Layout by Raion
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessy Waits. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessy Waits. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Jessy Waits

Dobra, laski. Z racji tego, że na Nashville nie mam weny, a jak to Norah powiedziała 'To nasz blog' i załamujemy czasoprzestrzeń, wstawiam mój poświąteczny rozdział już teraz. 
Jednak Wy piszcie o Świętach dalej!
Najwyżej potem zmienię datę publikacji.




- O, nie – wyrwało mi się, ale było już za późno. Czterech brodatych gości stało przede mną w całej swojej okazałości. Uśmiechali się, a ja czułem jak z każdą sekundą coraz bardziej miękną mi nogi. Śmiali się. No, przynajmniej sądziłem, że się śmieją. Gdzieś w tych ich brodach znikała cała twarz, nawet oczy kryły się pod włosami.

- Jessy! – wykrzyknął jeden z nich głębokim jak niedźwiedź głosem, podchodząc do mnie i podnosząc do góry w żelaznym uścisku. Chciałem coś powiedzieć, ale gdybym się odezwał, zapewne pękłyby mi żebra. Laufey Thorsdottir stała obok z opuszczoną w dół koparą i nie mogła wykrztusić słowa. Zresztą miałem podobnie. Byłem nieco zirytowany tego ranka. Nora od kilku godzin suszyła mi głowę, żebym pomógł jej napisać utwór, aż w końcu uciekłem na parking, ale tu spotkałem Islandkę. Akurat miałem jej powypominać, że jeździ jak potłuczona tym swoim mustangiem i lepiej żeby uważała, bo prawie walnęła mojego Fiata. Jednak akurat gdy szedłem w jej stronę, a dziewczyna wysiadała z auta, krzycząc, na parking Akademii zajechały dwa motocykle i jeden Chevrolet El Camino. Zatrzymały się obok siebie, a czwórka brodatych, wytatuowanych gości w okularach przeciwsłonecznych po chwili stała przede mną. Największy z nich podszedł pierwszy, wyściskał, a później każdy z nich podchodził i mnie przytulał czy targał włosy. 

- Nieźle żeś się tu urządził! No, proszę jaka śliczna dziewczyna! - rzucił jedyny blondyn wśród zgrai, wskazując ruchem głowy na stojącą obok mnie Laufey. Zerknąłem jeszcze raz na dziewczynę kątem oka. Centralnie ją zamurowało. - Długo się spotykacie?

- Co? Nie... - zacząłem, ale zaraz mi przerwał ten sam typek, rzucając zdziwione pytanie:

- Wytrzymuje z tobą?

- Możesz ją sobie brać. Nie jest moja – odparłem aroganckim tonem, chociaż szok spowodowany tą wizytą wciąż pozostał. 

- Cześć, piękna. – Mrugnął do Islandki blondas, uśmiechając się szeroko. Przewróciłem oczami. Dopiero po chwili wrócił spojrzeniem do mnie. – Może nas przedstawisz?

- Laufey to jest Ryan, Dave, Ricki i Ben – wskazywałem każdego po kolei zbitej z tropu dziewczynie. Wszyscy uśmiechali się do niej lub kiwali głowami. – Moi bracia - wydusiłem na koniec niechętnie. Nie żebym ich nie kochał. Po prostu wpadli w najmniej spodziewanym momencie. Spojrzałem na każdego z nich, snując wzrokiem po ich twarzach. Dziwne. Stanęli według starszeństwa...  Gdy tak na nich patrzyliśmy z Islandką, ci przepychali się, śmiali i wyzywali. Moi ukochani bracia. 

- Jess, słuchaj. Jechaliśmy taki kawał specjalnie dla ciebie. Może zgodzą się, żebyśmy coś zjedli, pograli. Nocleg już mamy – zagadnął mnie Ricki, odgarniając włosy do tyłu i zdejmując skórzaną kurtkę. No, tak. Trzeci w kolejności brat był mistrzem trąbki. I oczywiście tylko ona chodziła mu po głowie, za co dziękowałem Bogu. W końcu mogłem z kimś pograć! Prawie się wzruszyłem. nie żeby w Akademii byli słabi muzycy. Oczywiście, że nie. Tylko jako bracia Waits zawsze gdy byliśmy razem, rozstawialiśmy sprzęt lub wyszukiwaliśmy zamienników instrumentów i graliśmy. Znaliśmy każdy utwór jazzowy wielkich mistrzów na pamięć, a nierzadko improwizowaliśmy. Ostatnio widzieliśmy się na ognisku z okazji urodzin Dave'a. Mieliśmy tylko gitarę, ale garnki, sztućce, kosz na śmieci i kilka innych drobiazgów stworzyło genialną orkiestrę. 

