowało mnie. Nie miałam zielonego pojęcia co powiedzieć dziewczynie, która tak w gruncie rzeczy nie ma ojca. Przecież nie powiem jej, że...właściwie to nawet co. Wydukałam, więc tylko "Dem..." i spojrzałam jej się prosto w oczy. 

- Wiem, wiem - odparłam, uśmiechając się przez łzy. - Pewnie powiesz, że histeryzuję. Jak na razie tylko Jessy widział mnie w takim stanie i niech to pozostanie między nami. - Spojrzałam na nią, po czym zabrałam swojego baliego, przewieszając go przez ramię i wstałam. - Nie będę cię już zamęczać. To nie twoje problemy - dodałam, posyłając jej blady uśmiech i odwróciłam się, odnosząc tackę z nietkniętymi sandwichami.

Siedziałam jeszcze przez chwilę rozważając to co powiedziała mi dziewczyna. Miałam jakąś nikłą nadzieję, że wpadnę na pomysł jakiegoś ambitnego pocieszenia. Myliłam się. Pozostało mi tylko rzucić się biegiem za Demri. Zatrzymałam ją dopiero przy wyjściu. 

- Demri. Każdy ma prawo być smutny, nawet jeśli na c odzień jest tak wesoły i uśmiechnięty jak ty. Każdy. Powiedz mi. Proszę. - Złapałam ją za rękę tak jak na tandetnych filmach romantycznych. Chyba bałam się, że mi ucieknie z płaczem i znowu zawiodę w pocieszaniu. 

- Ale ja nawet nie wiem, co mam ci powiedzieć - westchnęłam. Naprawdę żałowałam, że dałam się złapać. Nie winiłam Nory, ale po prostu nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Od sytuacji z matką i wiadomości o tym, że Alex nie był nigdy moi ojcem? Od nieudanej próby potwierdzenia jej słów? A może w ogóle od dnia kiedy naćpany wokalista przyczepił się do mojej mamy i zaciągnął ją do łóżka, a następnego dnia zniknął?

- Najlepiej wszystko. Od początku. Nie ważne czy to nawet będzie miało jakiś sens. Wiem, że to brzmi tandetnie, ale serio pomaga. Uwierz na słowo - próbowałam ją jakoś zachęcić, ale tak szczerze to byłam do dupy w dwóch rzeczach: składaniu życzeń urodzinowych i pomaganiu w poważnych problemach. 

- Przez szesnaście lat żyłam w przekonaniu, że mój ojczym, jest moim ojcem. Dopiero pięć lat temu, gdy razem z matką przeprowadzili się do Chicago, a ja zostałam w Seattle, coś pękło i Alice, moja mama, postanowiła powiedzieć mi prawdę. Nie wiem, czy to z wyrzutów sumienia, czy uznała, że w tym wieku mi to obojętne. W każdym razie przyjechała po roku nieobecności. Siedziałam wtedy na tarasie i robiłam kolejny de kupaż. Ona przyszła do mojego mieszkania bez zapowiedzi, usiadła i powiedziała, że musimy poważnie porozmawiać. A wyszło, że po prostu przyznała się, że spotkała się z Alexem dopiero rok po moich narodzinach.

Dopiero, gdy Dean próbował do nas dołączyć zorientowałam się, że stoimy w przejściu. Dość słabe miejsce jak na zwierzenia muszę przyznać. Syknęłam do Moriartego coś po norwesku i odgoniłam go ruchem ręki. Oy dritt...czy ja już wtedy traktowałam Deana jak starego przyjaciela jeszcze z Bergen? Nie chciałam, aby coś albo ktoś zbił Demri z tropu. Uśmiechnęłam się do niej przepraszająco i poprosiłam, aby kontynuowała najbardziej subtelnie jak potrafiłam. 

- Z początku nie rozumiałam, o co chodziło, ale gdy opowiedziała o koncercie ukochanego zespołu, spotkaniu z wokalistką i gitarzystą w barze, a na końcu… Nocnej schadzce z jednym z nich… zdajesz sobie co się tam działo. Nie interesowało jej, że był od niej o wiele starszy. Podobno dużo imprezowała w tamtym czasie… no i zaszła w ciążę, a wcale tego nie chciała. Wiesz jak to jest. Zabawa na jedną noc. Jednak postanowiła urodzić. Z jakich powodów, nie wiem i nie chcę wiedzieć. W każdym razie ułożyła sobie życie na początku ze mną, potem z Alexem. Często przebywałam wtedy u dziadków i w sumie oni mnie wychowywali. I tak sobie żyłam do tej pamiętnej rozmowy w kuchni.

Urwałam.

- Potem co się wydarzyło, to nieistotne. A teraz jestem w pokoju z siostrzenicą najlepszego przyjaciela człowieka, który jest moim ojcem. – Zacisnęłam oczy i  zacisnęłam pięści na rąbku sukienki. – Nie wiem, dlaczego tak mnie się tym przejmuję. Nie chcę go poznawać ani w ogóle nic od niego nie chcę. Naprawdę! – krzyknęłam na koniec i znowu się rozpłakałam. Ale szybko się powstrzymałam, wycierając policzki. Przecież nie miałam przez to ryczeć! - A teraz wszyscy mają mnie za jakąś niedorozwiniętą dziewczynkę, która ze wszystkiego na świecie chciałaby jarać trawę do końca życia. Nie patrz tak na mnie, Nora. Wiem, że tak jest. - Pociągnęłam nosem. - Nawet teraz patrzysz na mnie z tą dziwną miną. 

- Wiesz co Demri. Może to zabrzmieć dziwnie, ale ja, osobiście, dziękuję Twojej mamie, że postanowiła się przespać z tym kolesiem. Bo tak naprawdę dzięki temu udało mi się poznać wspaniałą, niezwykle utalentowaną, uśmiechniętą osobę. A jaranie trawy do końca życia jest całkiem niezłą perspektywą - posłałam jej ciepły uśmiech i objęłam ramieniem. Nie przejmowałam się tym, że jest ode mnie z jakieś dwadzieścia centymetrów niższa i musi to przezabawnie wyglądać.

- Nie mów o tym nikomu. Szczególnie Meredith, proszę - szepnęłam, odrzucając włosy, które wpadały mi raz po raz do oczu. - A obiecałam sobie, że Jessy będzie jedyną osobą, która to wie. - Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem.

- No to będzie miał konkurencje - zaśmiałam się. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę Prince'ów i wyciągnęłam w stronę dziewczyny. Chyba po raz pierwszy w życiu zaproponowałam komuś papierosa. Demri obróciła w rękach fajkę i uśmiechnęła się. No tak. Norweżka pali duńskie papierosy, a czego się spodziewaliście? 

Ruszyłyśmy w stronę plaży. Obie z papierosami w ustach. Nie mówiłyśmy właściwie nic. Myślałam tylko nad tym co powiedziała mi Draven. W życiu nie podejrzewałabym jej o posiadanie tak...dziwnej...przeszłości. Tak naprawdę to nie mogłam jej nawet szczerze współczuć, bo nie miałam zielonego pojęcia jak to jest. Próbowałam postawić się na jej miejscu i za każdym razem nie potrafiłam sobie tego wyobrazić, a potem dochodziłam do wniosku, że chyba bym skończyła na Christianii sprzedając kolorowe naszyjniki dopóki nie wykończą mnie narkotyki. Albo...nie wiem. To przecież było tak surrealistyczne. Nie. Po prostu nie. Demri jednak była cholernie odważna, żeby przejść przez takie coś i jeszcze być normalnym. 


piątek, 22 maja 2015

Demri Draven

- Jeszcze raz. Wyczuj ten moment, Demri.

- Tak, sorze.

