Bal zbliżał się z każdym dniem, a ja tylko odliczałam do tego dnia. Nie, nie wybierałam się nigdzie. Odliczałam tylko do końca mojej męki. Z dziewczynami nie dało się wytrzymać. Prawie codziennie wyruszały na ekspedycje w poszukiwaniu sukienek, butów i innych pierdół. Oczywiście nie musiałabym tam chodzić gdyby nie Panna Draven przed którą nie dało się umknąć. Potrafiła mnie zaciągnąć do sklepu. Ona tylko z pozoru jest drobna. Tak, więc dziewczyny chyba obeszły większość sklepów na Sunset Strip.
Tak samo zbliżała się data wernisażu. To także było udręką. Codzienne ćwiczenia, aby wszystko było idealne. Czułam się jakby Dona,Howard i White się na zmówili, a w szczególności wymienione dwie pierwsze osoby. Codziennie zostawałam dłużej, aby dokończyć obraz. A co? Meredith można dowalić gigantyczne płótno, aby namalowała w dwa tygodnie. Przecież Meredith Pixie ma tajemne moce. Kocham gitarę. Ten instrument zawładną moim sercem, gdy tylko Joe dał mi go potrzymać. Potrafię grać na akustyku, elektrycznej, basie i rytmicznej ale siedzieć tyle przy tym to przesada! Jedynie aktorstwo nie wymagało tyle czasu. Nie szalejemy z naszym pseudo zespołem. Issac, Daniel (Boże zmiłuj się), Amanda i ja. Po prostu zajebista grupa. Będziemy wprost wymiatać.... w podskokach ze sceny uciekając. Mamy wystąpić pięcioma utworami w czym jeden jest dopracowany, dwa zaczęte, a dwa kolejne w ogóle nie ruszone. Yuhu... Nikt nas nie pobije,.. A może? Tak, więc moje życie wygląda, codziennie zakupy, ćwiczenia i malowanie. Czy ja wyglądam jak robot?
Rzuciłam się zmęczona łóżko. Dobrze wiedziałam, że jestem cała umazaną farbą i wybrudzę pościel ale byłam cholernie zmęczona. Głęboko odetchnęłam, już miałam odpłynąć w krainy Morfeusza gdy do pokoju weszła Demri. To mało powiedziane. Wpadła w szampańskim humorze. Jejku. Chciałabym być tak wiecznie uśmiechnięta, choć u mnie wyglądałoby jakbym była na wiecznym haju i dodatkowo upita. W sumie ciekawe to by było. Nie wnikając w dalsze moje rozmyślenia otworzyłam jedno obok i zmierzyłam wzrokiem brunetkę. Dziewczyna zaczęła się przebierać co oznaczało jedną rzecz..
- Mer zbieraj się. Idziemy na zakupy. - wiedziałam, szybko zamknęłam oko i udawałam, że śpię- Wiem, że nie śpisz. - Draven podeszła do mnie i zaczęła łaskotać, na co zareagowałam niepohamowanym śmiechem- Ha! Wiedziałam. Więc zbieraj się.
- N i g d z i e n i e i d ę.- cedziłam słowa co chyba rozśmieszyło dziewczynę.
- Idziesz, idziesz.
- Nie rozumiem. Po co ty mnie tam ciągniesz, jeśli i tak tam nie pójdę.
-Po prostu chcę, żebyś była przy moim wyborze sukienki. I może przy tym zmienisz zdanie. - po cichu dodała ostatnie zdanie i wstała z łóżka
- Nie licz na to. A jeśli powiem ci, że mam traumę z dzieciństwa dotyczącą balów?- zapytałam przecierając oczy
- Nie. - powiedziała krótko
- I tak nie idę.
- Ostatnie też tak mówiłaś.
- Użyłaś na mnie siły!- brunetka tylko na mnie spojrzała i chytrze się uśmiechnęła- Skąd znasz takie chwyty. Co to było judo, karate?
- Sama nie wiem. Kolega kilka miesięcy przed wyjazdem nauczył mnie. Jak widać przydały się. - lekko wzruszyła ramionami i zaczęła zakładać buty- Meredith rusz swoje cztery litery i idziemy. Dziewczyny na nas czekają.
- Na ciebie czekają. Ja nikomu nie mówiłam, że idę. A Demri. Zapraszasz kogoś z rodziny na wernisaż? - zapytałam
- Nie wiem jeszcze. Może... A ty?
- Może Billie z Joe przyjadą. Tata zajęty, a Stevena nigdy bym nie zaprosiła bo by zrobił najwięcej kłopotów. - mruknęłam i znów położyłam się na łóżku.
Usłyszałam zamykanie drzwi i zadowolona zamknęłam oczy ciesząc się ciszą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meredith Pixie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meredith Pixie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 czerwca 2015
niedziela, 7 czerwca 2015
Meredith Pixie
Demri wyjechała rano, więc stwierdziłam, że sama pozałatwiam niektóre rzeczy i wracam do domu. Na święta przyjechać ma Billie z Joe. Aaron jedzie do swojej narzeczonej, a Tony do dziewczyny. Pewnie przyjadą do nas w przedostatni dzień. Steven musi każdego odwiedzić to pewnie też wpadnie.
Spakowałam do torby tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zamknęłam pokój na klucz i ruszyłam w stronę wyjścia. Zatrzymał mnie jednak Dominic Howard. Tak, bo mam ochotę na rozmowę z nauczycielem. Bardzo.
- Meredith. Zrobiłem kilka poprawek na wernisaż do twojej gry. Trzymaj.- mężczyzna podał mi teczkę w której były nuty oraz tekst
- Dziękuję.- mruknęłam i wzięłam do ręki rzecz.
Przed budynkiem stała Billie obok samochodu. Blondynka oparła się o pojazd, a w ręku trzymała butelkę z wodą. Gdy zobaczyła moją sylwetkę momentalnie się uśmiechnęła i powróciła z świata marzeń.
- Meredith!- krzyknęła i przytuliła. Billie wydaje się drobną kobietą ale przez te wszystkie lata spędzone z Joe stała się naprawdę twarda. - Słońce jak ja cię dawno nie widziałam. Wsiadaj do samochodu. Roger i Joe czekają. - gdy weszłyśmy do pojazdu od razu poczułam silny zapach kobiecych perfum. Od lat tych samych używanych przez Billie. Mama miała bardziej stonowane.
- Zmieniłaś samochód.- powiedziałam gdy blondynka rozpalała samochód
- Tak, tak. Bardzo mi się ten spodobał. Stary już miał swoje lata.
- Miałaś go dwa lata.- przypomniałam kobiecie otwierając torbę
- Właśnie! Oj, Meredith...Zrozum. Ten jest stworzony dla mnie. Zupełnie jakbym urodziła się dla niego.- powiedziałam skręcając w uliczkę
- Tych argumentów użyłaś przy Joe, co nie?- spojrzałam na nią z lekką uniesioną brwią
- Tak. Od razu się zgodził. Nawet się nie waż! Nie w samochodzie! - Jedną ręką prowadziła, a drugą próbowała wyrwać mi papierosa
- A jeśli otworzę okno? -zapytałam siląc się na słodki ton i robiąc szczenięce oczy
- Nie! W tej chwili to gaś! - krzyknęła
Jeśli chcesz żyć to nigdy nie sprzeciwiaj się Billie Paulette Montgomery-Perry gdy krzyczy. Nauczyłam się to na wakacjach spędzonych w Bostonie. Miał być to odpoczynek, relaks. Wyszło jednak na to, że musiałam biegać z kobietą po sklepach, na różne wystawy i na spotkania. W wakacje trwała wojna pomiędzy mną, a Billie. Zamykałam się w pokoju, a ona cudem wchodziła. Potem odkryłam, że do każdego pomieszczenia miała zapasowy klucz. Nawet do mojego prywatnego pokoju! Pamiętam gdy o tym się dowiedziałam myślałam, że zabiję ją na miejscu. Nawet wyprosić jej nie mogłam, aby dała mi chwilę spokoju. Joe jedynie patrzył na nas z uśmiechem, a ja posyłałam mu zabójcze spojrzenie. Nigdy nie zapomnę wakacji u nich. To chyba były najgorsze. Na kolejnych też przyjechałam, albo raczej byłam zmuszona do nich przyjechać.
Otworzyłam okno i wyrzuciłam papierosa. Głośno westchnęłam i oparłam głowę o siedzenie. W domu wszystko było już przygotowane. Marry przygotowała wszystko co trzeba. Byliśmy religijną rodziną tylko na papierze. W praktyce było krucho. Odkąd mamy nie ma ja z tatą daliśmy sobie święty spokój z tą całą wiarą. Szliśmy do kościoła tylko na święta ale zdążały się przypadki gdy nawet wtedy nie chodziliśmy. Często święta spędzaliśmy osobno. Specjalnie wracałam późno, gdy wszystko było już zakończone. Byłam jedynie w te święta kiedy przyjeżdżał Joe z Billie. Gdybym wtedy nie przechodziła to Billie wysłała by mnie prosto do grobu. Weszłam do domu i poczułam silny zapach dań. Zaburczało mi w brzuchu. Jaka szkoda, że dzisiaj nic nie można jeść. Jeszcze raz westchnęłam i udałam się do pokoju. Ściągnęłam z półki książkę i zaczęłam czytać. Po paru godzinach usłyszałam, że Joe, Billie i tata zaczynają się zbierać. Spojrzałam na zegarek. Jeszcze dwie godziny i idziemy do cerkwi. Zwlekłam się z łóżka i otworzyłam szafę. Wyjęłam długą czarną spódnicę i również czarną bluzkę zasłaniająca połowę brzucha. Rzuciłam ubrania na łóżko. Podeszłam do biurka i wyjęłam pudełko z agrafkami. Założyłam rzeczy i zaczęłam przypinać spódnicę do bluzki agrafkami. Gdy zakończyłam pracę uznałam, że wyszedł oczekiwany efekt. Włosy rozpuściłam i uznałam pracę za skończoną. Wyszłam z pokoju i już miałam schodzić gdy Joe złapał mnie za rękę. Pociągnął znów do mojego pokoju.