- Pewnie. Wchodźcie - rzuciłem z lekkim uśmiechem, patrząc na Rickiego. - Jedzenie to i tak musicie sobie sami kupić w stołówce chyba, że chcecie iść na dach. No, a pograć to bez problemu. Zajęcia już się kończyły. A przynajmniej większość. Ciągle chodzę grać w nadgodzinach, więc bez problemu do wbijemy się do jakiejś sali. 

- Super! Chodźcie chłopaki! – krzyknął do reszty Ricki. Zauważyłem, że Ben już zagadywał Fey. A jakżenby inaczej. Gdy Ricki i Dave rzucali głośne uwagi między sobą, a Ben zajmował się Islandką, Ryan podszedł do mnie i ogarnął ramieniem. Był najstarszy, najsilniejszy i zawsze się go słuchaliśmy. Ryan miał trzydzieści osiem lat, dwójkę dzieci i własny warsztat samochodowy. Chociaż bardziej od aut kochał motocykle. Odkąd pamiętam jeździł na wszystkie zloty, gdzie nie raz dostał łomot. Od pierwszego razu zrobił w naszym garażu siłownię. Spędzał tam praktycznie całe dnie. Nawet od  czasu do czasu boksował, pokazując swoim młodszym braciom jak się bronić. Mamie niezbyt się to podobało, ale nie miała tak silnego przebicia, żeby przekonać Ryana, aby przestał. 'To tylko do obrony', tłumaczył i dalej pokazywał nam ciosy i uniki. W każdym razie nigdy potem nie przegrał walki. Jak reszta Waitsów był lojalny wobec rodziny i nigdy mnie nie zawiódł. Najmniej też udzielał się muzycznie. Odkąd skończył osiemnaście lat, musiał pracować w miejscowym tartaku, żeby pomóc rodzicom i nie miał tyle czasu dla muzyki co my. Mimo to wciąż zasuwał na gitarze, harmonijce i akordeonie. 

- Przypakuj trochę – rzucił do mnie, uderzając mnie w pierś z otwartej dłoni. Na chwilę odebrało mi dech. – Jesteś taki chudy. Dają tu dobre jedzenie? – spytał zmartwiony. Cały Ryan. 

- Nie martw się. I tak chyba trzymam się najlepiej z tej całej zgrai.

- Moja krew! – rzucił, po czym przyciągnął mnie ramieniem i mocno pocałował w głowę. – Ale i tak jedz więcej. 

- Dobra. A jak tam u Donny? – spytałem, zmieniając bieg rozmowy. Zawsze za dużo się martwił o swoich młodszych braci. Szczególnie o najmłodszego. Niekiedy było to irytujące, ale tylko niekiedy. Jednak gdy przyjeżdżał po mnie do przedszkola czy potem szkoły, czułem się dumny, mając takie brata. Jako jedyny postępował rozważnie i nie poddawał się emocjom. No, może raz. I wtedy przypłacił to krótką wizytą w więzieniu. Stamtąd też miał swój pierwszy tatuaż. 

- Ta kobieta jest najwspanialszą dziewczyną jaką znam. Zaraz po mamie – odparł ze śmiechem, po czym zatrzymał mnie i podciągnął rękaw. – Zobacz, jaki mam tatuaż. 

Wszyscy moi bracia mieli tatuaże. Gdy siedziałem w salonie i tatuowano mi wizerunek naszej babci - Mary Jo, siedzieli za mną i patrzyli jak ich mały braciszek zaczyna dorastać. 

- A co u mamy? – spytałem, po tym jak pogratulowałem nowej dziary. Miał gust. Nie powiem. Ryan rzucił tylko, że jak przypakuję to też będę chciał sobie zrobić kolejne, a ja tylko pokręciłem głową. Czyli tak brzmiały nowe rozkazy – przypakuj, zapuść brodę i walnij sobie kolejny tatuaż.  

- Tęskni za tobą – rzucił w końcu Ryan, odgarniając do tyłu włosy. – Nie może się doczekać kiedy w końcu przyjedzie i zobaczy jak jej syn zdobywa Los Angeles jednym dźwiękiem.

- No, to faktycznie trudne – odparłem, po czym weszliśmy do budynku mieszkalnego. 