I grałam dalej. Grałam, grałam, aż pęcherze mi pękły i dopiero wtedy Mr White postanowił, że na dziś koniec. Ale był zadowolony, więc i ja taka byłam. Jak zawsze na początku rozmawialiśmy o tym co było ostatnio, później była technika, a na koniec wspominaliśmy stare gwiazdy bluesa. Lubiłam te zajęcia, chociaż wychodziłam z nich zmęczona. Może dlatego, że były tak późno? Kto tam wie. W każdym razie nie uchodziło mojej uwadze, że Jack był przystojny. Jak powiedziałam o tym Fey, ta machnęła ręką i rzuciła coś w stylu ‘Tobie się tam wszyscy podobają.’ No, ale co ja mogę, że dookoła sami wspaniali mężczyźni? Wszędzie ich spotykam, wszędzie ich widzę. Cudo! Rano była scenografia, na której byłam tylko ja. Jednak nie przeszkadzało mi to. Zmontowaliśmy z psorem McKinnonem dość sporych rozmiarów stelaż, który potem miał służyć jako oparcie, tło lub podest dla oświetleniowca podczas przedstawienia. Ciągle rozmawialiśmy, żartowaliśmy i pracowaliśmy. Nora powiedziała mi później, że zachowuję się jak mniejsza wersja Petera - rozgadana, wyrwana z rzeczywistości. Następnie było malarstwo. w sumie nic podczas tych zajęć nie zrobiłam, bo Dona analizowała mój obraz pod względem jakościowym jak i merytorycznym. Gdy spytała, co namalowałam, odparłam, że Amy stojącą na naszym molo. Stałam wtedy na dachu i po prostu szkicowałam Finnes, spacerującą w okolicach altany. ‘Dobrze, ale powinnaś popracować na doborem farb i światłocieniem. O tu w rogu – widzisz jak światło dziwnie się załamuje? Nie wygląda to naturalnie. Trzeba to poprawić.’ Nie chciałam poprawiać. Podobał mi się taki, jaki był, ale Nelson uparła się, żebym to zrobiła. Postanowiłam namalować coś innego, bo Amy na tle molo zdecydowanie była idealna.  Następny był montaż muzyki. Mimo, że profesor był oschły, z wielkim zainteresowanie słuchałam o każdej śrubce i guziku na mikserze. Pokazał mi jak to robić, chociaż zapamiętanie tego równało się z lotem na Słońce. Gdy powiedziałam, że podziwiam go za to, że to rozumie, początkowo zmierzył mnie podejrzanym spojrzeniem, ale gdy zobaczył, że mówię szczerze, nawet lekko się uśmiechnął. Napomniał, że powinnam robić notatki i od następnych zajęć zaczniemy wszystko od nowa po kolei. To była przewspaniała godzina! Na końcu czekały mnie zajęcia z lekcji gitary. Tutaj ćwiczyłam razem z resztą, a potem zostałam na dodatkową godzinę.

- Zagraj to jeszcze raz - rzucił mój mentor, odpalając papierosa. Nie przeszkadzało mi to. Zresztą zawsze wcześniej owijaliśmy czujnik dymu folią, żeby w Akademii nie wybuchł alarm. Sor palił tylko na moich zajęciach. Tutaj mógł mi poświęcić więcej czasu i to właśnie robił. Dzięki Bogu za jego wyrozumiałość. Nie szło mi najgorzej, ale nie byłam jakimś tam mistrzem. Jednak Jack'owi to nie przeszkadzało. Siadaliśmy naprzeciwko siebie i graliśmy. Najpierw on, ja obserwowałam, potem sama starałam się odtworzyć, to co mi pokazał, a na koniec White dołączał się do mnie i w sali rozbrzmiewały dwie gitary. Niekiedy kazał mi śpiewać, kiedy indziej sam to robił, a jeszcze innym razem śpiewaliśmy wspólnie. Były to zdecydowanie moje ukochane zajęcia i starałam się przed każdymi z nich ćwiczyć w wolnych chwilach wszystko od początku, by być jeszcze lepszą niż poprzednio.

- Czas się zbierać. Dobra robota – powiedział w pewnym momencie Mr White i uśmiechnął się ciepło. Patrzyłam na niego jak zafascynowana. To moja sprawka, że się tak wspaniale uśmiechnął? Odebrał ode mnie gitarę, odstawił na miejsce i zaczął przesuwać z powrotem krzesła na miejsce. Jak zwykle chciałam mu pomóc, ale zatrzymał mnie ruchem ręki. - Idź lepiej zajmij się tymi pęcherzami, moja mała gitarzystko - rzucił, wskazując na moje dłonie. Fakt. Krwawiły, ale w pewnym momencie gry przestałam to czuć. 

- Tak jest, sir! - Zasalutowałam, przy czym Mr White parsknął śmiechem i pokręcił głową. Pożegnałam się i praktycznie wypłynęłam z sali, czując dziwną lekkość. Dokładnie gdy byłam w połowie korytarza, wpadłam na Meredith. Już chciała mnie skrzyczeć, ale widząc, że to ja, spytała tylko dlaczego jestem taka rozmarzona.

- Czyżby zajęcia z Jackiem? - spytała z podniesionymi brwiami. Tak. To był nasz rytuał. Po skończonych zajęciach z Mr White'm, zawsze wszystko opowiadałam Pixie. Zawsze. Pokiwałam głową w odpowiedzi, a Mer tylko westchnęła, patrząc na mnie litościwie. - Jeśli będziesz się tak szybko zakochiwać, to zginiesz, kochanie.

- Kiedy to jest miłość platoniczna - odparłam, wzruszając ramionami, ale nie przestając się błogo uśmiechać. Byłam naprawdę w wyśmienitym humorze. 

- Która tak cię traktuje? Spójrz na swoje ręce! - biadoliła Meredith, obracając moje dłonie w swoich. Szybko schowałam je  za plecami.

- To nic takiego. Odkazić w oceanicznej słonej wodzie, a potem posmarować witaminą A i będą jak nowe - mruknęłam, patrząc na czubki swoich butów. Pixie już chyba chciała coś powiedzieć, gdy w całej Akademii rozległ się donośny głos:

- Szanowni uczniowie. Chciałbym was powiadomić o nadchodzącym balu, który co roku zamyka naszą wspólną naukę. Co prawda do zakończenia semestru jest sporo czasu, ale zdecydowaliśmy się na tak szybki termin, ponieważ będzie was jeszcze czekało ostateczne wystąpienie przed nami oraz waszymi bliskimi. Szczegóły podane są w gablocie przy sekretariacie i stołówce. Dziękuję bardzo za uwagę.

Metaliczny głos z brytyjskim akcentem szczęknął i zamilkł. Popatrzyłyśmy po sobie z Meredith ze zmieszanymi minami. Gdy spytałam czy pójdzie ze mną sprawdzić te szczegóły, odpowiedziała, że wychodzi ze znajomymi i gdy wróci wszystko jej wytłumaczę. Jednak zanim odeszła zadzwonił do niej telefon.

- Cześć, Steven! Dawaj mi Joe zaraz! – wykrzyknęła ze śmiechem i pobiegła w drugą stronę korytarza. - Tylko błagam. Opatrz sobie te ręce - rzuciła jeszcze, idąc tyłem. Uśmiechnęłam się na odchodnym i pobiegłam sprawdzić, o co chodziło z tym całym balem. Nora nic o nim nie wspominała. Czyżby nowa tradycja? Zbiegałam ze schodów w podskokach, myśląc o tej nowości. Gdy stanęłam w stołówce przy tablicy, były już tam Laufey i Shin. Obie czytały wielki plakat.

- Cześć, laski! - przywitałam się. Dodatkowo ścisnęłam tylko dłoń Fey. Jakość od incydentu na urodzinach brata Nory, trzymałam się na dystans. Wcale tego nie chciałam, ale inaczej nie potrafiłam. Coś w środku kazało mi nie naskakiwać na dziewczynę z Islandii. Laufey nie była dla mnie oschła, wręcz przeciwnie i nie wiedziałam, skąd brało się we mnie to wycofanie. 

- Hej, Dem - rzuciła Islandka, a Shin przywitała się po koreańsku. Uważałam, że to słodkie. Mimo, że jedynymi słowami jakie zamieniłyśmy były przywitania, miałam Azjatkę za wyjątkowo towarzyską osobę.