- Czyś ty oszalała? Chcesz, żeby Billie i twój ojciec na zawał umarli? Nie mówiąc już o Marry. - powiedział Joe, a ja jedynie się uśmiechnęłam.- Meredith. Masz ubrać się jak człowiek idący do kościoła, a nie na imprezę.
- Ale to jest ładne. Stonowane. Nie ma żadnych cekinów, wyzywających tekstów ani rysunków. - mruknęłam
- Meredith. Czy ty chcesz do jasnej cholery by pastor wyrzucił cię z cerkwi? Billie za taki strój cię powiesi na lampie! I jeszcze kolczyk w pępku!- gdy wykrzyknął do pokoju wszedł tata
- Co się dzieje? - zapytał, a ja zobaczyłam wysokiego mężczyznę w garniturze
- Nic. Roger nic. Rozmawiam tylko z Meredith na temat stroju. - powiedział Joe, a tata spojrzał na mnie, na chwilę wpadł w osłupienie ale od razu się opanował
- Nie jest najgorzej. - Perry posłał mu zabójcze spojrzenie, a ja zadowolona się uśmiechałam- Widziałem jej gorsze stroje. Ale M lepiej, żebyś się przebrała w jakiś odpowiedni strój jeśli nie chcemy, aby ciotka na zawał umarła.
- Dobra niech wam będzie, a teraz won mi z pokoju.- wyrzuciłam ich z pokoju i znów otworzyłam szafę
Łatwo powiedzieć ,,ubrać się w stonowany strój'' jeśli ma się taką szafę jak ja. Ściągnęłam ubranie z wielkim żalem i zrezygnowana usiadłam. Do pokoju weszła Billie i spojrzała na mnie.
- Meredith została godzina. Nie masz w co się ubrać?- zapytała, a ja pokiwałam głową- To ciesz się, że masz taką ciotkę jak ja. Trzymaj. - zza pleców wyciągnęła czerwoną sukienkę. - Będzie ci pasować.
Podała mi ją, a ja mozolnie założyłam. Ciotka zapięła suwak i spojrzałyśmy obydwie na efekt w lustrze. Billie chwilę stała, a potem wyszła z pokoju, a raczej wybiegła. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam szukać torebki. Gdy znalazłam ją do pokoju znów weszła kobieta. W ręku trzymała czerwoną szminkę.
- Billie...Ja się nie maluje.- powiedziałam
- A powinnaś zacząć. Każda dziewczyna w twoim wieku się maluje.
- Ja nie jestem każda. - syknęłam widząc, że zbliża się
- Wiem. Drugiej takiej jak ty nie ma. Zupełnie jak Anne. Tak samo nienawidziła kosmetyków. - powiedziała, a ja zesztywniałam.- M. To tylko usta jasne? - usiadłam na krześle, a Billie nałożyła mi na usta pomadkę.
- Na prawdę jestem taka podobna do mamy?- zapytałam cicho, a Billie w tym czasie spinała mi włosy
- Zupełnie. Macie takie same oczy, uśmiech. Anne tak samo była uparta jak ty. Walczyła o swoje, twarda sztuka. Ale tak samo jesteście delikatne. Kochała ciebie całym sercem tak samo jak twój tata.-przy tych słowach prychnęłam- Meredith. Bądź dla niego milsza. On stara się jak może. Trudno mu spojrzeć w twoje oczy bo przypominasz mu M. No gotowe.
Podniosłam się z siedzenia i założyłam buty na nogi. Na dole czekali na nas tata i Joe. Udaliśmy się do kościoła.
______________________________________________________________________________
Rano obudził mnie hasał z dołu. Zeszłam do kuchni i zobaczyłam, że tata kłóci się z Marry jeśli w ogóle można to nazwać kłótnią. Z rozbawieniem spojrzałam na Joe.
- O co poszło?- zapytałam
- Kłóca się o zapiekankę. Marry robi według rodzinnego przepisu Rogera, a on ciągle zmienia jej skłądniki. -wytłumaczył spokojnie przy tym popijając kawę.
- A Billie?
- Poszła święcić.
Wziełam ze stołu banana i udałam się do pokoju słysząc, że dzwoni mój telefon. Na wyświetlaczu wyskoczyło mi zdjęcie Effy. Zaciekawiona odebrałam.
- Will ze mną zerwał.-wypaliła od razu, a ja zaskoczona nie wiedziałam co odpowiedzieć
- Yy.. Że co?
- Po prostu zerwał. - usłyszałam szloch dziewczyny.
- Za 15 minut u ciebie będę.- powiedziałam i rozłączyłam się szybko.
Tak jak obiecałam zjawiłam się pod domem Effy. Musiałam pożyć samochód taty, aby szybko się dostać. Otworzyła mi zapłakana dziewczyna która od razu rzuciła mi się w ramiona. Poszłyśmy do jej pokoju. Wiedziałam, że nie ma rodziców Effy. Mało kiedy byli w domu. Tata Effy rozwiódł się z jej matką, a ona często przebywała poza domem spotykając się z nowymi kandydatami na mężami jak to sama określała. Siedziałyśmy same w pokoju.
Jak się okazało Will znalazł sobie inną dziewczynę, a Efyy opłakuje stratę. Siedziałyśmy w pokoju, a wróciłam do domu długo po północy. Od razu rzuciłam się na łózko.
______________________________________________________________________________
Rano poszliśmy na nabożeństwo które jak zwykle się przedłużyło. Powinno trwać dwie godziny ale drogie panie musiały śpiewać jeszcze kilka kolejnych pieśni. Gdy mieliśmy wychodzić zaczął rozmawiać z nami pastor Woullard. Znał się on z tatą, więc musieliśmy dłużej zostać. W dzieciństwie razem chodzili do szkoły. Dzień minął w miarę spokojnie. Kolejny dzień dopiero był problemem gdyż do domu przyjechał Steven, Aaron i Tony. Oczywiście Steven musiał zrobić największe zamieszanie.
Spakowałam do torby tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zamknęłam pokój na klucz i ruszyłam w stronę wyjścia. Zatrzymał mnie jednak Dominic Howard. Tak, bo mam ochotę na rozmowę z nauczycielem. Bardzo.
- Meredith. Zrobiłem kilka poprawek na wernisaż do twojej gry. Trzymaj.- mężczyzna podał mi teczkę w której były nuty oraz tekst
- Dziękuję.- mruknęłam i wzięłam do ręki rzecz.
Przed budynkiem stała Billie obok samochodu. Blondynka oparła się o pojazd, a w ręku trzymała butelkę z wodą. Gdy zobaczyła moją sylwetkę momentalnie się uśmiechnęła i powróciła z świata marzeń.
- Meredith!- krzyknęła i przytuliła. Billie wydaje się drobną kobietą ale przez te wszystkie lata spędzone z Joe stała się naprawdę twarda. - Słońce jak ja cię dawno nie widziałam. Wsiadaj do samochodu. Roger i Joe czekają. - gdy weszłyśmy do pojazdu od razu poczułam silny zapach kobiecych perfum. Od lat tych samych używanych przez Billie. Mama miała bardziej stonowane.
- Zmieniłaś samochód.- powiedziałam gdy blondynka rozpalała samochód
- Tak, tak. Bardzo mi się ten spodobał. Stary już miał swoje lata.
- Miałaś go dwa lata.- przypomniałam kobiecie otwierając torbę
- Właśnie! Oj, Meredith...Zrozum. Ten jest stworzony dla mnie. Zupełnie jakbym urodziła się dla niego.- powiedziałam skręcając w uliczkę
- Tych argumentów użyłaś przy Joe, co nie?- spojrzałam na nią z lekką uniesioną brwią
- Tak. Od razu się zgodził. Nawet się nie waż! Nie w samochodzie! - Jedną ręką prowadziła, a drugą próbowała wyrwać mi papierosa
- A jeśli otworzę okno? -zapytałam siląc się na słodki ton i robiąc szczenięce oczy
- Nie! W tej chwili to gaś! - krzyknęłaJeśli chcesz żyć to nigdy nie sprzeciwiaj się Billie Paulette Montgomery-Perry gdy krzyczy. Nauczyłam się to na wakacjach spędzonych w Bostonie. Miał być to odpoczynek, relaks. Wyszło jednak na to, że musiałam biegać z kobietą po sklepach, na różne wystawy i na spotkania. W wakacje trwała wojna pomiędzy mną, a Billie. Zamykałam się w pokoju, a ona cudem wchodziła. Potem odkryłam, że do każdego pomieszczenia miała zapasowy klucz. Nawet do mojego prywatnego pokoju! Pamiętam gdy o tym się dowiedziałam myślałam, że zabiję ją na miejscu. Nawet wyprosić jej nie mogłam, aby dała mi chwilę spokoju. Joe jedynie patrzył na nas z uśmiechem, a ja posyłałam mu zabójcze spojrzenie. Nigdy nie zapomnę wakacji u nich. To chyba były najgorsze. Na kolejnych też przyjechałam, albo raczej byłam zmuszona do nich przyjechać.