- O, kurde! Ale luksusy! – Usłyszałem od razu za sobą podekscytowanego Bena. Gdy obejrzeliśmy się z Ryanem, zobaczyliśmy gapiących się na wszystko Rickiego i blondyna. Dave tylko stał w miejscu i wędrował wzrokiem po przeszklonych ścianach z nieprzeniknioną miną. Moi bracia. Tutaj. Potrząsnąłem głową i ruszyłem w stronę schodów. Gdybym tego nie zrobił, tkwiliby tam do wieczora podziwiając najmniejszy detal architektoniczny. Słyszałem tylko jak Ryan woła resztę, żeby się ogarnęła i poszli za mną. Zauważyłem też z niemałym zainteresowanie, że Laufey wcale nie uciekała, ale prowadziła ożywioną dyskusję z Benem. Ten to potrafił złapać kontakt nawet z największym ponurakiem. Nie miałem pojęcia, jak mu się to udawało. W każdym razie Ben był największym lekkoduchem z naszej piątki. Nie przejmował się nigdy niczym. Nic nie mogło wyprowadzić go z dobrego humoru. Do niego i Rickiego należał również El Camino, który kupili na spółkę kilka lat temu. Wygrzebali go z jakichś śmieci i z pomocą Ryana doprowadzili do stanu, w którym prezentował się w tej chwili. Mimo, że dzieliły nas tylko cztery lata różnicy Ryan, Dave i Ricki uważali, że jestem o wiele dojrzalszy od naszego rodzinnego bawidamka. Jednak mimo swojego o wiele za zluzowanego podejścia do życia, Ben był mistrzem akordeonu. Nikt nie mógł mu odebrać tego tytułu. Nie wiem jak to robił, ale czegokolwiek się tknął, kończyło się to perfekcyjnie.

Ben miał najwięcej dziewczyn ze wszystkich braci razem wziętych. Każdą traktował jakby była jego jedyną, ale co ciekawsze, gdy kończył z nimi znajomość, potrafił tak zakręcić sytuacją, że wybranka nie odchodziła z bólem, a nawet zostawała z blondynem w przyjaźni. Prócz kobiet uwielbiał modę. Nie tą współczesną, ale jak on to nazywał 'kulturę dobrego smaku wbitą w klasyczny tort, stojący między gejowskim niebytem'. Typowy waitsowy image - kapelusz, marynarka, szelki. Tylko Ben nie mógł mieć niczego pogniecionego, a marynarka czy spodnie w kratę musiały być dobrze skrojone. Cały Benjamin. Był naprawdę genialnym muzykiem, a w połączeniu z tą niedbałością o szczegóły natury dźwiękowej, które i tak wychodziły mu perfekcyjnie, nie raz mnie irytował. W każdym razie Ben nie był aktualnie związany z żadną osobą płci przeciwnej. Albo tak mi się wydawało. Informacje sprzed tygodnia mogły być już dawno nieaktualne, więc przestałem się dziwić po pierwszym miesiącu. Imionami każdej z dziewczyn mojego brata można by ochrzcić cały legion. Mimo tego był gentlemanem i na to praktycznie każda dziewczyna się łapała.

Zastanawiałem się czy Laufey zrobi to samo. Mimo, że szczerze mnie irytowała, co i tak było delikatnie powiedziane w związku z naszymi relacjami, nie miałem nic przeciwko, żeby mój brat kręcił się dookoła niej. Albo to jej pomoże wyciągnąć się z otoczki zrzędliwej siksy, albo nie i wcale się tym nie zmartwię. Niektórzy ludzie do końca życia będą marudzącymi obywatelami.

Nikogo nie było na stołówce, nie licząc siedzącej w kącie Pixie, ale ta tylko spojrzała ze zmarszczonymi brwiami na grupkę brodaczy za moimi plecami i wróciła do przeglądania jakiejś gazety. Oczywiście ani na chwilę nie zamilkły śmiechy moich braci. Gdy doszliśmy do lady, aby złożyć zamówienie, zobaczyłem, że kucharka nieco się przeraziła. Patrzyła nieruchomym wzrokiem na wielkiego jak niedźwiedź Ryana, milczącego Dave'a, rozglądającego się Rickiego i nawijającego do Islandki Bena.

- Witam, pani Hallowey - mruknąłem, próbując odwrócić jej uwagę od braci. - To moja rodzina. Weźmiemy pięć steków. Krwistych - dodałem, patrząc na nią wymownie. Kobieta z trudem oderwała się od przyglądania się grupie i pokiwała niemrawo głową. - Świetnie. - Posłałem jej miły uśmiech i kazałem Ryan'owi wybierać stolik. Wybraliśmy ten naprzeciwko baru. Z trudem pomieściliśmy się wszyscy przy jednym stoliku, ale jakoś daliśmy radę. Ricki dostawił kilka krzeseł i było idealnie. Gdy tylko wszyscy usiedli, okazało się, że Benjamin został sam. Wszyscy spojrzeliśmy na niego pytająco.

- No, co? Powiedziałem, że to rodzinne spotkanie, więc poszła - odparł, wyraźnie nie przejmując się tym, że spławił Islandkę.

- No, dobra... - odetchnął Ricki. - Ale przyjechaliśmy do Jessa i to o nim będziemy rozmawiać, a nie o tobie, Ben. To w takim razie mów jak życie w Akademii?