- I co? Co to za bal?! - rzuciłam zniecierpliwiona, a Fey tylko wzruszyła ramionami. Jak to ona zawsze podchodziła do wszystkiego sceptycznie. Ale za to ją uwielbiałam! Chłodna północna piękność zza oceanu.

- Sama przeczytaj.

Posłuchałam i przebiegłam wzrokiem po literach. Gdy natrafiłam na obcojęzyczną nazwę jakiegoś lokalu, podskoczyłam.

- O, Bożenko! To jakaś droga restauracja?

- Cholernie - odmruknęła Fey. - Znajduje się na szczycie Marriotta. Będzie stamtąd widok na całe cholerne LA.

- Tu piszą, że obowiązują stroje wieczorowe. - Sunęłam palcem wzdłuż przedostatniej linijki.

- Myślicie, że trzeba będzie iść w parach? - spytała nieśmiało Shin. Jej głos przypominał dźwięk dzwoneczków na wietrze. Mogłabym go słuchać godzinami. W porównaniu z topornym akcentem Laufey, delikatny język Koreanki był jak muzyka.

- Nie, no. Chyba nie... - dodała Fey, nie odrywając wzroku od plakatu. Skrzyżowała ręce na piersiach i we trójkę wpatrywałyśmy się w ogłoszenie. Przez chwilę tylko tak stałyśmy, bez celu gapiąc się w ścianę. Kucharka musiała mieć z nas niezły ubaw, jeśli nas zauważyła. Zachichotałam mimowolnie.

- Nora pewnie pójdzie ze Stale'm - mruczałam do siebie, mrużąc oczy. - Ciekawe co ubierzecie! - pisnęłam, patrząc na dziewczyny. Już wyobrażałam sobie całą gamę kolorowych strojów przepełnionych folklorem obcych krajów.

- A kto w ogóle powiedział, że się na to wybieram? - rzuciła Fey, patrząc na mnie z góry. Jak wszyscy zresztą.

- Chcę cię zobaczyś w sukience, Feeey! - pisnęłam, łapiąc ją za ramię i podskakując.

- Oj, Demri. Dla ciebie wszystko jest takie proste...

- A co w tym trudnego? - zdziwiłam się. - Ubierasz kieckę, idziesz ze mną na bal, siedzimy, tańczymy, jemy. No, cudo!

- Tylko tam będą wszyscy nauczyciele z małżonkami albo partnerami. Nie wiem czy to takie fajne... Islandka zawahała się.

- A ty, Shin? Wiesz już co ubierzesz i z kim pójdziesz? - spytałam, wychylając się do Koreanki.

- Nie wie... - zaczęła odpowiadać dziewczyna, ale nasza towarzyska się wtrąciła.

- Jezu, Demri! - oburzyła się się Laufey. - Przecież to dopiero za miesiąc. Daj jej spokój.

- Nic nie szkodzi - odparła Azjatka i posłała mi ciepły uśmiech.

I znowu pięciominutowe gapienie się w kartkę papieru na ścianie.

- Ej, można iść z profesorem? - wypaliłam, a obie spojrzały na mnie z szeroko otwartymi oczami. Fey chciała już coś powiedzieć, ale wyprzedziłam ją. - No, co?! - spytałam zdziwiona.

Dziewczyna pokręciła głową, a Shin się roześmiała. Miała taki piękny śmiech. Chyba zaczynałam po cichu być jej fanką. Miałam wielką nadzieję, że uda mi się ją bliżej poznać.

- Dobra. Muszę lecieć - wypaliła ni z tego ni z owego Laufey i pożegnała się. Zanim zniknęła, krzyknęłam:

- Fey! Jak Daniel cię zaprosi, zgódź się!

Ta tylko pokazała mi środkowy palec, zanim drzwi windy się zamknęły. Zaśmiałam się jeszcze i odwróciłam na powrót do wiadomości. Musiałam przeczytać ogłoszenie jeszcze raz. A potem coś zjeść oczywiście. Na koniec dnia zawsze umierałam z głodu!

- Naprawdę chcesz iść z nauczycielem? - spytała nagle Shin. Spojrzałam na nią tajemniczo, po czym wskazałam głową stołówkę. Azjatka odmówiła, tłumacząc, że już jadła. Wzruszyłam tylko ramionami i skierowałam się do najbliższego stolika. Przeczytałam menu i wybrałam świeży wyciskany sok z pomarańczy i sandwiche z serem. Gdy podchodziłam złożyć zamówienie, stał tam jakiś chłopak, którego nie znałam i rozmawiał z Norą. Dyskutowali o czymś zażarcie, jednak nie chciałam się wtrącać. Byłam tak mała, że nawet mnie nie zauważyli i gdy wzięłam swoje jedzenie, odeszłam w najdalszy kąt, położyłam tackę na stole, usiadłam i się rozpłakałam.



sobota, 16 maja 2015

Demri Draven

<Coś mi się zepsuło i nie mogę dać na razie akapitów, więc z góry przepraszam>


Ze słuchawkami na uszach tańczyłam po korytarzu do Jane’s Addiction, gdy w pewnym momencie na kogoś wpadłam.

- O! Hej, Nora! - rzuciłam, wyciągając głośniczki i patrząc na wyraźnie zaskoczoną blondynkę. Nigdy jej tego nie mówiłam, ale miała niesamowite oczy. I włosy. Uśmiech. No, jednym słowem wszystko! Po prostu ideał piękna! Zachichotałam pod nosem, zdając sobie sprawę, że Stale mówił jej to już tysiące razy i nie jestem pierwszą, która to dostrzegła. 

- Siemanko, Dem. Prawie byś spadła ze schodów – mruknęła ze śmiechem Nora, łapiąc mnie za ramię i odpychając lekko w bok. Następnym ruchem było wskazanie czegoś za mną. Poruszyła tylko oczami, co wyglądało naprawdę rozbrajająco.

- Oho. Faktycznie! Uratowałaś mi życie! Dziena! – odpowiedziałam, widząc, że od schodów dzieliły mnie tylko dwa kroki! Już wyobrażałam siebie tam na dole po upadku w dziwnej pozycji. To dopiero by musiało zabawnie wyglądać! Nokaut na Iron Manie! Kto to widział! Przyczyna zgonu Tony'ego Starka - upadek ze schodów. Wielki bohater odchodzi w dennym stylu. Dzień dobry. Zaśmiałam się głośno, po czym od razu odwróciłam się do Norweżki, uśmiechając się szeroko. Nora zmierzyła mnie podejrzanym wzrokiem, więc ją szturchnęłam. – Co jest?

- A, no nic szczególnego. Słyszałam, że wczoraj późno wróciłaś. Co robiłaś? – spytała, kierując się w stronę pokoju. Poszłam za nią, nie przestając nucić piosenki. Po głowie chodziła mi też ostatnia lekcja u White'a. Uparł się, że muszę ćwiczyć każdy akord z zamkniętymi oczami, żebym porządnie je zapamiętała. Teraz miałam palce całe w pęcherzach. No, ale czego się nie robi dla sztuki? 

- Byłam z Jessy’m na koncercie – odparłam, wchodząc za dziewczyną do jej pokoju i zatrzymując się w pozie Supermana. W środku na łóżku siedziała Amanda ze słuchawkami na uszach i malowała paznokcie u nóg, ale gdy zobaczyła, że weszłyśmy, ściągnęła je i przywitała się. Podbiegłam do niej, wskoczyłam jej na łóżko i przybiłam piątkę.

- Demri! Uważaj na moje stopy! – krzyknęła, udając groźną, ale zaraz się roześmiała, gdy zrobiłam swoją głupią minę numer cztery. To zdecydowanie powinno wystarczyć jako zadośćuczynienie.

- Wiesz, że nasza Demri była na randce z Waitsem – rzuciła Nora, akcentując każde słowo, patrząc na Amy i podpierając się pod boki. Zupełnie jakby była naszą matką, dyktującą co powinnyśmy zrobić. Zerknęłam na Finnes, która kompletnie nie ogarniała sytuacji, ale gdy Ylvisaker wskazała mnie dłonią, podskoczyła jak oparzona.