Otworzyłam okno i wyrzuciłam papierosa. Głośno westchnęłam i oparłam głowę o siedzenie. W domu wszystko było już przygotowane. Marry przygotowała wszystko co trzeba. Byliśmy religijną rodziną tylko na papierze. W praktyce było krucho. Odkąd mamy nie ma ja z tatą daliśmy sobie święty spokój z tą całą wiarą. Szliśmy do kościoła tylko na święta ale zdążały się przypadki gdy nawet wtedy nie chodziliśmy. Często święta spędzaliśmy osobno. Specjalnie wracałam późno, gdy wszystko było już zakończone. Byłam jedynie w te święta kiedy przyjeżdżał Joe z Billie. Gdybym wtedy nie przechodziła to Billie wysłała by mnie prosto do grobu. Weszłam do domu i poczułam silny zapach dań. Zaburczało mi w brzuchu. Jaka szkoda, że dzisiaj nic nie można jeść. Jeszcze raz westchnęłam i udałam się do pokoju. Ściągnęłam z półki książkę i zaczęłam czytać. Po paru godzinach usłyszałam, że Joe, Billie i tata zaczynają się zbierać. Spojrzałam na zegarek. Jeszcze dwie godziny i idziemy do cerkwi. Zwlekłam się z łóżka i otworzyłam szafę. Wyjęłam długą czarną spódnicę i również czarną bluzkę zasłaniająca połowę brzucha. Rzuciłam ubrania na łóżko. Podeszłam do biurka i wyjęłam pudełko z agrafkami. Założyłam rzeczy i zaczęłam przypinać spódnicę do bluzki agrafkami. Gdy zakończyłam pracę uznałam, że wyszedł oczekiwany efekt. Włosy rozpuściłam i uznałam pracę za skończoną. Wyszłam z pokoju i już miałam schodzić gdy Joe złapał mnie za rękę. Pociągnął znów do mojego pokoju.
- Czyś ty oszalała? Chcesz, żeby Billie i twój ojciec na zawał umarli? Nie mówiąc już o Marry. - powiedział Joe, a ja jedynie się uśmiechnęłam.- Meredith. Masz ubrać się jak człowiek idący do kościoła, a nie na imprezę.
- Ale to jest ładne. Stonowane. Nie ma żadnych cekinów, wyzywających tekstów ani rysunków. - mruknęłam
- Meredith. Czy ty chcesz do jasnej cholery by pastor wyrzucił cię z cerkwi? Billie za taki strój cię powiesi na lampie! I jeszcze kolczyk w pępku!- gdy wykrzyknął do pokoju wszedł tata
- Co się dzieje? - zapytał, a ja zobaczyłam wysokiego mężczyznę w garniturze
- Nic. Roger nic. Rozmawiam tylko z Meredith na temat stroju. - powiedział Joe, a tata spojrzał na mnie, na chwilę wpadł w osłupienie ale od razu się opanował
- Nie jest najgorzej. - Perry posłał mu zabójcze spojrzenie, a ja zadowolona się uśmiechałam- Widziałem jej gorsze stroje. Ale M lepiej, żebyś się przebrała w jakiś odpowiedni strój jeśli nie chcemy, aby ciotka na zawał umarła.
- Dobra niech wam będzie, a teraz won mi z pokoju.- wyrzuciłam ich z pokoju i znów otworzyłam szafę
Łatwo powiedzieć ,,ubrać się w stonowany strój'' jeśli ma się taką szafę jak ja. Ściągnęłam ubranie z wielkim żalem i zrezygnowana usiadłam. Do pokoju weszła Billie i spojrzała na mnie.
- Meredith została godzina. Nie masz w co się ubrać?- zapytała, a ja pokiwałam głową- To ciesz się, że masz taką ciotkę jak ja. Trzymaj. - zza pleców wyciągnęła czerwoną sukienkę. - Będzie ci pasować.
Podała mi ją, a ja mozolnie założyłam. Ciotka zapięła suwak i spojrzałyśmy obydwie na efekt w lustrze. Billie chwilę stała, a potem wyszła z pokoju, a raczej wybiegła. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam szukać torebki. Gdy znalazłam ją do pokoju znów weszła kobieta. W ręku trzymała czerwoną szminkę.
- Billie...Ja się nie maluje.- powiedziałam
- A powinnaś zacząć. Każda dziewczyna w twoim wieku się maluje.
- Ja nie jestem każda. - syknęłam widząc, że zbliża się
- Wiem. Drugiej takiej jak ty nie ma. Zupełnie jak Anne. Tak samo nienawidziła kosmetyków. - powiedziała, a ja zesztywniałam.- M. To tylko usta jasne? - usiadłam na krześle, a Billie nałożyła mi na usta pomadkę.
- Na prawdę jestem taka podobna do mamy?- zapytałam cicho, a Billie w tym czasie spinała mi włosy- Zupełnie. Macie takie same oczy, uśmiech. Anne tak samo była uparta jak ty. Walczyła o swoje, twarda sztuka. Ale tak samo jesteście delikatne. Kochała ciebie całym sercem tak samo jak twój tata.-przy tych słowach prychnęłam- Meredith. Bądź dla niego milsza. On stara się jak może. Trudno mu spojrzeć w twoje oczy bo przypominasz mu M. No gotowe.
Podniosłam się z siedzenia i założyłam buty na nogi. Na dole czekali na nas tata i Joe. Udaliśmy się do kościoła.
______________________________________________________________________________
Rano obudził mnie hasał z dołu. Zeszłam do kuchni i zobaczyłam, że tata kłóci się z Marry jeśli w ogóle można to nazwać kłótnią. Z rozbawieniem spojrzałam na Joe.
- O co poszło?- zapytałam
- Kłóca się o zapiekankę. Marry robi według rodzinnego przepisu Rogera, a on ciągle zmienia jej skłądniki. -wytłumaczył spokojnie przy tym popijając kawę.
- A Billie?
- Poszła święcić.
Wziełam ze stołu banana i udałam się do pokoju słysząc, że dzwoni mój telefon. Na wyświetlaczu wyskoczyło mi zdjęcie Effy. Zaciekawiona odebrałam.
- Will ze mną zerwał.-wypaliła od razu, a ja zaskoczona nie wiedziałam co odpowiedzieć
- Yy.. Że co?
- Po prostu zerwał. - usłyszałam szloch dziewczyny.
- Za 15 minut u ciebie będę.- powiedziałam i rozłączyłam się szybko.
Tak jak obiecałam zjawiłam się pod domem Effy. Musiałam pożyć samochód taty, aby szybko się dostać. Otworzyła mi zapłakana dziewczyna która od razu rzuciła mi się w ramiona. Poszłyśmy do jej pokoju. Wiedziałam, że nie ma rodziców Effy. Mało kiedy byli w domu. Tata Effy rozwiódł się z jej matką, a ona często przebywała poza domem spotykając się z nowymi kandydatami na mężami jak to sama określała. Siedziałyśmy same w pokoju.
Jak się okazało Will znalazł sobie inną dziewczynę, a Efyy opłakuje stratę. Siedziałyśmy w pokoju, a wróciłam do domu długo po północy. Od razu rzuciłam się na łózko.
______________________________________________________________________________
Rano poszliśmy na nabożeństwo które jak zwykle się przedłużyło. Powinno trwać dwie godziny ale drogie panie musiały śpiewać jeszcze kilka kolejnych pieśni. Gdy mieliśmy wychodzić zaczął rozmawiać z nami pastor Woullard. Znał się on z tatą, więc musieliśmy dłużej zostać. W dzieciństwie razem chodzili do szkoły. Dzień minął w miarę spokojnie. Kolejny dzień dopiero był problemem gdyż do domu przyjechał Steven, Aaron i Tony. Oczywiście Steven musiał zrobić największe zamieszanie.
sobota, 30 maja 2015
Meredith Pixie
Nuciłam sobie May Way gdy ktoś złapał mnie za rękę. Zabójczym wzrokiem spojrzałam na tą osobę. Osobnik ten miał brązowe włosy.
- Rafael.- wypowiedziałam przez zęby, a chłopak jedynie się uśmiechnął po chwili wyrósł znikąd Eric
- Meredith.- jeszcze bardziej się wyszczerzył widząc moją minę
- Zmierzamy w tym samym kierunku co ty. Na sekcje rockową.- powiedział szybko Eric, aby zapanować nad sytuacją, chyba zauważył, że mam często chęć mordu
- Na prawdę? Ale wiecie, że mogliście do mnie normalnie podejść, a nie straszyć. - skierowałam wzrok na bruneta, a ten tylko wzruszył ramionami
- Nie byłaś wystraszona raczej miałaś ochotę skoczyć wydłubać m oczy.- sprostował Raff
- Cenna uwaga. Ale wykonam tą czynność po zajęciach. Nie lubię mieć brudnych rak gdy piszę lub gram. - dalej szliśmy w stronę sali, wyłączyłam się i patrzyłam przed siebie zamurowało mnie
- Mer, Meredith...-Raffe pomachał mi ręką przed oczami
- Bierz tą łapę bo inaczej ci ją odgryzę. - mruknęłam do niego i pobiegłam do dziewczyny która również zmierzała na zajęcia- Amanda! -krzyknęłam, a ta uniosła głowę i uśmiechnęła się, stanęła i czekała aż dojdziemy do niej
- Na zajęcia? - zapytała gdy byliśmy już przy niej
- Yeap. - usłyszałam chrząknięcie Raffe i Erica, przewróciłam oczami przez co dziewczyna wybuchnęła śmiechem- Amy to Eric i Raffe i w drugą stronę. - powiedziałam, a każdy podał sobie rękę-To idziemy?- reszta pokiwała głową, więc weszliśmy do sali
Siedziałam od brzegu, a obok była Amanda, więc nie mogłam się rozłożyć. Plus utrudniało mi to, że Raffe z Ericem wepchali się na siedzenia za nami. Wygodnie usiadłam i skupiłam się na nauczycielu. Przeszkadzały mi osoby z tyłu ponieważ ze sobą konwersowali. .Mogłam usłyszeć co mówią chodź starali się robić to jak najciszej. Amy na początku próbowała słuchać ale po dziesięciu minutach odwróciła się do mnie. Zaczęła coś mówić ale dopiero po paru sekundach zrozumiałam, że to do mnie. W sumie odwróciła się w moją stronę, a jestem ostatnia od brzegu, więc chyba to proste, że do mnie, co nie?