I zacząłem opowiadać, co działo się przez ostatnie parę miesięcy. Bracia jak to zwykle oni, co chwilę mi przerywali, ale potem znowu słuchali z zainteresowaniem. Niekiedy rzucali głupie uwagi, jednak wtedy Ryan lub Dave szturchali rozchichotanego Benjamina czy sarkastycznego Rickiego. W połowie moich wspominek, dostaliśmy obiad, który pochłonęliśmy z niemałym apetytem. Polał się do tego obowiązkowy alkohol w postaci piwa lub wina jak kto wolał. Ciągle się śmialiśmy, gadaliśmy, jednak zachowywaliśmy zasady dobrego wychowania. Zachowywaliśmy się trochę jak ugrzecznieni Wikingowie. Sądzę, że Norze spodobałby się ten klimat. Nie mówiąc już o Demri. Czułem się jak w domu. Nawet nie sądziłem, że kiedyś będzie mi ich tak brakować.

- Najadłem się. Sądzę, że dobrze byłoby zagrać. Co sądzicie? - rzucił Ben, a cała reszta na to przystała. Sprzątnęliśmy po sobie, Ricki rzucił miłe słowo do kucharki, po czym wyszliśmy z budynku, kierując się do głównej części Akademii. Tutaj też braciszkowie musieli się napatrzeć, a gdy to zrobili, zaprowadziłem ich na aulę, gdzie na samym dole stała scena razem z rozstawionymi instrumentami. Zawsze tak to wyglądało po sekcji jazzowej. Ricki z Benem ścigali się po schodach o mało z nich nie spadając. Jednak gdy tylko doskoczyli do swoich instrumentów, nie mogli się od nich oderwać. Blondyn oczywiście przyciągnął do siebie akordeon, Ricki podniósł trąbkę i zagrał na niej kilka dźwięków, a ja uświadomiłem sobie, że uwielbiam ich słuchać. Ale jednak jeszcze bardziej z nimi grać.

- Dave za perkę, Ryan dawaj gitarę, a Jess... - Ricki oglądał się dookoła, szukając jakiegoś odpowiedniego dla mnie instrumentu. - O! Bierzesz pianino! - zawołał z uśmiechem. Uwielbiał wydawać polecenia. Na scenie czuł się królem. Jednak miał o tyle szczęścia, że zawsze dobrze wybierał rozkazy i nigdy nie mieliśmy się jak do niego przyczepić. Potem już nie zwracaliśmy na niego uwagi. Usiadłem, po czym zacząłem grać. Gdy dołączyła się reszta, była w siódmy niebie. Najpierw zaimprowizowaliśmy własną wersję One Scotch, One Bourbon, One Beer Milburna. Oczywiście śpiewaliśmy na zmianę. Jak zwykle zresztą. Patrzyłem po każdym z moich braci i nie mogłem się nadziwić, że muzyka była wszystkim, co mamy. Wszystkim czego zawsze potrzebowaliśmy i najważniejsze - potrafiliśmy ją robić.

- One scotch, one bourbon, one beer - zajechał ochrypłym głosem Ricki, bujając się ze swoją trąbką, a Ryan nie został mu dłużny. Następnie po kolei dawaliśmy solówki, co prawda delikatne na rozgrzanie. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach, skończyliśmy utwór i spojrzeliśmy po sobie zadowoleni.

- To może jakiś folk tudzież country? - spytał Ben, poprawiając się na swoim siedzisku.

- W sumie czemu nie? Znacie jakiś kawałek, który możemy pociągnąć? - spytał Dave, wstając od perkusji.

- Jednym z nauczycieli jest Jack White - zacząłem. - Może The Wayfaring Stranger? Wykonywał ją kiedyś.


- Nie tylko on. Dobra. Potrzebne nam wtedy skrzypce, gitara, jakieś banjo i śmigamy z koksem. Trochę posmęcimy, ale uważam, że to dobry pomysł - mruknął Ryan, po czym podał mi gitarę i poklepał miejsce koło siebie. Dave wziął skrzypce, Ricki banjo, a Ben zajął się akordeonem. Nie miał zamiaru jeszcze się z nim rozstawać. I tak się zaczęło.