- Co?! Demri! Ty mała flirciaro! – krzyknęła Amy, popychając mnie lekko i chichrając się jak nagrzana nastolatka. O mało nie walnęłam głową w ścianę, ale moja niezachwiana równowaga i gracja nie pozwoliły na to. Wzruszyłam ramionami i wytknęłam jej język. – Ale gdzie? Jak to się stało?! - dopytywała pani łóżka, na którym ległam.

- Byli na koncercie – wtrąciła Ylvisaker, zupełnie jakby mnie tam nie było i ciągle udając oburzoną zachowaniem córki matkę.  – A właśnie. Na jakim byliście? - spytała ponownie, odwracając się i przeszukując półki z niebywałym zawzięciem na twarzy.  Wyglądała co najmniej jakby zgubił jej się Stale między kartkami książek.

- Ale na randce z Waitsem?! – Amy nie mogła wyjść z szoku, co chwila patrząc na mnie, Norę i swoje stopy. – Opowiadaj, dziadu!

- Po primo to nie była randka - skwitowałam, wiedząc jak głupio to musiało brzmieć. Ale co kraj to obyczaj, a prawda matką faktów czy jakoś tak. - Raczej spotkanie towarzyskie z domieszką meetingu biznesowego – odparłam, kładąc się na poduszce koło Finnes. – I po drugie było tam nawet dwóch Waits’ów – dodałam, pokazując dwa palce. Proszę. Bez gangsterskich gestów, odezwał się w mojej głowie znajomy głos sumienia pod tytułem Iron Man.

- To ich jest dwóch?! – dopytywała się Amy, odpychając moja rękę, bo wetknęłam jej ją prosto pod nos, po czym nieco zirytowana kontynuowała swoje upiększanie się. Nie mogłam odpowiedzieć, bo dopadła mnie nagle Nora i wykrzyknęła:

- Jak to z dwoma?! Chyba nie chcesz mi powiedzieć… - urwała, widząc mój złowrogi uśmieszek. – Nie! Jak on mógł mi nie powiedzieć?! – wydarła się, łapiąc za głowę. Amy ją odepchnęła z wyraźnie złą miną, gdy Nora opadła na jej dzieło malowania. – Wiem, że za mną nie przepada, ale… - dramatyzowała dalej. - Co za dupek! Nie! No, co za kretyn! Od teraz prowadzę otwartą wojnę z Jessy’m! Koniec tego dobrego!

- O co jej chodzi? – spytała Amy, gdy Nora była pogrążona w swoim nieszczęściu i skakała po pokoju, rwąc sobie włosy z głowy. Nie. Serio sobie rwała. Przysięgam.

- Zabrałam się w sumie na gapę na koncert Toma Waitsa – odszepnęłam, mając na uwadze dobro psychiczne Ylvisaker. Jednak co ja mogę? Człowiek wiking wszystko usłyszy i w jednej chwili znowu trzymała mnie za ramiona, wpatrując się uważnie tymi pięknymi oczyma w głąb duszy.

- Rozmawiałaś z nim?! – Nora znowu na mnie spojrzała bliskim obłędu wzrokiem.

- A, no. I nie tylko.

- Debil! Demri. Ciebie nie mogę znienawidzić. A wierz mi. Chciałabym.

- To chyba dobrze.

- Ej, dupery. Wszystko super duper, ale dzwoni wujek, więc pewnie będzie to długa rozmowa, więc... - wtrąciła Amy, machając telefonem i patrząc na nas wymownie. No, tak. Musiałyśmy wyjść. A przynajmniej tak było najlepiej, bo Finnes ciągle nie skończyła swojej robótki ręcznej. Cmoknęłam ją w policzek i wyskoczyłam z pokoju, a zaraz za mną powlokła się Nora, której wiadomość o koncercie Toma Waitsa wyraźnie zaszkodziła. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, usłyszałyśmy jak Amy wita się z wujaszkiem. Wzięłam zmarnowaną Norę pod rękę i ruszyłam z uśmiechem na dach. Nie opierała się. Raczej kompletnie wypruta z emocji, szła ze mną. Gdy dojechałyśmy, usadowiłam ją w najdalszym kącie przy stoliku, gdzie siedziałam kiedyś z Ezrą i zamówiłam dwa soki - pomarańczowy i coś, co wyglądało jak chlorofil.

- Czemu nigdy nie dostaję tego, czego chcę?! - wyrzuciła w końcu z siebie Ylvisaker, gdy siedziałyśmy już dobrą chwilę. Podczas gdy ja przewiesiłam nogi przed ramię krzesła i majtałam nimi w najlepsze, Nora wgapiała się tępo w stolik. Spojrzałam na nią ze zrozumieniem na twarzy.

- Nie będę się do  niego odzywać... - dodała, spuszczając wzrok i szorując trampkami po betonie. Złapałam włosy i spięłam je wysoko w koczek, żeby nie przeszkadzały, ale i tak kilka kosmyków opadło mi na oczy. Chwilę popatrzyłam na blondynkę, po czym rzuciłam wolną myśl, błądzącą po moim umyśle:

- Podoba ci się?

- Co? - Nora podniosła spojrzenie. - Kto znowu?

- No, Jessy.

Nora cmoknęła zrezygnowana i zrobiła coś co wyglądało na pokazanie swojego niedowierzania w ludzi. Nie potrafię tego opisać.

- Demri. Kocham cię po prostu - rzuciła, zupełnie pozbywając się swojego poprzedniego słabego humoru. - Ale naprawdę, kochanie... Bez jaj. Mam najfajniejszego chłopaka na świecie. Po co mi jakiś Jessy?

Wzruszyłam ramionami, odpalając papierosa. Nagle przypomniałam sobie o czymś i podskoczyłam przerażona.

- O, nie! - pisnęłam. - Zapomniałam o zajęciach Dony!

Spojrzałam przerażona na zegarek, po czym opadłam zrezygnowana na krzesło. Nora spojrzała na mnie z podniesionymi brwiami i zachichotała pod nosem.

- Pierwszy raz nie poszłaś na zajęcia? - spytała, krztusząc się ze śmiechu. Westchnęłam głęboko, odchylając się mocno w tył w poprzek krzesła. Widziałam naszą plażę do góry nogami, gdy pewien pomysł zaświtał mi w głowie. Podniosłam się i z uśmiechem spojrzałam na Norę, która wcześniej poczęstowała się moimi specjalnymi papierosami z domieszką zielska. Widząc mój coraz szerszy wyszczerz, zmierzyła mnie pytającym wzrokiem, jednak nie czekając, pobiegłam do mojego pokoju i chwilę pogrzebałam w szafie. Nie wiedziałam, czy Nora poszła za mną, jednak jak się okazało nie musiałam się martwić. Była tuż za mną. Wyciągnęłam moją deskę i wyciągnęłam do dziewczyny.

- Może pojeździmy? - spytałam, a Ylvisaker rozszerzyła tylko oczy i szybko pokiwała głową na zgodę.

- I nie mogłaś wcześniej powiedzieć?! - wykrzyknęła. - Demri, ty mały trollu!

Nie miałam siły wypominać jej przecudacznego akcentu, którym zaakcentowała ostatnie słowo. Był on taki dziwny, że zarazem przesłodki. Jeśli kiedykolwiek rozstanę się z Norweżką, będzie mi niezmiernie brakowało tego śmiesznego języka. Wzięłam jeszcze mały skórzany plecak, włożyłam do niego Archiego i wybiegłam z pokoju. Gdy go zamknęłam, Nora złapała swoją penny. Ja jeździłam na klasycznej desce, więc byłam zmobilizowana pilnować tradycji. Ze śmiechem z deskami pod pachami zbiegłyśmy ze schodów Akademii, o mało nie zabijając biednego Daniela, który akurat wchodził. 'Baby!', wrzasnął jeszcze za nami, ale nic sobie z tego nie zrobiłyśmy. Przebiegłyśmy kawałek plażą, po czym wskoczyłyśmy na nasze środki transportu. Zaczynał się wymarzony deptak.