- Kto to?-zapytał najciszej jak mogła
- Kto? - zdezorienotowana odpowiedziałam pytaniem, na pytanie
- Oni.- kiwneła głową w stronę chłopaków za nami, ci przerwali rozmowę na chwilę ale po chwil powrócili do czynnośći
- Że Eric, Raffe? - chciałam się upewnić, a ona kiwneła głową na znak, że ,,tak''- Aaa.... Poznałam niedawno.- mruknęłam ziewając przy tym
- Ty kogoś poznałaś tak po prostu? - uniosła brwi i spojrzała na mnie z rozbawieniem
- Ej... Czasami potrafię być uprzejma i kogoś po prostu poznać. Ale wypada to bardzo rzadko, że jest to na wyginięciu.- Amy na to delikatnie uderzyła mnie łokciem, a ja jej oddałam- Powiem ci w tajemnicy, że dla nich nie byłam uprzejma. Byłam taka jaka zwykle jestem.
- I nie zwiali w podskokach? Coś z nimi jest nie tak. Pewnie ich jakoś otumaniłaś.-przywaliłam jej z łokcia, a ta spojrzała na mnie zabójczym wzrokiem mówiącym ,, Pożałujesz tego. Zaczekaj tylko do końca zajęć.'', a ja uśmiechnęłam się i oparłam na siedzeniu
Po zajęciach wcale mnie nie zabiła. A może to dlatego, że szybko zniknęłam. Wietrzyłyśmy dzisiaj pokój, więc drzwi były otwarte. Weszłam do pokoju i zobaczyłam Demri rozmawiającą z Waitsem. Ci zwrócili na mnie głowę, a Demri od razu się uśmiechnęła.
- Hej Mer.-powiedziała dziewczyna
- Kobieto widziałyśmy się jakieś dwie godziny temu.
- Wiem.- spojrzałam na nią z rozbawieniem, a ta nadal uśmiechała się przez który każdy od razu robił to samo - Nie zostajesz z nami?- zapytała widząc, że szukam torby, spojrzałam na Waitsa który wykonał specyficzny grymas
- Nie. Nie którym osobom by to nie pasowało. - powiedziałam i wyszłam z pokoju
Kurwa. Wyszłaś to teraz zastanów się gdzie iść. Ave. Tylko jak ona ma na nazwisko? Chyba w akademii nie ma sporo osób o takim imieniu ale, że będę chodziła po całej szkole szukając tej jednej cholernej tabliczki? Szłam i rozmyślałam co zrobić. Zrezygnowana osunęłam się po ścianie na ziemię. Oparłam głowę i zamknęłam oczy. Było tak cicho. Lekko się uśmiechnęłam, że każdy przechodzący mógłby pomyśleć, że jestem naćpana. Ta myśl wywołała u mnie jeszcze większy uśmiech. Ktoś przeszedł obok ale po chwili zawrócił i spojrzał na mnie.
- Meredith? - głos Briggsa wywołał u mnie skwaszoną minę, ale po chwili wrócił mój uśmiech, wstałam z podłogi ominęłam chłopaka i poszłam w stronę drzwi wyjściowych.
Odetchnęłam świeżym powietrzem i zaczęłam iść przed siebie.
- Rafael.- wypowiedziałam przez zęby, a chłopak jedynie się uśmiechnął po chwili wyrósł znikąd Eric
- Meredith.- jeszcze bardziej się wyszczerzył widząc moją minę
- Zmierzamy w tym samym kierunku co ty. Na sekcje rockową.- powiedział szybko Eric, aby zapanować nad sytuacją, chyba zauważył, że mam często chęć mordu
- Na prawdę? Ale wiecie, że mogliście do mnie normalnie podejść, a nie straszyć. - skierowałam wzrok na bruneta, a ten tylko wzruszył ramionami
- Nie byłaś wystraszona raczej miałaś ochotę skoczyć wydłubać m oczy.- sprostował Raff
- Cenna uwaga. Ale wykonam tą czynność po zajęciach. Nie lubię mieć brudnych rak gdy piszę lub gram. - dalej szliśmy w stronę sali, wyłączyłam się i patrzyłam przed siebie zamurowało mnie
- Mer, Meredith...-Raffe pomachał mi ręką przed oczami
- Bierz tą łapę bo inaczej ci ją odgryzę. - mruknęłam do niego i pobiegłam do dziewczyny która również zmierzała na zajęcia- Amanda! -krzyknęłam, a ta uniosła głowę i uśmiechnęła się, stanęła i czekała aż dojdziemy do niej
- Na zajęcia? - zapytała gdy byliśmy już przy niej
- Yeap. - usłyszałam chrząknięcie Raffe i Erica, przewróciłam oczami przez co dziewczyna wybuchnęła śmiechem- Amy to Eric i Raffe i w drugą stronę. - powiedziałam, a każdy podał sobie rękę-To idziemy?- reszta pokiwała głową, więc weszliśmy do sali
Siedziałam od brzegu, a obok była Amanda, więc nie mogłam się rozłożyć. Plus utrudniało mi to, że Raffe z Ericem wepchali się na siedzenia za nami. Wygodnie usiadłam i skupiłam się na nauczycielu. Przeszkadzały mi osoby z tyłu ponieważ ze sobą konwersowali. .Mogłam usłyszeć co mówią chodź starali się robić to jak najciszej. Amy na początku próbowała słuchać ale po dziesięciu minutach odwróciła się do mnie. Zaczęła coś mówić ale dopiero po paru sekundach zrozumiałam, że to do mnie. W sumie odwróciła się w moją stronę, a jestem ostatnia od brzegu, więc chyba to proste, że do mnie, co nie?
- Kto to?-zapytał najciszej jak mogła
- Kto? - zdezorienotowana odpowiedziałam pytaniem, na pytanie
- Oni.- kiwneła głową w stronę chłopaków za nami, ci przerwali rozmowę na chwilę ale po chwil powrócili do czynnośći
- Że Eric, Raffe? - chciałam się upewnić, a ona kiwneła głową na znak, że ,,tak''- Aaa.... Poznałam niedawno.- mruknęłam ziewając przy tym
- Ty kogoś poznałaś tak po prostu? - uniosła brwi i spojrzała na mnie z rozbawieniem
- Ej... Czasami potrafię być uprzejma i kogoś po prostu poznać. Ale wypada to bardzo rzadko, że jest to na wyginięciu.- Amy na to delikatnie uderzyła mnie łokciem, a ja jej oddałam- Powiem ci w tajemnicy, że dla nich nie byłam uprzejma. Byłam taka jaka zwykle jestem.
- I nie zwiali w podskokach? Coś z nimi jest nie tak. Pewnie ich jakoś otumaniłaś.-przywaliłam jej z łokcia, a ta spojrzała na mnie zabójczym wzrokiem mówiącym ,, Pożałujesz tego. Zaczekaj tylko do końca zajęć.'', a ja uśmiechnęłam się i oparłam na siedzeniu
Po zajęciach wcale mnie nie zabiła. A może to dlatego, że szybko zniknęłam. Wietrzyłyśmy dzisiaj pokój, więc drzwi były otwarte. Weszłam do pokoju i zobaczyłam Demri rozmawiającą z Waitsem. Ci zwrócili na mnie głowę, a Demri od razu się uśmiechnęła.
- Hej Mer.-powiedziała dziewczyna
- Kobieto widziałyśmy się jakieś dwie godziny temu.
- Wiem.- spojrzałam na nią z rozbawieniem, a ta nadal uśmiechała się przez który każdy od razu robił to samo - Nie zostajesz z nami?- zapytała widząc, że szukam torby, spojrzałam na Waitsa który wykonał specyficzny grymas
- Nie. Nie którym osobom by to nie pasowało. - powiedziałam i wyszłam z pokoju
Kurwa. Wyszłaś to teraz zastanów się gdzie iść. Ave. Tylko jak ona ma na nazwisko? Chyba w akademii nie ma sporo osób o takim imieniu ale, że będę chodziła po całej szkole szukając tej jednej cholernej tabliczki? Szłam i rozmyślałam co zrobić. Zrezygnowana osunęłam się po ścianie na ziemię. Oparłam głowę i zamknęłam oczy. Było tak cicho. Lekko się uśmiechnęłam, że każdy przechodzący mógłby pomyśleć, że jestem naćpana. Ta myśl wywołała u mnie jeszcze większy uśmiech. Ktoś przeszedł obok ale po chwili zawrócił i spojrzał na mnie.
- Meredith? - głos Briggsa wywołał u mnie skwaszoną minę, ale po chwili wrócił mój uśmiech, wstałam z podłogi ominęłam chłopaka i poszłam w stronę drzwi wyjściowych.