Nie miałem pojęcia, ile graliśmy ten utwór. Kto wie może trzy razy w kółko i w kółko, a ja tego nie zauważyłem. Nie czułem też zmęczenia. Wiedziałem, że to odpowiednie miejsce z odpowiednimi ludźmi i odpowiednią muzyką. Wszystko czego kiedykolwiek chciałem. Powtarzające się dźwięki instrumentów pochłaniały nas w dziwny trans, z którego nikt z nas nie chciał się wydostać. Zanim sam zamknąłem oczy, widziałem jak Ryan lata palcami po gryfie zamknięty w swoim świecie, to samo Dave, Ricki i Ben. Wszyscy pochłonięci muzyką. Tupiący stopami w rytm. Bujający się do dźwięków banjo. Ryan wszedł z wokalem jako pierwszy, potem Ricki, Ben i na końcu ja. Co chwilę któryś z nas podciągał strunę, osiągając charakterystyczny dźwięk. Zupełnie jakbyśmy wcale nie siedzieli w kółku w nowoczesnym budynku, ale przenieśli się do czasów prohibicji i przygrywali w więziennej celi, mając jedynie swoje instrumenty i słowa piosenki na własność. Skrzypce i banjo zawodziły swoim nienaturalnym, słabo nastrojonym dźwiękiem, jednak dodawało to jeszcze lepszego efektu. Gdy tylko mogliśmy, przestrajaliśmy nieco instrumenty. Tak samo było teraz. Było to większe wyzwanie dla każdego z nas. Nikt z Waitsów nie lubił iść na łatwiznę. Dzięki temu każda piosenka była inna, jedyna w swoim rodzaju, a my wiedzieliśmy, że potrafimy zrobić z naszymi instrumentami, co tylko chcieliśmy. To było coś, co nas jednoczyło. I jednocześnie każdy z nas czuł się wyjątkowy. Ryan ze swoją harmonijką, Dave z perkusją, Ricki trąbką, Ben akordeonem. Tom śmiał się, że powinniśmy wyjść za nasze instrumenty.  Niezbyt często graliśmy country. Ten gatunek powstał w Ameryce w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku z ballad kowbojskich i traperskich, śpiewanych przez wędrownych grajków, wyposażonych w bardzo skromne instrumentarium - najczęściej banjo, gitara, skrzypce. Jednak teraz wydawało mi się to o niebo lepsze, głębsze i prawdziwsze niż niejeden utwór jazzowy. Nawet nie zorientowałem się, gdy skończyliśmy grać, wciąż trwając w delikatnych dźwiękach przyciszającego banjo Rickiego i moich uderzeń w pudło gitary. Dopiero gdy wszystko ucichło, nadając wszystkiemu dziwny nastrój uniesienia, po całej auli rozniosło się głośne klaskanie. Dźwięk dobiegał z górnych partii siedzeń. Wszyscy odwróciliśmy się w tamtą stronę i zobaczyliśmy Norę, Laufey, Cohena, Ezrę i... Ezrę, kilka osób, których nie rozpoznałem, ale jeszcze był wśród nich koleś od scenografii i Zimmer. 

- Chyba mamy publiczność - rzucił Ben, uśmiechając się szeroko i pochylając w naszym kierunku. 

- Sądzę, że dobrze byłoby to zakończyć mocny akcentem. Co o tym sądzicie? - spytał Ryan, a wszyscy pokiwaliśmy ochoczo głowami. Wiedzieliśmy, co będzie naszym ostatnim utworem. Gralibyśmy dalej, ale słońce powoli zachodziło, co świadczyło o tym, że siedzieliśmy tu już dobrą godzinę. Ben odstawił akordeon i szybko wziął drugie skrzypce, a Ricki pobiegł po tamburyn i po pięciu minutach byliśmy gotowi. - Kto śpiewa? - Ryan rzucił pytanie w przestrzeń. Popatrzyliśmy po sobie i jednogłośnie stwierdziliśmy:

- Ty!
Burnin Hell okazał się kolejny raz idealny zakończeniem naszego jam session, które jednak tak do końca improwizacją nie było. Naszą publicznością byli jeszcze sam Jack White, panna Swift i nasz dyrektor, który zbeształ mnie za to, że nie pokazywałem mu jaki mam talent. Odpowiedziałem, że niczego bym nie zagrał, gdyby nie moi bracia. Którzy okazali się wielką sensacją w Akademii. A przynajmniej dla żeńskiej części. Taylor Swift obskakiwała każdego z nich prócz Ryana, który zapewne wydawał jej się zbyt gruboskórny, niż tego oczekiwała; Nora zagadywała ich o jakieś duperele, a Fey rozmawiała z Benem. Brakowało mi Demri. Z jakiegoś powodu chciałem, żeby poznała moich braci. Tak samo rozglądałem się za Briggsem, ale jego też nigdzie nie było. Po kilkunastu minutach zachwycania się, jednogłośnie rzuciliśmy 'Trzeba zapalić!' i tak wylądowaliśmy na dachu.

- Fajnie tu masz - rzucił Ricki, zaciągając się papierosem.