Nie miałyśmy pojęcia, dokąd jechać. Po prostu zmierzałyśmy przed siebie. Wzdłuż plaży, pośród ludzi, czasem trzymając się za ręce, a czasem wyprzedzając jedna drugą. Przed dłuższy czas Nora przodowała, wyznaczając nam trasę.


Naprawdę strasznie podobała mi się ta nasza wyprawa donikąd. Pierwszy raz zapuściłam się tak daleko w głąb miasta aniołów. Co prawda tylko nabrzeżem, ale Sunset Boulevard mogłam już odhaczyć do rzeczy odwiedzonych w Los Angeles. Był taki, jakim go sobie wyobrażałam. Jednak nie zabrał nam dużo czasu, bo jechałyśmy dalej. Nie patrzyłyśmy na zegarek ani telefony. Pogoda dopisywała, humory również. Nawet nie zauważyłyśmy, że zajechałyśmy na Venice Beach.

- O, kurde! - wykrzyknęła Nora, trzymając mnie za rękę. - Musiałyśmy jechać z jakieś pół godziny jak nic!

Poprawiła białą koszulkę, po czym skierowała się w stronę skateparku. Tam usiadłyśmy przy jednym z licznych basenów i położyłyśmy na zimnym betonie, oddychając głęboko po długiej jeździe. Wypuściłam Archiego, który od razu gdzieś pobiegł, ale nie przejmowałam się. Wróci. Nora spojrzała na mnie z uśmiechem. Na policzkach ze zmęczenia wyszły jej różowe kolory.

- Nie przeszkadza mu taki transport? - spytała, mając na myśli mojego kocura. Zaprzeczyłam.

- W Archiem więcej psa niż kota. - Mrugnęłam do niej, a Norweżka pokiwała tylko głową i podniosła się na łokciach, szukając czegoś wzrokiem. Albo kogoś. Bo zaraz szturchnęła mnie i wskazała brodą na grupkę chłopaków. Surferów. Pokiwałam tylko głową ze śmiechem. No, tak. Skąpo ubranych dziewczyn jeszcze tak dużo nie było, bo nie ta pora roku, ale chłopacy aż tacy delikatni nie byli. Surfowali od rana do wieczora. - I co? Nie zaziębią się? - spytałam Nory jako zatwardziałej miłośniczki fal. Zaprzeczyła tylko ruchem głowy, wzdychając, że sama miała ochotę złapać za deskę i wskoczyć do wody... Popatrzyłyśmy na nich chwilę, gdy zdawało mi się, że zobaczyłam... Poderwałam się z miejsca, nie mówiąc nic Ylvisaker i pobiegłam w stronę grupy chłopaków. Gadali coś oczywiście o oceanie, ale nie przeszkadzało mi to. Wbiłam się między nich i w końcu zadowolona stanęłam pośrodku. Wszyscy byli wysocy, ale nie zbiło mnie to z tropu.

- Demri?

- Siemasz, Sam - rzuciłam, podchodząc do jednego z nich i przybijając mu piątkę. Nie pozwoliłam mu się odezwać, gdy kontynuowałam:

- Nie macie może jeszcze jednej deski?

I w taki oto sposób piętnaście minut później siedziałam z Samem na plaży plotkując i patrząc na grupę chłopaków i Norę śmigających po falach. Tak. To zdecydowanie był idealny dzień, który mógłby się nigdy nie kończyć. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Demri Draven

- Masz tu coś na pamiątkę. 

Vegard wręczył mi małe pudełeczko, które z dużymi oczami przyjęłam. Co? Ale że dla mnie? Co?! Jak to tak? Czym sobie zasłużyłam?! Z milionem pytań do… spojrzałam pytająco na stojącego naprzeciwko czarnowłosego, ale brat Nory tylko mnie ponaglił:

- No, otwórz!

Podskoczyłam lekko przestraszona tą zmianą emocjonalną i szybko zaczęłam mocować się z czymś, co wyglądało na pudełko od kubka. Jednak gdy dokopałam się do wnętrza, zamarłam. To, co znajdowało się w środku kompletnie zbiło mnie z tropu. 

- Moja fontanna! - pisnęłam, czując, że wielki uśmiech wchodził mi na twarz. – Jak…? Czemu?!

- O mało wtedy nie wpadłaś pod samochód, więc to chyba miłość. Warto ryzykować dla zimnej fontanny z kamienia - rzucił sarkastycznie Vegard, ale zbyłam go. Byłam zbyt zaskoczona i szczęśliwa. Wpatrywałam się przez dobrą chwilę w miniaturową fontannę, zastanawiając się, czy to cudeńko jest prawdziwe.

- To pierwszy podarunek, który dostałam od osoby z ostatnią parą chromosomów XY! – rzuciłam rozemocjonowana.

- Co?! – Vegard otworzył szeroko oczy, starając się chyba zrozumieć cokolwiek z tego, co powiedziałam. Nie mam pojęcia, czy w ogóle znał słowo ‘chromosom’ w moim języku. Jednak zdecydowałam się spróbować nakreślić mu ten biologiczny problem.

- Ostatnia para chromosomów męskich różni się od żeńskich. XY mają faceci, a XX babki - odparłam, wzruszając ramionami. To była jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z zajęć z biologii w liceum. Jednak ze wszystkich ścisłych przedmiotów najbardziej lubiłam fizykę. Nie byłam jakimś tam mistrzem, ale to i owo się wiedziało.

- Aaahaaa - wymruczał niepewnie Vegard, patrząc na mnie podejrzliwie. - Wiem, o co chodzi...

- Nie jestem kosmitą – rzuciłam do niego, uśmiechając się na pocieszenie, gdy nasza naukowa dyskusja została przerwana przed drugiego Ylvisakera.

- Trzymaj się, mała Indianko! - Bard skończył żegnać resztę, a teraz zostałyśmy mu tylko Nora i ja. Wyglądał o wiele lepiej niż swoje rodzeństwo, które chyba niezbyt dobrze znosiło kaca. - Chociaż bardziej przypominasz naszych. Vegard nie byłby czarną owcą - rzucił, puszczając do mnie oczko. Potem przybił mi piątkę i potarmosił włosy. Westchnęłam. Mimo, że spędziłam z nimi kilka godzin, rozumiałam już dlaczego Nora tak bardzo tęskniła za braćmi. Gdybym takich miała, też bym nie mogła się doczekać spotkania. A prawdę powiedziawszy nie miałam pojęcia, ile mam rodzeństwa.

Wszyscy skończyli się ze sobą żegnać i mogłyśmy już powędrować do bramek. Gdy szłyśmy w stronę naszego gate'a, Nora podbiegła do mnie i zagadnęła, wskazując figurkę. 

- Co tam masz? - spytała, patrząc uważnie mi przez ramię. Musiałam wyjąć słuchawki, w których właśnie leciał One Day z Piratów. W sumie już miałam zmieniać piosenkę na coś żywszego niż dłużący się soundtrack, gdy zaczepiła mnie Norweżka.

- Prezent od twoje brata. Zobacz - odparłam, a w mojej głowie utworzył się samoistnie mały żart, którego celem była właśnie pani Norweg. Nie byłam zła. Po prostu coś mnie podkusiło.

- Co to do cholery jest?!

- Fontanna. Nie widzisz? – Podsunęłam jej figurkę pod nos, ale ta tylko zmarszczyła brwi i odmruknęła, wyraźnie zdegustowana:

- Nie.

- No, trudno. Jest piękna. 

- A od którego to? - Nora zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem.

- Twojego prywatnego Janka Śnieg – zachichotałam. – Nie sądzisz, że Vegard ma fryzurę na Jona Snow? – Odpowiedziała mi jednoznaczna cisza, którą zignorowałam z całym szacunkiem do pani gospodarz. - Chyba się zakochałam... - westchnęłam głęboko, przybierając teatralną postawę. Wszystkie te lata obserwowania aktorów w końcu się przydały. Wiele bym dała, żeby się teraz odwrócić i zobaczyć minę Nory. Jednak nie! The show must go on!