Odetchnęłam świeżym powietrzem i zaczęłam iść przed siebie.
piątek, 29 maja 2015
Meredith Pixie
Gdy wróciłam z malarstwa ujrzałam Demri
leżącą na łóżku. Dokładnie to jej nogi leżały, a głowa zwisała z rękami i
nuciłam piosenkę. Dzisiaj był jeden z leniwych wtorków. Od rana planowałam iść
na zakupy, a dokładnie rzecz biorąc iść tylko do muzycznego po nowe struny.
Wzięłam torbę i zaczęłam szukać telefon który jak zwykle gdzieś się
zawieruszył.
- Demri zadzwoń do
mnie. - poprosiłam dziewczynę, a ta od razu uczyniła, jak się okazało telefon
był w szafie, co on tam robił nie mam pojęcia - Dzięki.
- Gdzie idziesz?-
zapytała przekrzywiając głowę
- Do sklepu.-
ledwo to powiedziałam, a dziewczyna wydała pisk, zaskoczona, a zarazem
przestraszona spojrzałam na nią
- Zakupy!-
krzyknęła i poderwała się z łóżka- Idę z tobą!
Nie miałam nic do
gadania. Dziewczyna w parę sekund zebrała wszystkie potrzebne rzeczy. Wyszłyśmy
na ulicę i zaczęłyśmy iść w stronę centrum. Draven nie przeszkadzały moje
protesty. Przecież muzyczny jest przecznicę dalej! Dziewczyna uparcie szła do
przody chwaląc się nowym pojazdem. Jeżeli kupiła harleya to czemu nim nie
pojechałyśmy? Zaoszczędziłybyśmy na czasie i... po prostu nie chciało mi się
zasuwać aż do samego centrum. Pod koniec w głowie układałam już plan
uduszenia/zabicia Draven, a następnie pozbycia się ciała oraz śladu zbrodni. A
to była tylko droga do centrum. Bałam pomyśleć co będzie później. Wreszcie Demr
zdecydowała się do jakiego sklepu wejść. Wreszcie wybrała ten w którym leci
lepsza muzyka. Szłam za nią jak śmierć. Przed mną wesoła hipiska, a potem
punkówna z mordem w oczach. W sklepie dopiero zaczęła się zabawa jeśli można
tak to nazwać. Demri musiała przejrzeć wszystkie półki sklepowe po czym
stwierdzała, że nie ma nic ciekawego.
- Błagam Draven
daj już święty spokój i chodźmy do tego muzycznego.- powiedziałam patrząc na
dziewczynę która przykładała do swojego ciała kolejne ubranie
- Już, już....
Dobra idziemy. - nawet szybko się zebrała i zmieniłyśmy sklep
Nareszcie po tych
wszystkich mękach weszłyśmy do sklepu który od początku był moim celem. Gdy ja
pytałam o struny i przeglądałam kostki do gry Demri przeglądała płyty. To nic,
że wszystkie już posiadała w swojej kolekcji. Kupiłam potrzebne rzeczy i
zaczęła iść w stronę wyjścia. Zaraz potem dołączyła do mnie dziewczyna która
była w szampańskim humorze. Wiedziałam już gdzie ją zabiorę. Będzie to raj dla
niej. Zaprowadziłam dziewczynę na bazar. Demri biegała od stosika do stosika i
przeglądała wszystkie szaliki, koraliki, naszyjniki, chusty i inne duperele. Ja
jedynie stanęłam, zapaliłam papierosa i patrzyłam na nią z rozbawieniem.
Zachowywała się jak małe dziecko w sklepie
z zabawkami. Zakupiłam pudełko agrafek, ćwieków, nici i igły. Gdy przyszła do
mnie Demri ujrzałam w jej rękach reklamówki wypełnione...właśnie czym
wypełnione? Widać było jakąś chustę i naszyjnik który zaraz miał wylecieć.
Wszystko włożyłam do swojej dużej torby. Kiwnęła do mnie głową i
ruszyłyśmy z powrotem do domu. Już przeszła mnie chęć mordu gdy po drodze
kupiłam długą czarną spódnice. Jednak zaraz powróciła gdy dziewczyna zaczęła
tańczyć na środku przejścia dla pieszych, ponieważ usłyszała Morrisona.
- Demri! Chodź na
chodnik! Ludzie się gapią!- na prawdę miałam w dupie czy ludzie się patrzą ale
jednak obawiałam się o stan zdrowia dziewczyny- Draven! W tej chwili złaź!
Ktoś patrząc na
nas z bok mógłby stwierdzić, że to ja jestem starsza. Nope. Wiekiem góruje
Draven ale teraz była młodsza ode mnie o kilka lat. Ulice L.A. są pełne
samochodów i wątpię, żeby kto kol wiek tutaj dbał o bezpieczeństw pieszych.
Tutaj liczy się prędzej jak
najłatwiej dojechać i w jak najkrótszym czasie. Wreszcie złapałam
dziewczynę za rękę i pociągnęłam w stronę chodnika. Ciągnęłam dziewczynę dopóki
muzyka nie znikła. Wiedziałam, że jeśli ją puszcze to znów się zatrzymamy bo
Demri będzie tańczyć.
Odetchnęłam gdy wróciłyśmy do Akademii. Jedne
zakupy, a tak męczące.
wtorek, 26 maja 2015
Meredith Pixie
Oczywiście poszłam na zajęcia do Dominica,
który nie mógł powstrzymać się od złośliwego komentarza, od którego posłałam
zabójcze spojrzenie. Rozłożyłam się, zajmując przy tym swoje i dziewczyny obok
miejsce. Nie skarżyła się, więc chyba jej to nie przeszkadzało. Przez całe
zajęcia próbowałem nie zasnąć. Nie, żeby zajęcia George’a były jakieś nudne, po
prostu nie zmrużyłam w nocy oka. Całą noc grałam i czytałam, doprowadzając
Demri do białej gorączki. Oczywiście nie wydarła się na mnie jakby zrobiły to
inne osoby, po prostu kilka razy zwróciła mi dobitnie uwagę. Zauważyłam, że
wszyscy już zaczęli wychodzić z sali, a ja jedyna jeszcze się nie ruszyłam. Zgarnęłam
wszystkie rzeczy i wrzuciłam do torby. Przetarłam oczy, a następnie ziewnęłam.
Po chwili zorientowałam się, że Howard patrzy na mnie z dezaprobatą i lekkim
uśmiechem.
- Mówiąc ,,
Przyjdź na następne zajęcia'' nie chodziło mi o to, abyś przyszła i spała -
powiedział, a ja powoli wstałam, prostując kości, które rozmasowałam - Co?
Życie studenckie daje w kość?
- Ha, ha, ha... Bardzo
śmieszne. Wiesz, że to nieładnie śmiać się z czyjegoś cierpienia? - zapytałam,
idąc w stronę drzwi, Howard również wychodził.
- Matko! Dzieje
się coś strasznego! - Dominic wyrzucił ręce do góry, a ja poważnie zaczęłam
zastanawiać, czy dyrekcja nie pomyliła się zatrudniając go tu - Panna Pixie nie jest sarkastyczna i nie jest
wredna. Apokalipsa!
Ja na te słowa
tylko przywaliłam sobie z otwartej dłoni w czoło. Przyśpieszyłam kroku i z zadowoleniem
zauważyłam, że jakiś nauczyciel zatrzymał Dominica. Nie ma bata. Czas na kawę.
Idąc do restauracji, zastawiałam się czy dają kawę na wynos. Nie chciałoby mi
się siedzieć tam wiedząc, że szwenda się to perfidne babsko, które nie
pozwoliło mi palić. Usiadłam na miejscu, które zwykle zajmowałam. Zawsze gdy tu
przychodziłam, stolik przy którym siedziałam był wolny. Jakby z góry był zarezerwowany
dla mnie. Po chwili koło mnie usiadła ładna blondynka, która po paru sekundach
zauważyła, że KTOŚ czyli ja siedział obok niej. Zrobiła wielkie oczy, a po
sekundzie uśmiechnęła się.
- Przepraszam. Nie
zauważyłam, że ktoś tu siedzi. Mogę zostać? - Na to pytanie wybuchnęłam
śmiechem i po chwili zrozumiałam, że pyta się mnie poważnie.
- Masz dziś swój
szczęśliwy dzień i pozwalam ci przebywać w moim towarzystwie. - Dziewczyna na
początku nie wiedziała o co chodzi, ale zrozumiała o co chodzi i zrobiła
jeszcze większy wyszczerz.
- Nikt tu nie
siada. Zawsze było to miejsce moje i moich kupli - powiedziała, odgarniając
włosy za ucho. - Nie będzie ci przeszkadzało jeśli tu przyjdą i z nami usiądą,
prawda? Prawda? - Blondynka była tak urocza, że nie potrafiłam odmówić, wolałam
już nie żartować, bo czasami wyglądała jakby miała za sekundę się rozpłakać.
- Tak w ogóle
Meredith jestem. - Podłam dziewczynie dłoń, a ta ją ścisnęła.
- Ave. Chodzę na taniec
i zajęcia do panny Donny, a ty?
- Ja też chodzę na
zajęcia do Donny, sekcja rockowa, aktorstwo i grę na gitarze - powiedziałam i
zauważyłam jak kolejna grupka studentów wchodzi do restauracji.
- Sekcja rockowa?
Raffe z Ericiem na te zajęcia chodzą. O już są. Zaraz ich poznasz. - Blondynka
poderwała się z miejsca i zaczęłam machać w stronę tejże grupy studentów, jeden
z chłopaków podniósł rękę i odmachał dziewczynie.
Cała grupa zaczęła
się zbliżać i już widziałam jak, kto wygląda. Czterech chłopaków i dziewczyna.