- Dzięki - odparłem wdzięczny. Naprawdę byłem wdzięczny! Możecie mi zarzucać cynizm i arogancję, ale przy moich braciach tego dnia wszystko po mnie spłynęło. Mogłem prawdziwie się wyluzować. Mimo dużej różnicy wieku to właśnie z Rickim, nie Ryanem miałem najlepsze kontakty. Ryan był po prostu naszym drugim ojcem, obrońcą i drogowskazem, gdzie powinniśmy się udać. Ricki natomiast miał w sobie pewien dar, dzięki któremu mogliśmy rozmawiać o wszystkim. Rozmawiać jak i milczeć. Może właśnie to sprawiło, że polubiłem Demri. Dziewczyna też miała w sobie to coś. Mimo siedmioletniej różnicy wiekowej, Ricki nigdy nie traktował mnie jak gówniarza. 'Daj spokój', 'Nie marudź', 'Przejdzie ci'. Jeśli kiedykolwiek posądziłem mojego brata o takie odzywki, byłem skończonym kretynem. Nigdy nie machnął ręką na jakikolwiek problem, z którym do niego przychodziłem. A były to różne tematy problemów. Czy to muzyczne, egzystencjalne, rodzinne albo nawet polityczne. Zawsze wysłuchał, doradził, czasami po prostu milczał. Trzymał się jednak najbliżej też z Benem, z którym był traktowany jak bliźniaki. Mieli wspólny pokój do osiemnastego roku życia, dzielili się samochodem, nawet kiedyś dziewczynę mieli tą samą. Ot tak najlepsi przyjaciele. Jeden był buforem dla drugiego.

- Za kim to się dziś tak rozglądałeś? - spytał nagle Ricki, nie patrząc na mnie.

- Za znajomymi - odparłem. Ten koleś widział dosłownie wszystko. Zauważał nawet najmniejsze detale.

- O - rzucił lekko zdziwionym tonem, unosząc brwi. - Ktoś cię w ogóle lubi?

- Nie. Sądzę, że rozmawiają ze mną, bo mam na nazwisko 'Waits' - mruknąłem, delikatnie akcentując słowa, a Ricki wyczuł moją intencję i lekko się uśmiechnął.

- To dobrze. Musisz jednak lekko odpuścić, Jess. Odpuścić tym ludziom, którzy cię otaczają - mówił spokojnym, ale poważnym tonem. - Naprawdę istnieje mały odsetek ludzi, którzy potrafią cię zrozumieć. Większość weźmie cię po prostu za rozkapryszonego, wywyższającego się dupka. Jesteś realistą, a czasami to nie jest dobre. Analizujesz zdarzenia na dwa sposoby - co ci się opłaci, a co nie. Jeśli przyjmiemy, że ludzkie życie ma być rządzone przez rozsądek, potencjał życia zostanie utracony. Zapamiętaj - duch człowieka karmi się nowymi doświadczeniami, a nowe doświadczenia to poznawanie ludzi. Bez nich jesteśmy samotni. A nikt nie chce umrzeć samemu w pustym domu, nie?

Ricki zakończył swój wywód odpaleniem nowego papierosa. Przechylał przy tym charakterystycznie głowę. Wiedziałem, że nie oczekiwał odpowiedzi. Po prostu miałem to przemyśleć. Niektórych mogły dziwić te wywody mojego brata, jednak nie mnie. Za dobrze go znałem. I ceniłem każde słowo, które padało z jego ust. Dłuższą chwilę milczeliśmy, zerkając od czasu do czasu na siłujących się na rękę Bena i Ryana. Nie trudno było zgadnąć, kto wygrywał.

- Dave ciągle rozpacza? - spytałem, patrząc uważnie na brata stojącego kilka metrów za plecami Rickiego. Ten odwrócił się, żeby spojrzeć na starszego brata, pogrążonego w myślach, po czym znowu zwrócił się do mnie.


- Praktycznie w ogóle z nami nie rozmawia od tamtego czasu - odparł Ricki, wypuszczając siwy dym. - To dla nas wszystkich był niemały szok, gdy Emily zginęła.

Westchnąłem. Narzeczona Dave'a wracała pewnej nocy z klubu, nie wspominając o tym naszemu bratu. Wypiła kilka drinków i wypadła z drogi. Od tego zdarzenia minęło pół roku. Dave zawsze był typem samotnika i otwierał się tylko wtedy, gdy brał jakiś instrument do ręki. To była nasza rozmowa. Poprzez muzykę. Jednak zamknął się w sobie jeszcze bardziej po tragicznej śmierci Emily. Chodził do pracy, jednak poza nią nie dawał znaku życia. Próbowaliśmy wszystkiego. Zachęcaliśmy do rozmowy, proponowaliśmy terapię, staraliśmy się spędzać z nim jak największą ilość czasu. Każda rzecz kończyła się niepowodzeniem. Dave był nauczycielem literatury. Może nie wyglądał na takiego, ale poza muzyką i książkami nie widział świata. A potem pojawiła się rudowłosa Emily i jego hobby zeszły na dalszy plan. Wrócił do nich ze zdwojoną siłą dopiero pół roku temu. Wiedzieliśmy, że potrzebuje czasu, żeby ochłonąć. Ale każdy zadawał sobie pytanie - ile czasu?  Mój brat miał trzydzieści dwa lata i nie mógł się pozbierać.