- C-co?! - wykrzyknęła Nora, stając w pół kroku i krztusząc się sokiem pomarańczowym. – Fuj! Demri! On jest żonaty!

- Oj tam. Każdą przyczepę da się odczepić.

Puściłam do niej oczko i już kompletnie ją ignorując, przetańczyłam resztę drogi do samolotu.

- Demri Draven! Wracaj tu! – krzyczała za mną zbulwersowana Ylvisaker, nie mogąc mnie dogonić. Lawirowałam wśród tłumu ludzi, nie przestając tańczyć do Alice’s Theme. W końcu dostałam się na pokład i usiadłam na swoim miejscu. Po kilku chwilach do środka weszła również i Nora, która mierzyła mnie morderczym wzrokiem i nie odrywając ode mnie spojrzenia, usiadła kilka siedzeń dalej. Czułam, że obserwowała każdy mój ruch, ale od razu obróciłam się i zaczęłam rozmawiać z mężczyzną w średnim wieku, który siedział obok. Okazało się, że był w drodze do Hong Kongu na ważne spotkanie. Mówił mi o polityce na Wschodzie, tamtejszej kulturze, historii i wielu zagadnieniach, o których nie miałam pojęcia. Nawet nie zorientowałam się, a byliśmy już w powietrzu. Zapomniałam o Norze i całej akcji, której kontynuacja miała mnie pewnie czekać po przylocie. Byłam zbyt pochłonięta opowieścią biznesmena. Opowiadał bez ustanku, a ja wpatrywałam się w niego szerokimi oczami.

- Nudzę cię, młoda damo? – spytał w pewnym momencie, gdy zaknęłam na chwilę oczy.

- Ależ nic z tych rzeczy! Niech pan opowiada dalej! I co się stało z Marco Polo?

- Żeby tylko moja córka tak się tym interesowała – uśmiechnął się mężczyzna i kontynuował. Gdy tylko o tym wspomniał, przypomniał mi się dziadek. Praktycznie większość dzieciństwa spędziłam w domu jego i babci, niż z mamą i jej mężem. Oboje wiecznie byli zajęci, a urządzona w indiańskim stylu chatka stanowiła o wiele lepszy świat dla małej dziewczynki. Całymi dniami biegałam w sukienkach po lesie i wspinałam się na drzewa tudzież stare ruiny. Gdy byłam w przedszkolu, opowiadałam o tym, że dziadek ma kolczyk z pazura dzikiej pantery. ‘A twój nie ma?’, dziwiłam się, gdy pozostałe dzieci, kręciły szybko głowami. Wspomnienia przywoływały uśmiech. Tęskniłam za nimi. Za dziadkiem i babcią. Za skrytą w głębi lasu, osadzoną przy jeziorze, pachnącą drewnem chatką z bali. Musiałabym tam kiedyś zabrać studenciaków z Akademii. Fey byłaby zachwycona ilością zwierząt do fotografowania i wielkim jeziorem, które kiedyś było dla mnie oceanem. No, może Amy, Meredith i Nora nie byłby zbyt szczęśliwe, bo prócz telefonu na kablu, nie było innej możliwości kontaktu ze światem, włączając umiłowany przez Ylvisaker internet. Daniel byłby zachwycony scenerią wyjętą prosto z Władcy Pierścieni i Alicji w Krainie Czarów, a Jessy siedziałby pewnie całymi dniami w altanie na jeziorze i tworzył. Gdy tak o tym myślałam, pomysł wydawał mi się naprawdę genialny. Może w wakacje wybralibyśmy się tam wszyscy razem? Lub jesienią… Tak… To był naprawdę dobry plan… Oczy same zaczynały mi się zamykać i nawet nie zauważyłam, kiedy głowa opadła mi na ramię pana lecącego do Hong Kongu.


<Znowu krótko, ale cóż. Takie życie artysty. Krótkie, acz intensywne.>

środa, 22 kwietnia 2015

Demri Draven

Stałam na tarasie w zimnej Szwecji z grzanym winem w kieliszku i mieszałam nim delikatnie. Tańczyłam do własnej wewnętrznej melodii wymyślonej przed chwilą. Opatulona ciepłym, grubym wielkim swetrem, a właściwie kocem zabranym z kanapy, słuchałam dochodzących z wnętrza odgłosów zabawy. Polubiłam braci Nory. Byli tak samo weseli i zabawni jak ona. Vegard zabrał nas nawet na wycieczkę po mieście, ale te wszystkie nazwy brzmiały tak barbarzyńsko i nie do powtórzenia, że nie zapamiętałam ani jednej. Jednak było to tak niesamowite, że co chwilę musiałam wykrzykiwać swój zachwyt, co zupełnie nie podobało się Fey i Amy. Za to nasz przewodnik ekscytował się razem ze mną, a właściwie śmiał z moich okrzyków radości. Nigdy nie byłam w żadnym mieście poza Seattle i okolicami. Nie mówiąc już o Europie! Stary kontynent miał to coś. Chciałam, nie, musiałam wiedzieć wszystko! Siedziałam z przodu i pokazywałam praktycznie każdy budynek. Nasz przewodnik nie był aż tak obeznany, ale i tak odpowiedział na większość moich pytań. Jednak nasza wycieczka skończyła się w momencie, kiedy na skrzyżowaniu wyskoczyłam z samochodu. Na nic nie zdały się moje tłumaczenia, że zobaczyłam najwspanialszą fontannę na świecie i musiałam sprawdzić czy jest prawdziwa! Nie. Zostałam ładnie zbesztana, jednak tylko wzruszyłam ramionami na moich opiekunów i podziwiałam świat za oknem do końca drogi z powrotem do hotelu. Potem gotowaliśmy się na koncert. Który prawdzie powiedziawszy zleciał mi raz dwa. Raz, że było tak głośno (nie tylko przez muzykę, ale piski dziewczyn), a dwa, że prawie nic nie widziałam. Nora, Fey i Amy były ode mnie sporo wyższe. Dopiero na ostatnie pół godziny jakiś dźwiękowiec wstawił mnie na wielki głośnik i widziałam dosłownie wszystko. ‘Co tu robi taki dzieciaczek?’, spytał. Pozdrawiam wielkoludów z dołu! Jednak poznałam chyba wszystkich muzyków, jacy kręcili się na scenie. I nawet dostałam kostkę, jakiś szalik z napisem 'Massachusetts', który jakiś typek okręcił mi wokół szyi, numer telefonu na pogotowie i pałeczkę od perkusisty z podpisem 'Demri, przejmujesz pałeczkę władzy'. Nie wiem, jakim cudem, ale Nora wzięła mnie na barana i przebiegła scenę, a ja krzyczałam, że potrafię latać. Potem patrzyłam przez dobrą chwilę, jak Amy zapierdziela za garnkami. Naprawdę miała talent. No i Nora na saksofonie! Byłam w siódmym niebie! W pewnym momencie chłopacy zagonili nas w jedno miejsce i kazali śpiewać gospel.

- Ale że co? - spytała Amy.

- No, zaśpiewacie w Massachusetts - odparł Bard.

- Ej! Mam szalik stamtąd! - pisnęłam, a wszyscy się roześmiali. 

- Bo to jest piosenka - odpowiedziała Nora, pukając mnie palcem w czoło.

- Ał? Kiedy ja tego nie znam.

- Ale poznasz.

Po jakimś czasie stwierdziłam, że brzmi jak z Króla Lwa i zaczęłam śpiewać 'Ugryź szynkę'. W tamtym momencie Nora wypchnęła mnie, gdzieś dalej, waląc pięknego facepalma. Telefon zadzwonił i odebrałam. Jessy. Sprawdzał czy żyjemy. Akurat gdy tłumaczyłam, co się dzieje, ktoś krzyknął w tle 'Kurwa', a po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza. 