Jeden z nich miał czarne włosy, dwudniowy zarost i kilka tatuaży na lewej ręce
oraz tunel w prawym uchu. Dwóch miało dłuższe włosy do ramion, a ostatni miał
związne w kok z tyłu i śliczny uśmiech. Strzelałam, że ten w koku jest bratem
Prim. Dziewczyna miała rude włosy spięte wysoko w kucyk. Jej zielone oczy
rzucały się w oczy przez co byłam ciekawa czy to jej prawdziwy kolor. Gdy
podeszli do nas, zaczęli zajmować miejsca. Gdy wreszcie usadzili swoje tyłki zaczęli
się przedstawiać.
- Prim. - Jako pierwsza podała mi rękę
rudowłosa.
- Axel -
przedstawił się blondyn z rozpuszczonymi włosami.
- Adrian -
powiedział kolejny w długich włosach tylko w kolorze czarnym
- A ja jestem
Rafael - powiedział brunet w koku, który siedział obok mnie.
- Jak zwykle popisuje
się imieniem. - Usłyszałam kopnięcie pod stołem i syknięcie Erica. - Tym
uderzeniem przyznajesz mi rację. Tak w ogóle jestem Eric, a ty?
- Meredith –
powiedziałam, uśmiechając się. - Słyszałam, że chodzę z tobą i Rafaelem na
sekcje rockową.
- Wiedziałem, że skądś
cię znam. Takiej twarzy się nie zapomina - mruknął mi Raffe do ucha, a ja
wybuchnęłam śmiechem
- Wiem. Piękna
jest. Nikt nie musi mnie uświadamiać - powiedziałam, a reszta grupy zaczęła
zwijać się ze śmiechu, do restauracji zaczęło przychodzić coraz więcej osób.
- Idziemy do
pokoju chłopaków, a potem zobaczy się. Może na plażę - wtrącił się Eric, widać
było, że powiedział t tak szybko, aby Raffe nie zdążył się odezwać.
- Pójdę, jeżeli
obiecacie mi, że nie będę więcej napastowana przez Rafaela - westchnęłam, a
każdy się roześmiał.
- Ja niczego nie
obiecuję. - Brunet pozostał przy swoim.
Wstaliśmy i
ruszyliśmy do pokoju chłopaków. Szłam z Prim i Adrianem którzy rozmawiali na
temat jakichś zajęć. Zauważyłam, że Ave i Eric byli parą. Kto by się
spodziewał, że delikatna blondynka będzie z wytatuowanym chłopakiem. Z wyglądu
wyglądali na przeciwieństwa ale zauważyłam, że bardzo dobrze się dogadują.
Raffe i Axel szli przed nami, kierując nas do pokoju. Oczywiście chłopak w
kucyku odwracał się co parę minut i szczerzył się do nas. Wreszcie doszliśmy do
pokoju w którym było hmm.... W miarę czysto. Jak się okazało był to pokój Rafaela
i Erica. Z powodów oczywistych usiadłam na łóżku chłopaka z piercingiem. Nie
odczuwałam już zmęczenia jak wcześniej i zupełnie zapomniałam o kawie, która
pewnie już była zimna. Od Adriana dowiedziałam się, że Rafael i Ave są
rodzeństwem. Blondynka była w moim wieku, a Raffe rok starszy. Kolejną rzeczą
było to, że Eric i brunet w koku byli przyjaciółmi od dzieciństwa, a reszta
poznała się w czasie roku szkolnego. Gdy wróciłam do pokoju byłam pewna, że wstanę
dopiero pojutrze.
<Sora za błędy
ale piszę i dodaje na tablecie>
<Perry zrobił edit ;D>
piątek, 22 maja 2015
Meredith Pixie
Kilka ostatnich dni minęły na unikaniu
ludzi. Rozmawiałam jedynie z Demri. No cóż... Nie miałam wyboru. Od Draven nie
da się odizolować. Ten pomysł z balem jest komiczny. Dziewczyny założą kiecki,
kolesie jakieś graniaki, wszystko sztuczne. Boże, ile to razy byłam na takim
czymś. Od dwóch lat na takie zabawy nie chodzę. Po prostu znudziło m się to. Za
każdym razem jest to samo. Jakieś wykwintne jedzenia, alkohol, muzyka (zapewne
nie taka, jaką lubię) i ta cholerna sztuczność. Steven oczywiście dzwonił tylko
po to, aby chwalić się występami, nowymi rzeczami i innymi duperelami. Kilka
razy myślałam nad zmianą numeru, nawet Joe to popierał, ale zawsze Tyler
wyczuwał nasz spisek. Tata dzwonił regularnie, czasami do niego wpadałam, a Joe
jak to z Joe. Szczerze rozmawialiśmy. New York, a L.A. tak daleko od siebie się
znajdują.
Usiadłam na łóżku
i zaczęłam brzdąkać na gitarze. Często robiłam ludziom na złość i darłam
struny, że głowa bolała, a Demri doprowadzało to do szału. O wilku mowa. Weszła
cała w skowronkach do pokoju i rzuciła się na łóżko.
- Co znowu? Twój
ukochany nauczyciel kazał ci się męczyć kolejną godzinę? - zapytałam ze
zrezygnowaniem. Nie rozumiałam myślenia brunetki.
- Lekcje z nim to
żadne męki. I nie. Fajny będzie ten bal, co nie? - Spojrzała na mnie, a ja
zaczęłam przygrywać melodię, którą nie dawno ułożyłam.
- Jak dla kogo... -
mruknęłam i całą swoją uwagę skupiłam na gitarze, dobrze wiedziałam, że Draven
bacznie się mi przyglądała.
- Mer... Nie mów,
że nie idziesz.
Ja tylko wzruszam ramionami, a włosy
zasłoniły mi twarz
- No, nie! Tak nie może być! Każdy idzie!
- Wymierzyła we mnie oskarżycielsko palec i rozzłoszczona patrzyła, jeśli w
ogóle można nazwać ten wzrok złym.
- Mogę napić się w
każdym klubie i przy okazji potańczyć - powiedziałam i odstawiłam gitarę na
stojak.
- Podobne mówiłaś
w pierwszy dzień naszego przyjazdu, a jednak było fajnie.
- Demri. Zrozum.
Ja tam się nie wybieram - powiedziałam stanowczo. Wstałam z łóżka i skierowałam
się w stronę drzwi. Wychodząc z pokoju, usłyszałam głośne...
- Ja tak szybko się nie poddaje!
Brunetka tym mnie
rozbawiła. Roześmiana zamknęłam drzwi. Nogi poniosły mnie do restauracji.
Usiadłam wygodnie zamówiłam sok. Wszystkie twarze były mi obce. Jak
to możliwe, że ograniczyłam się do tylko kilku osób? Chwila. Ograniczyłam się
do jednej - Demri. Jako jedyna nie działała mi na nerwy w takim stopniu
jak reszta. Okey.. Nie znam dziewczyn, ale nie jestem jakaś chętna do bliższego
poznania. Już miałam wyciągnąć papierosa, gdy... Czy tu można palić?
Rozejrzałam się po sali. Nic. Nikt nie miał w ręku fajki. Walić to. Wyciągnęłam
i zapaliłam. Zadowolona rozsiadłam się na krześle, popijając sok.
Piękno w jakim
byłam, przerwała kobieta, która miała problemy do mojego papierosa. Hej! Jeden
papieros nikomu jeszcze nic nie zrobił. Żadne argumenty na babsztyla nie
działały. Wściekła wyszłam z restauracji i skierowałam się na plażę. Chyba tam
można palić... A może znowu jakiś ekolog się znajdzie.
Żadnego ratownika
natury nie było, tylko Howard. Uśmiechnięty podszedł do mnie i wyciągnął
również papierosa. Staliśmy w ciszy, każde wciągając i wydmuchując dym. Morze w
nocy jest cholernie piękne. Patrzyłam w kierunku małej łódki, która dryfowała w
oddali. Dominic nie mógł się powstrzymać, musiał się odezwać.
- Dawno nie
widziałem cię na zajęciach - powiedział, a ja głośno westchnęłam.
- Miałam dużo
zajęć. Na kolejnych zajęciach powinnam się pojawić - mruknęłam, rzucając
resztę na piasek i przydepnęłam butem.
- Powinnam? - Spojrzał
na mnie z uniesionymi brwiami. - Musisz. Jak będziesz tak olewać to nie zdasz.
- Trudno się mówi.
Nie zdam. Wielkie coś. Jak nie zdam nic strasznego się nie stanie. Akademia się
nie zawali. - Wzdrygnęłam się, gdy poczułam na ramionach wiatr.
- Może się nie
zawali, ale jakbyś zdała, to poszłabyś krok do przodu, a nie stała w miejscu.
A teraz wracaj do budynku. Widzę, że ci zimno. - Szybko zmierzył mnie
wzrokiem.
- A ty?
- Ja też zwracam. No, zmykaj. Bo zachorujesz.
Kolejny uczeń nie będzie przez ze mnie chory - powiedział, a ja roześmiałam się
na głos.
- Kolejny? -
zapytałam, a Howard wygiął usta w łuk.
- Nieważne. Powiem tylko, że pływanie w
morzu, w zimę gdy jest chłodno nie jest dobrym pomysł. Nawet myśląc, że przez
to się zahartujesz - powiedział, a na końcu roześmiał się. Ja tylko odwróciłam
się i zaczęłam śmiać się.
- Widzimy się na
zajęciach! - krzyknął, gdy już odeszłam kilka kroków.
niedziela, 10 maja 2015
Meredith Pixie, Daniel S. Briggs
<No, dobra. Skupcie się. W rozdziale są 2 narracje dla naszej wygody. Normalna czcionka to Daniel, rushofa Meredith. Mamy nadzieję, że się ogarniecie. Enjoy!>
- Serio ci pożyczył?