Chyba tylko raz widziałem Dave'a w pełni szczęścia. Był to dzień, w którym przedstawił nam swoją ówczesną dziewczynę. Dokładnie miesiąc temu byliby już małżeństwem. Odetchnąłem głęboko. Co za popaprana sytuacja... Możesz być największym cynikiem świata, jednak jeśli nie dotknie cię cierpienie najbliższej ci osoby, można z całą powagą stwierdzić, że nie jesteś człowiekiem. Pragnąłem szczęście dla wszystkich moich braci, a teraz chciałem tego mocniej niż zwykle.

- Potrzebuje czasu - odparł Ricki, wpatrując się w stół, zupełnie jakby czytał w moich myślach. - Może jeszcze dwóch miesięcy, może roku, a może pięciu lat. Jednak jesteśmy jego braćmi i nigdy go nie zostawimy.

***

- No i super. Już mnie zostawiacie? - rzuciłem, patrząc na stojących na parkingu braci.

- Jesteś Waitsem, Jess - rzucił Ryan, po czym mocno mnie przytulił. Tak. On był od tych rodzinnych, mocnych powiedzeń. Czasem czułem się jak w mafii albo jakimś gangu. - Trzymaj się, młody - dodał, po czym odszedł do swojego harleya giganta.

- Na razie - mruknął Ricki, przytulając mnie i wsiadając do auta. Ben machnął mi tylko ze środka El Camino i rzucił:

- Mam numer od Laufey!

- Świetnie. Jeszcze brata mi zabierze - mruknąłem, a ten tylko się roześmiał. Na końcu podszedł Dave. Rozłożył ramiona w ciszy, a ja zrobiłem to samo i po chwili klepaliśmy się bratersko po plecach.

- Uważaj na siebie, młody - dodał cicho, kładąc mi rękę na głowie i lekko mierzwiąc włosy.

- Ty też, Dave - odparłem, patrząc jak czwórka brodaczy odpala swoje maszyny, rzuca jakieś uwagi między sobą i po chwili opuszcza parking, machając mi leniwie. Podniosłem prawą dłoń do góry i tak trzymałem, aż ci nie zniknęli mi z oczu. Jeszcze dobre parę minut stałem w miejscu, wgapiając się w miejsce, gdzie zniknęli moi bracia, gdy ktoś stanął obok mnie i mruknął z wyraźną fascynacją:

- Ale masz zajebistych braci.

- Nie, Nora. Nie napiszę ci piosenki - odparłem, uśmiechając się pod nosem.




<Błagam o opinie. Nawet nie wiecie, ile frajdy sprawiło mi pisanie tego rozdziału ;D>

środa, 27 maja 2015

Jessy Waits

Wyprzedzam Fey i daję rozdział teraz. Enjoy.
Ej, Norah. A co jak spieprzyłam Isaaca?! :O


                - Nie.

- No, kurde, Jessy! Co ci szkodzi?!

- Powiedziałem 'nie' i koniec.

- No, ale dlaczego?!

- Nie bawię się w niańkę - odparłem, patrząc zza komputera. Nora stała w otwartych drzwiach mojego pokoju i od dobrych dziesięciu minut suszyła mi głowę jakimś Deanem czy innym cwelem. Bo tylko marzyłem o tym, żeby powitać go z otwartymi ramionami i wycieraczką z napisem 'Welcome, my friend!'.

- Tylko się przedstawisz. Zna jedyniue mnie - nawijała, opierając się dłońmi o framugę.

- O. To znaczy, że zna już całą Akademię - odparłem, klikając szybko w klawiaturę, jakby to miało mi pomóc pozbyć się tej dziewczyny. 

- Super... Zawsze mogę na ciebie liczyć...

- Powiedz mi, Nora. Co widzisz? - spytałem, patrząc na nią wymownie.

- Ciebie, Waits. Totalne wyjebanie pomieszane z twoją arogancją. 'Padajcie na kolana narody! Jestem cholerny Jessy Jabba the Hutt!'. Ale nie rób mi tego. Daniel gdzieś zniknął, a Demri nie jest chłopakiem. Prooooooszęęęęęę.

- Czy ja jestem głupi? 