- Demri! Gdzie jesteś? Czas śpiewać! - darł się Vegard.

- Nie wygłupiaj się tam za bardzo - mruknął Waits, a ja zaśmiałam się i zanim się pożegnałam, Jessy się rozłączył. Wróciłam do reszty w podskokach, szczerząc się szeroko. Tańczyłam po scenie, klaszcząc i krzycząc 'Massachusetts'. 

- Draven. Ale ty fałszujesz - śmiała się Nora, przyciągając mnie do siebie, a ja tylko wytknęłam jej język. - Nie jesteśmy przypadkiem rodziną?

- Z moim ojcem wszystko jest możliwe. - Puściłam do niej oko i okręciłam dookoła jej osi. - A teraz... Disco! 

- Jesteś nienormalna. - Bard pokręcił głową, mierząc mnie z góry do dołu.

- I mówi to dorosły facet przebrany za wielkiego lisa.

- I tu cię ma! - Zaśmiała się Nora, a Vegard poklepał brata po ramieniu z wypisanym politowaniem na twarzy.

- Jestem po prostu Batmanem innego rodzaju, a wy tego nie widzicie! - rzucił blondasek, udając obrażonego.

- Trochę ułomny ten Batman - zachichotałam, za co zostałam publicznie zdzielona wielką piłką przez Foxmana.

***

I w sumie tak znaleźliśmy się tutaj. Obejrzałam się przez ramię. Vegard ciągle tańczył z Fey, a Bard biegał i dolewał wszystkim wina. Nie wiem jak Norwegowie, ale u nas w Seattle solenizant nie robił nic, a cała reszta biegała dookoła niego. Nie na odwrót. O wilku mowa. Do złudzenia podobny do Nory blondas wyszedł z domu z butelką wina w dłoni. Spojrzał na mnie pytająco, podnosząc swój prowiant w górę, a ja z uśmiechem skinęłam głową.

- Demri, co nie? – rzucił z niepewnym wyrazem na twarzy. Do tego przybrał pozycję obronną, co wyglądało naprawdę komicznie. No, ale w końcu tacy byli. Przytaknęłam. Przed przyjazdem nie znałam tego ich zespołu. Nazwisko ‘Ylvisaker’ było mi nieznane, co zdziwiło pannę o tym wdzięcznym mianie. Gdy Vegard przyjechał po nas na lotnisko, mówił coś o piosenkach, ale prócz tego, że mieli zespół, nic o nich nie wiedziałam. Dopiero jak spotkali się z Bardem, zrobili nam mini koncert z akustykami. Co prawda nie był to mój gust muzyczny, ale nieźle się ubawiłam, słuchając tych prześmiewczych i kompletnie bezsensownych tekstów. Jedna z piosenek tak mi się spodobała, że prosiłam o zagranie jej jeszcze raz. A potem znowu na koncercie. – To ty lubisz Mr. Toota, tak? – padło kolejne pytanie.

- I… Jak to szło? The cabin? Tak, chyba tak się nazywała – wyszczerzyłam się, przypominając sobie głupi tekst.

- Kurdę. To są tylko kawałki Vegarda. – Brat Nory udał smutnego, ale zaraz o tym zapomniał, gdy zaczęłam:

- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzamy. Twoja siostra nie mówiła, że to twoje urodziny…

- E, tam! – Blondyn machnął ręką, popijając swoje wino, które zaczynało zresztą już stygnąć, więc szybko opróżniliśmy kieliszki. Z braku odpowiednich dostałam kieliszek od whiskey i udawałam Cersei z Gry o Tron. Na pytanie kim jestem, usiadłam na fotelu z winem, spojrzałam wrogo na Amandę, która nie wiedziała, co się dzieje i rzuciłam ‘W grze o tron zwyciężasz lub giniesz’. Nora od razu zgadła, śmiejąc się głośno. – A ty masz rodzeństwo? – zagadnął, wskakując na drewnianą balustradę, o którą się opierałam. Bez pytania wyciągnął butelkę i dolał mi winka do pustego już kieliszka. Za każdym razem, gdy któreś z rodzeństwa lub Fey się odezwało, uśmiechałam się mimowolnie pod nosem. Wszyscy mieli ten sam charakterystyczny, lekko twardawy akcent. I gdyby nie wiem, co robili i jak się starali, nie było szans, żeby się go pozbyli. Było to naprawdę zabawne, ale i urocze w pewnym tego słowa znaczeniu.

- Do niedawna myślałam, że nie – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Ale gdy twoja ulubiona aktorka okazuje się twoją siostrą, można sfiksować – dodałam niemrawo. Aż musiałam popić winem na poprawę nastroju. Za dużo pijesz, Demri. Mój wewnętrzny głos Jaime’ego Lannistera próbował mnie wyprostować, ale nie dałam mu się.

- Czekaj, czekaj – przerwał mi Bard. – To ty jesteś tą córką Stevena Tylera?! – niemal krzyknął to pytanie, łapiąc się zaraz za głowę.

- Jestem córką swojej matki, jeśli mamy być precyzyjni – uśmiechnęłam się lekko. I nie wiem, po co mówiłam o tym ojcu… - Ale nie lubię o tym gadać.

- No, Nora już mi mówiła – mruknął mój towarzysz, a ja spojrzałam na niego pytająco. – Wiem, wiem. Ta dziewczyna za dużo gada – odparł, przewracając teatralnie oczy. Prychnęłam, starając się nie wybuchnąć śmiechem. Nora miała szczęście, że miała taką rodzinę. Chwilę panowała cisza, gdy odgarnęłam włosy, a Bard szturchnął mnie, wskazując mój kieliszek. – A co to za odcisk dłoni masz na szyi? – spytał, a ja dopiero po chwili zrozumiałam, że chodziło mu o mój mały tatuaż.

- To nie dłoń – zachichotałam, dziękując równocześnie skinieniem głowy za wino. – To ślad niedźwiedziej łapy.

- Niedźwiedziej? Serio? A w sumie faktycznie. Wygląda jakby misiek odcisnął ją na skale w jaskini.

- Dziadkowie od strony mamy byli Indianami. Babcia robiła przepyszny halucynogenny dżem. – Puściłam oko do solenizanta. Obejrzałam się przez ramię. W środku impreza trwała w najlepsze. Nora skakała nawet po kanapie, drąc się wniebogłosy. Jednak nie słyszałam słów, bo szyba szyba była za gruba, żeby cokolwiek docierało na dwór.

- I serio jest u was bratanek Waitsa? – Bard nie przestawał mnie zasypywać pytaniami.

- Jessy? Pewnie.

- Podobno niezłe z niego ziółko.

- Że niby z Jessy’ego? Po prostu musi się nauczyć pozytywnego nastawienia.

- Nora wiedziała, że to powiesz.

- Co powiedziałam?!

Podskoczyliśmy, gdy Nora z impetem otworzyła drzwi na taras. Nie wiem, ile wypiła, ale chyba też sporo, widząc jej humor. Znałam Norę na tyle, żeby wiedzieć, że normalnie jest chodzącą radością, a trochę alkoholu podwoiło tę jej żywiołowość. Patrzyła na nas uśmiechnięta, ale próbowała mierzyć nas wrogim spojrzeniem, co zwyczajnie jej nie wychodziło. Parsknęłam śmiechem, widząc te jej miny i od razu poleciałam ją przytulić.

- Co do…?! – wrzasnęła, gdy rzuciłam się na nią i uwiesiłam się jej na szyi. Blondynka była o wiele wyższa ode mnie i musiałam zadzierać głowę, żeby spojrzeć jej w twarz. Zresztą moje mikrusowate ciałko przy wszystkich musiało wyglądać jak krasnal. – Bard! Co żeś jej dosypał do tego wina?! – krzyknęła o wiele za głośno w stronę brata. Potem chwilę wymieniali zdania w swoim języku, których kompletnie nie rozumiałam. Przypominało to skrzypienie zardzewiałych drzwi. Jednak gdy słyszy się to w ustach znajomych, można się posikać ze śmiechu. O mało mnie to nie spotkało, gdy przyciskałam twarz do klatki piersiowej Nory, nie mogąc powstrzymać chichotu.