Meredith patrzyła na mnie z
mieszanymi uczuciami wypisanymi na twarzy, lustrując uważnie samochód.
- Jak chcesz, możesz iść pieszo
– rzuciłem, otwierając jej od środka drzwi. – Wsiadasz czy nie?
Dziewczyna przewróciła oczami,
ale w końcu wsiadła do wyblakłego Fiata 500 i zatrzasnęła za sobą drzwiczki.
Wiedziałem, że nie była zadowolona z naszego środka transportu, ale nie
zwracałem na to uwagi. W przeciwieństwie do niej, ja byłem zachwycony!
- Przynajmniej wszędzie
zaparkujemy, piękna. – Wyszczerzyłem się do Pixie, ale ta tylko znowu
ostentacyjnie przewróciła oczami i mruknęła ‘Jedź!’. – Co tylko mój promyczek
sobie zażyczy. Włączyłem radio i zacząłem śpiewać Gee The Crow.
Myślałam, że uduszę go na miejscu.
- To gdzie moja dziewczyna chce
jechać?
- Jak najdalej od ciebie. - Ten tylko się jeszcze bardziej uśmiechnął. Boże,
daj mi siłę! - Jedź na River Side.
Briggs włączył radio i tylko czasem coś zanucił. Ja myślałam o tym, że
nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię. Po
raz kolejny chłopak odwrócił się w moją stronę i zaśpiewał kawałek piosenki.
- Briggs, patrz
się na ulicę i nie wyj, bo strasznie fałszujesz.
- Bo ty lepiej
śpiewasz?
- Lepiej. No, ominąłeś!
Tam się skręca!
- Meredith, muszę cię
powiadomić, że za cholerę nie wiem, dokąd jadę – wypaliłem, a ta spojrzała na
mnie jak na idiotę. – Nie gap się tak, tylko trzeba było mówić mi wcześniej.
Nie znam miasta.
- Mówiłam, że tam miałeś
skręcać! – krzyknęła oburzona, wskazując ręką ulicę za nami.
- No, jak tak dalej pójdzie, to
zapomnę, że jesteś moją dziewczyną i wyrzucę cię na ulicę – odparowałem,
szukając miejsca do zawrócenia. – W dodatku nie powiedziałem ci, że ślicznie
wyglądasz – dodałem, poprawiając okulary na nosie i wgapiając się w ulicę przed
sobą. Padało, co okropnie pogarszało widoczność i szansę na zobaczenie zakrętu.
Pixie prychnęła, jednak nic nie odpowiedziała. W końcu udało mi się wjechać na
naszą oczekiwaną ulicę i pięknie zaparkowałem po przeciwnej stronie pubu.
Spojrzałam w
lusterko i już zmierzałam wyjść, gdy zostałam zawrócona.
- Zaczekaj! - krzyknął
Briggs i pierwszy wysiadł. Szybko otworzyłam drzwi i wyszłam z samochodu,
wiedząc, co zamierzał mój chłopak. - Ej!
Chciałem otworzyć ci drzwi.
- Pff.. Nie rób
ze mnie już takiej kaleki.
- Jestem tylko
dżentelmenem. – Wzruszył ramionami.
- Wątpię w to -
mruknęłam i poprawiłam sukienkę, która podwinęła się do góry. Spojrzałam na Briggsa. On bezczelnie
patrzył się na to, co robię z przekrzywioną głową. - Bo jeszcze gałki oczne ci
wylecą - mruknęłam, a on wzruszył ramionami. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę
lokalu. Szłam jak na ścięcie. Briggs podbiegł szybko i położył rękę na moim
biodrze, którą od razu zrzuciłam.
- Ej! Mamy wyglądać jak para. Jak chcesz,
żeby to wyszło, to rób, co ci każę – szepnął mi do ucha.
- Po moim trupie
– warknęłam i szybko weszłam do Corn.
- Jak tam sobie chcesz! – rzuciłem jeszcze za nią, a Meredith nie
odwracając się, pokazała mi środkowy palec. – Jeszcze będziesz mnie potrzebować…
- mruknąłem pod nosem i podążyłem jej śladem. Gdy znalazłem się w środku pubu, baru,
klubu czy co to tam było, stwierdziłem, że może nie będzie najgorzej. Jacyś
czarni kolesie rozstawiali się na scenie, niosąc saksofon, trąbkę, części
perkusji, pianino, gitary. Czyli wszystko, co było potrzebne do jazzu i bluesa.
No, proszę, proszę. Jednak Pixie nie była aż takim muzycznym bezguściem za
jakie ją miałem.
- Jak ty wyglądasz?
Mer stała przede mną i wpatrywała się we mnie uważnie.
- No, niby jak znowu?
- Zdejmij chociaż te okulary. Potrzebujesz je tylko do czytania i jazdy –
skwitowała i złapała moje szkła, po czym włożyła mi je do kieszeni płaszcza. – O.
Od razu lepiej. Musisz się jakoś prezentować – dodała, a ja tylko puściłem jej
oczko.
- Uważaj, bo pomyślę, że na mnie lecisz – rzuciłem, gdy prowadziła nas do
któregoś ze stolików.
- Nie wyobrażaj sobie za dużo – odparła, gdy rozglądałem się po wnętrzu. Niezła
speluna w lepszym standardzie niż najgorsze menelstwo. Fajnie. Do tego pełno
ludzi, że ledwo można było przejść… Akurat uśmiechałem się do mijającej mnie
pięknej dziewczyny, gdy Pixie złapała mnie mocno za ramię. – Udawaj chociaż, że
jesteś ze mną.
Z każdą chwilą żołądek podchodził mi do gardła. Briggs wszystko psuł. W
kacie zauważyłam Willa i Effie. Skierowałam się w tamtą stronę i pociągnęłam
chłopaka, który stanął w miejscu.
- Nie tak ostro, mała – rzucił.
- Po pierwsze nie mów do mnie mała.
A po drugie ruszaj się – mówiłam, idąc w stronę przyjaciół. – Hej -przywitałam
się, gdy doszłam do ich stolika i przytuliłam z Effie. Will spojrzał tylko na
nas i od razu skierował wzrok na Briggsa. Uniósł jedną brew i delikatnie się
uśmiechnął. Usiadłam na krześle i zauważyłam, że wszyscy wpatrują się w moją
osobę. Zerknęłam na Briggsa. Przydałoby się go przedstawić. Odchrząknęłam. -
Tak, więc to jest Bri...yy.
Boże! Jak on ma
na imię? Zawsze zwracałam się do niego po nazwisku, spojrzałam na chłopaka. -
Daniel - szybko powiedziałam i uśmiechnęłam się.
- Daniel Briggs – wszedłem jej w słowo, widząc,
że przedstawianie nie idzie jej najlepiej i wyciągając rękę najpierw do
dziewczyny, a potem do jakiegoś pacana w różowej koszuli. Panna uśmiechnęła się
delikatnie, a koleś tylko kiwnął mi głową. Jednak nie dało się nie zauważyć
tego głupiego uśmieszku. Tak, tak, proszę pana. Oto jestem ja. Baptysta, syn
hipisów. Nie jest łatwo wytrącić mnie z równowagi. Usiadłem, wyciągając od razu
papierosa. Domyślałem się, że Meredith jak i jej przyjaciele do grzecznych nie
należeli, więc nie powinno im przeszkadzać. A jak tak… No, to kiedyś trzeba
zacząć palić. Czułem na sobie mordercze spojrzenie Pixie, za to że się
odezwałem, ale zignorowałem ją.
Kelnerka rozdała
menu. Każda para po jednym. Wątpię, żebym miała taki sam gust jak Briggs.
Dobrze, że jeszcze się nie odezwał. Effie wybrała
za nas wszystkich homara. Briggs tylko spojrzał na nią jakby z politowaniem.
- A na deser… Lody dla dwojga.
Obydwoje z Briggsem wywaliliśmy oczy. Co?! Błagam niech nie będzie tylko
to, o czym ja myślę.
- A więc, Daniel... Czym się
interesujesz?- zapytała, pochylając się w
naszą stronę, przy tym eksponując swój biust. Zawsze to robi. Briggs przez
chwilę patrzył się w jej piersi, ale przez mojego kopniaka w kostkę wrócił do
świata żywych.
Spojrzałem na Meredith ze znakiem pytającym na
twarzy, a ta dała mi znak oczami, żebym odpowiedział. Tak, no pewnie. Już lecę.
Chryste. To o tym teraz rozmawiają młodzi? Czułem się jakbym poznawał teścia, a
nie kumpli Mer.
- Niewolnictwem – odparłem, czując wciąż zaciskającą
się z każdym kolejnym słowem rękę Pixie na kolanie. Uśmiechnąłem się do niej, a
ona do mnie, udając, że wszystko było w porządku. Odchyliłem się, opierając
ramię na zagłówku siedzenia i lustrując siedzącą przede mną panienkę.
- Co takiego? – spytała zaskoczona przyjaciółka Mer.
Nie miałem pojęcia, jak nazywała się ta para. Jednak pasowały mi imiona Perpetua
i Bruno. Jej towarzysz spojrzał na mnie z rozbawieniem na twarzy.
- Handlem ludźmi tak zwanym – sprecyzowałem, gdy
przerwała mi moja pannica.
- To tylko taki żart – rzuciła, wyraźnie ukrywając
zbierającą się w niej złość.
- Oh, kochanie. Wcale nie – odparłem. – Nawet nie
wiesz, jak rozwinął się ten okrutny biznes w ostatnich latach. Od wyboru do
koloru. Dosłownie. Cudowne te stosunki miedz narodowe.