- Po jakiemu to było? – spytałam w przerwach śmiechu.

- Demri, weź mnie może puść, co? Zachowaj to dla Jessy’ego – odpowiedziała Nora, lekko się chwiejąc.

- Co?

Wyprostowałam się, patrząc na nią uważnie. Ta jednak zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem, mimo, że była pijana. Wszyscy byliśmy. Chwilę milczałyśmy, a ja kalkulowałam, kogo mogę jeszcze wyściskać skoro Nora nie chciała.

- Ha! A masz! – krzyknęłam, wtulając się ponownie w kompletnie zbitą z tropu dziewczynę. – Będę cię teraz tulić i ściskać i nigdy cię już nie wypuszczę!

- ŁAAAAA! Bard, pomocy!

Nora próbowała się mnie pozbyć, ale jeśli Draven coś sobie postanowi, to nie ma przebacz! Blondynka próbowała się wydostać z moich objęć, wracając do środka, jednak wciąż ją trzymałam. Obie się śmiałyśmy jak po wpływem, czegoś mocniejszego niż grzane wino. Jednak gdy wtoczyłyśmy się do pokoju, zobaczyłam stojącą w kącie, lekko niezadowoloną Fey i poczułam nagłe uczucie, które kazało mi przytulić właśnie ją. Pognałam do niej i opatuliłam ją ramionami. Ta podskoczyła, gdy poczuła, że ktoś ją dotyka.

- Demri!

- Brakuje ci miłości! Chodź tu! – pisnęłam, uśmiechając się jak mały Chiniec. – Kocham cię i twoje autko!

- Demri, co ty odpierdalasz?! – rzuciła dość ostro Fey, próbując mnie odepchnąć. – Zachowujesz się jak dzieciak! Ojciec cię nie kochał czy co?!

Oderwałam się od niej w jednej chwili. Zabolało mocniej niż sądziłam.

- Ja… Mój ojciec nie wie, że istnieję – wydukałam, czując wielką pięść w gardle. Zacisnęłam dłonie na sukience i próbowałam się nie rozpłakać, ale łzy mimowolnie naleciały mi do oczu.

- Demri… - usłyszałam spokojny głos Nory obok i zauważyłam, że wszyscy na mnie patrzyli ze zdziwieniem wypisanym na twarzy. Nawet muzyka przestała grać. Blondynka wyciągała do mnie rękę, ale odsunęłam się i wybiegłam z pokoju. Skierowałam się do najdalszego pokoju od salonu i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Skuliłam się, opierając o nie plecami i pozwoliłam, żeby łzy płynęły już same. Cała drżałam, a wcale tego nie chciałam. W ogóle nie chciałam tego wszystkiego, co przed chwilą się stało. Nie miałam pojęcia, dlaczego ta wzmianka o ojcu tak mnie poruszyła. Przecież nic o nim nie wiedziałam, prócz malutkiej ilości wywiadów i plotek. Zresztą nie interesowały mnie te rzeczy. Tyler w ogóle mnie nie interesował. Moim ojcem był mój dziadek i nikt poza nim nie istniał.

- Dem… Jesteś tam?

- Ej, młoda. Zamknęłaś się w moim pokoju. Wyłaź. – Vegard próbował polepszyć atmosferę, ale nic nie podziałało. - Jak chcesz jutro pojedziemy do tej twojej fontanny.

- Otwórz. Proszę…

Przycisnęłam kolana jeszcze mocniej do klatki piersiowej i stłumiłam kolejny wybuch płaczu. Wiedziałam, że rodzeństwo zebrało się pod drzwiami, ale nie miałam ochoty widzieć ani rozmawiać z kimkolwiek. Po dłuższym czasie i ich bezskutecznych namowach, odeszli. Gdy tylko mogłam sobie na to pozwolić, wybuchnęłam płaczem.

- Demri? Jesteś tam, prawda?

I nagle usłyszałam głos, którego w ogóle się nie spodziewałam. Amy. Zagryzłam wargę, byle tylko nie zdradzić się najmniejszym oddechem, ale Amy mówiła dalej:

- Wiem, że tak. Słyszę twój płacz. Nie chcesz otworzyć to nie, ale usiądę tutaj po drugiej stronie, żebyś nie czuła się samotna.

Usłyszałam szuranie butów i lekkie uderzenie po drugiej stronie drzwi, gdy Amy oparła się o nie plecami. Przez dłuższą chwilę milczała i tylko głębokie westchnięcia świadczyły o jej obecności.

- Moja mama popełniła samobójstwo jak miałam dziesięć lat, a ojciec nadużywał alkoholu i mnie bił – zaczęła cicho. – A pamiętam jak się do mnie uśmiechał i cieszył, gdy zaczynałam się interesować muzyką. Dlatego mój obraz taty opiera się właśnie na tym. Nie na późniejszych wspomnieniach. Wiadomo. Nie wymarzę ich z pamięci, ale staram się wspominać te miłe chwile. Jednak mimo tych wszystkich przykrości lepszy taki ojciec niż żaden. Teraz los zesłał ci Meredith, która zna twojego ojca. Gdybym była na twoim miejscu, starałabym się go poznać za wszelką cenę. W końcu go nie znasz i możliwe, że jest zupełnie inny niż ci się wydaje. Jeśli nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz.

Przerwała.

- Powiedziałam ci to jako pierwszej. Mam nadzieję, że postąpisz słusznie.

Słyszałam, że wstała.

- No, a tak w ogóle Laufey jest strasznie przykro. Nie miała o niczym pojęcia.

Amy odeszła, a ja zostałam dalej w pokoju.

***

- Co za idiota! A wtedy ten debil cisnął krzesłem i…

- Demri!

Nora podskoczyła na kanapie, a gdy wykrzyknęła moje imię cała reszta momentalnie odwróciła się w moją stronę. Przebiegłam wzrokiem po twarzach wszystkich zebranych. Gdy skrzyżowałam spojrzenia z Amy, ta lekko się uśmiechnęła i kiwnęła delikatnie głową. Odwzajemniłam uśmiech i chciałam coś powiedzieć, gdy podbiegła do mnie Fey i mocno przytuliła. Nawet podniosła mnie do góry, przez co przebierałam nogami w powietrzu.

- Bardzo cię przepraszam! Nie miałam pojęcia… - zaczęła,  nie puszczając mnie, ale mruknęłam tylko, że nic się nie stało.

- Ale, Fey… Dusisz mnie.

- Wybacz – zaśmiała się Islandka, poprawiając sobie włosy. Gdy tylko mnie postawiła z powrotem, posłałam jej ciepły uśmiech, a potem skierowałam się do Barda z przepraszającą miną.

- Zepsułam ci urodziny. Przepraszam za ten głupi wybuch… w ogóle nie pomyślałam, że zrujnuję ci imprezę. Normalnie się tak nie zachowuję, ale… - zaczęłam się tłumaczyć, ale brat Nory położył mi rękę na ramieniu i powiedział:

- Dziewczyno. Od dawna nie było takiej akcji u Ylvisakerów. Ekstra!

Spojrzałam na niego jak na wariata, ale widząc jego szczery entuzjazm, rozluźniłam się i pozwoliłam na uśmiech. Grzane wino polało się strumieniami i do końca zabawy nie rozstawałam się z Fey. Naprawdę się przejęła, a nie chciałam widzieć jej smutnej. Nawet pozwoliłam jej zrobić mi zdjęcie na tarasie na upamiętnienie zimnej Szwecji.

       Potem zasnęłam w jakimś łóżku i zostałam w nim kilkanaście godzin. Chyba nigdy nie byłam tak zmęczona jak wtedy.



      Pozdrowienia z Rosji. Tak po Bond'ziemu. Sean Connery byłby dumny ze swojej Demri. Dobranoc, Szwecjo i Szkocjo!