- Daniel lubi tak mówić. - Spojrzałam na niego zabójczym wzrokiem.
- Ale… - próbował coś powiedzieć, jednak przerwałam mu, gdy walnęłam go
szpilką. Ten tylko zrobił wielkie oczy i spojrzał na mnie. Wyraźnie zabolało.
Ja oczywiście słodko się do niego uśmiechnęłam.
- Państwa danie – oznajmiła kelnerka, a każdy zajął się swoim talerzem,
a Effie i William opowiadali jak to poczuli do siebie to
piękne uczucie. Miałam ochotę wziąć te wszystkie ostre sztućce i wbić im każde
z osobna. Szybko wstawałam.
- Przepraszam,
ale muszę na chwilę odejść – rzuciłam mój jedyny pretekst, żeby nie widzieć
tego wszystkiego. Tak, zostawiam na ich pastwę Briggsa. Dobrze mu tak za
te całe zachowanie.
No, świetnie. Zostałem sam z państwem młodym. Coś wyraźnie zdenerwowało
Meredith, bo wstała gwałtownie i odeszła w stronę łazienek. Chciałem za nią
pójść i powiedzieć, żeby nie odstawiała scen, gdy zagadała mnie kolejny raz Perpetua:
- Słyszałam, że poznaliście się w Akademii.
- Tia… - odmruknąłem niezbyt zainteresowany, wciąż szukając wzrokiem
Pixie i kręcąc na siedzeniu. – Uratowałem ją z rąk somalijskich piratów, gdy
wrzucali drącą się Meredith do kontenera.
Weszłam do
damskiej toalety i spojrzałam w lustro. Przemyłam twarz wodą. Jak dobrze, że
się nie maluję. Pewne teraz każda laska by miała cały makijaż rozmazany. Okno.
Co jakby uciec stąd? Stanęłam przy nim... Nie, nie dostanę. Jestem wysoka, ale
nie dosięgane sufity. Zawiedziona wróciłam do stolika.
- Daniel rzuca tutaj dobrymi
żartami – krzyknął do wracającej już Pixie Bruno. No, bardzo zabawnymi. Szczególnie,
że w ogóle ich nie słuchałem. A opowiadali o tym, że chcą mieć trójkę dzieci i
psa. Gdy dziewczyna usiadła, przysunąłem się do niej i szepnąłem:
- To na pewno nie są kosmici?
- Przestań. Już połowa minęła –
odpowiedziała, oddychając szybko. Płakała czy tylko mi się wydawało? Całe to
spotkanie zaczynało coraz bardziej mi śmierdzieć.
Nie zależało m już na tym całym spotkaniu. Miałam dość. Z chęcią bym
wróciła do domu. Nie chodzi mi o akademię. Wolę ten swój stary, gigantyczny. Podali
deser. Tak jak myślałam jeden pucharek. Nie mam zamiaru dzielić z Briggsem
talerza.
- Ja nie jem. Zero słodyczy.- Uśmiechnęłam się przez zaciśnięte zęby.
-Ty tracisz. mruknął Briggs, wzruszając ramionami i skupił się na
lodach. Miałam ochotę tłuc głową o blat. Czy on jest jakiś niedorozwinięty?
Opróżniony w rozwoju?
- A jak ci jest w akademii Mer?- zapytała Effie swoim cukierkowym głosem.
- Jak widać zajebiście. Mam przyjaciół więc jest okey – odparłam.
- I chłopaka - upomniał się Briggs, machając łyżeczką po lodach.
- Też. - Wyszczerzyłam
się, ale uśmiech był tylko sztuczny. Effie i Will znów zaczęli mówić. Gdzie się
podziali moi przyjaciele? Ci co pili ze mną do upadłego. Ci co mieli wszystko
gdzieś. Nie dowierzałam, że to te same osoby. Koniec tej szopki. Briggs był
znudzony tak samo jak ja.
Kolejne pierdolenie o Chopenie…
Nie, no serio? Spojrzałem zdegustowany na Meredith. Widziałem to samo w jej
oczach. Delikatnie zaprzeczyła głową. To był znak dla mnie.
- Wybaczcie. Muszę zaczerpnąć
świeżego powietrza. Ktoś tu przesadził z perfumami – rzuciłem, wstając i
skierowałem się w stronę wyjścia. Może to moja obecność nadawała jakiegoś
napięcia? Bo ja wiem. W każdym razie potrzebowałem wyjść. Opuściłem czym
prędzej Corn.
Dobrze było poczuć świeże, nocne powietrze. Czułem się jak pajac,
skaczący pod dyktando Pixie. Idiota. Wyciągnąłem paczkę fajek i wyciągnąłem
jedną z nich. Nie minęło dużo czasu, gdy obok mnie stanęła dziewczyna. Kątem oka
spojrzałem na nią i z dużą dozą zirytowania stwierdziłem, że była to Perpetua.
- Masz papierosa? - zagadnęła. Dałem jej fajka, odpaliłem, po czym przez dłuższą chwilę staliśmy w milczeniu. Czułem, że laska co chwilę na mnie patrzyła. Też zerkałem na nią, ale bardziej ze strachu przed jej dziwnym zachowaniem niż z zainteresowania.
- Ile masz lat, co? - spytała w końcu, bawiąc się kolczykiem.
- Dwadzieścia dwa - odparłem, wydmuchując siwy dym.
- Jestem w wieku Meredith. Mam osiemnaście lat - dodała od razu dziewczyna, jakbym o coś ją pytał. Pokiwałem tylko głową, mrucząc 'Aha', po czym mruknąłem, że muszę wracać do Pixie, bo coś chyba źle się czuje. Dziewczyna przytaknęła, uśmiechając się, a ja szybko wróciłem do środka. Bez słowa usiadłem koło Mer, przeczesując nerwowo włosy. Spojrzała na mnie pytająco, ale nic nie powiedziała. Wtedy przyszła Perpetua.
- Przepraszam
Effie, ale źle się czuję – mruknęłam, trzymając się przy tym brzucha. Zrobiłam
minę mówiącą ,,jeśli zaraz stąd nie wyjdę, zwymiotuje''. Mer, jesteś wspaniałą
aktorką.
- O. Jaka szkoda.
Myślę, że będziemy widzieć się częściej- powiedziała Effie, a Will przytaknął.
Zaczęłam wstawać, a Briggs uczynił to samo, przy
tym patrząc się na mnie sceptycznie. -Miło było ciebie poznać, Daniel -
zaćwierkała Eff.
- No, mi w sumie też - przeleciało mi to obok. Szybko wyszłam z lokalu i
stanęłam przy samochodzie, czekając aż pan Briggs raczy się przyjść. Wreszcie
wyszedł, ruszając się mozolnie i otworzył samochód. Weszłam i zaczęłam ściągać buty. - Zawieź mnie na N Kings Rd
1440- mruknęłam, gdy wszedł.
- Ta! I co jeszcze? Może ukłonić się,
pierdolonej księżniczce?! – burknąłem, zatrzaskując drzwi.
- Czego chcesz? – rzuciła znudzona Pixie.
- Choć raz mogłabyś być dla mnie miła. To, co
zrobiłem, to przysługa. Mogłem równie dobrze kazać iść ci się cmoknąć.
- Jedź. Nie pierdol – warknęła. Zamknąłem się
i wyjechałem z miejsca. Jednak cały dosłownie się gotowałem wewnątrz.
Jadąc wyrzuciłam buty z okno, a Briggs co chwilę na mnie spoglądał.
W połowie drogi Meredith powiedziała, że jestem idiotą. Nie wytrzymałem.
Zahamowałem, po czym wysiadłem z samochodu. Zaskoczona i nieco przestraszona
dziewczyna zrobiła to samo.
- Co to miało być?! – wykrzyknąłem, gdy tylko wyszliśmy na ulicę.
- O co ci chodzi? – warknęła Meredith.
- O to całe przedstawienie! Nie chodziło tylko o ten pierdolony wieczór!
Chciałaś, żeby ten cały pieprzony Bruno był zazdrosny. Zrobiłaś ze mnie idiotę!
- Jaki znowu Bruno? O co się tak znowu ciskasz, palancie?! Nie trzeba było się zgadzać!
- Wiesz, co, Meredith? Jesteś głupią smarkulą. Mam cię
dosyć. Radź sobie sama z twoimi problemami emocjonalnymi – odparłem, obszedłem
samochód i wsiadłem z powrotem. Dziewczyna złapała za klamkę, ale zamknąłem
drzwi. – Masz niedaleko – rzuciłem i odjechałem, zostawiając ją samą sobie.
Wkurwiona zaczęłam iść przed siebie. W myślach przeklinałam całego Briggsa. Nienawidzę chuja! Nienawidzę wszystkich kolesi! Jeszcze kawałek, a będę w domu. Tylko ta myśl mnie pocieszyła. Wreszcie stanęłam przed białym domem. Wpisałam kod i drzwiczki się otworzyły. Wszystko było to samo. Nic się nie zmieniło. W torebce poszukałam odpowiedniego klucza. Gdy wreszcie otworzyłam, tata właśnie wychodził z kuchni.
- Mer? Czemu jesteś tutaj, a nie w akademii? -zapytał. Czyli jednak zauważył moją nieobecność. Myślałam, że zupełnie o mnie zapomniał.
- Chciałam na chwilę wrócić. Nie będzie ci to przeszkadzało, prawda? - zapytałam.
- Oczywiście słońce, że nie. Idę oglądać ,,Koszmar z ulicy Wiązów''. Jak chcesz to dołącz się.
- Niee... Idę do pokoju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