- Chciałabym móc zaprzeczyć.

- Czy ja ci wyglądam na durnia?

Nora spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami, dedukując w swojej jasnej główce sens mojej wypowiedzi. W końcu niepewnie pokręciła głową, a jej okulary o mało nie spadły jej z nosa. Zastanawiałem się czy ta dziewczyna ma w ogóle jakąś wadę wzroku, czy tylko dopełnia tak swój image hipstera?

- Nie możesz mieć na wszystkich przecież wyjebane - ciągnęła, gdy zapadła cisza, a ja zająłem się na powrót komputerem.

- I tu się przeliczyłaś. Mogę - odparłem bez najmniejszego zawahania, nie podnosząc wzroku znad kompa. Nora już chciała coś powiedzieć, gdy do pokoju wszedł Daniel, przesuwając dziewczynę i patrząc uważnie to na nią, to na mnie. Stał pośrodku pokoju z dłońmi wbitymi w kieszenie płaszcza i rozglądał się, jakby czegoś szukał. - Co jest, Briggs? Zgubiłeś coś? - spytałem, zapominając o wciąż stojącej w wejściu Ylvisaker.

- Co? A, nie... - odparł mój współlokator, drapiąc się po głowie. - Śmieszna sytuacja. Wracałem sobie z miasta, a tam Fey na parkingu. To ja grzecznie do niej na powitanie, a ta coś krzyknęła po wietnamsku...

- Ona jest z Islandii, kretynie - rzuciła Nora, ale Daniel ją zignorował i mówił dalej:

- Wkurzyła się, wsiadła do samochodu i odjechała, jakby się gdzieś paliło. Nerwowa jakaś.

- A ty co zrobiłeś? - spytałem, próbując nawiązać kontakt z obojętnie wodzącym wzrokiem po pokoju kolesiem.

- Nic. Patrzyłem jak odjeżdża, po czym wzruszyłem ramionami i pogwizdując, wróciłem tutaj.

- Kolejny co ma kompletnie wyjebane na wszystkich. Świetnie! - krzyknęła Nora i zniknęła w korytarzu.

- A ta skąd się tu wzięła? - spytał nagle zupełnie niezainteresowany tym zdarzeniem Briggs. Spojrzałem na niego uważnie, ale nie wyglądał na nachlanego. Otumanionego? Może. 

- Była tu cały czas - odmruknąłem, kręcąc głową. Westchnąłem i zająłem się swoim niezwykle ważnym zajęciem, jakim było przeglądanie antykwariatów w Los Angeles, a dokładniej w pobliżu Akademii. W niektórych rupieciarniach można było trafić na prawdziwe perełki - akordeony, trąbki, harmonijki. Wszystko.

- Chyba się położę - mruknął w przestrzeń Briggs i po prostu cisnął się twarzą w poduszkę, zupełnie jakby stracił w jednej sekundzie przytomność. Nie było późno. No, jakaś piętnasta czy coś koło tego. Wszyscy jednak latali po Akademii, jakby miał przyjechać prezydent. Może związane to było z przerwą świąteczną, zaczynającą się już jutro. Przez otwarte drzwi wszystko było słychać. Każdy krzyk, trzaskanie drzwiami... Była u nas nawet ta Azjatka. Całkiem ładna zresztą jak na Azjatkę. Zajrzała tylko i przeprosiła. 'Pomyliłam pokoje', rzuciła zawstydzona i uciekła zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Oczywiście Daniel jak się walnął na łóżko, tak leżał. Dopiero gdy zajrzała wesoła starsza pani od prania i spytała czy mamy jakieś rzeczy, rzuciłem do niego:

- Ej! Masz coś do prania?!

Ten jednak uniósł tylko rękę, po czym nie podnosząc głowy z poduszki, odmruknął coś co brzmiało jak 'Eeeeooonnnnnn'. Potraktowałem to jako odpowiedź negatywną. Tak spędziliśmy czas do jakiejś osiemnastej. Dalej byśmy się relaksowali, gdyby naszych medytacji nie zakłócił kolejny gość pokoju numer dwieście dwanaście.

- Siemanko, chłopaki! - rzucił Avishai, siadając od razu jak gdyby nigdy nic na krańcu łózka Daniela. - Macie już laski na bal? - spytał, szturchając równocześnie Briggsa. Ten coś odmruknął, ale się nie poruszył.

- Co wszystkim tak odwaliło z tym całym balem? - spytałem. Mimo że Cohen był profesorem, dogadywaliśmy się naprawdę dobrze. On klął przy nas, przez co my z Briggsem nie mieliśmy zahamowań. Czasem zwyczajnie zostawaliśmy po zajęciach na godzinny jam, przy którym obgadywaliśmy polityków, artystów a nawet ludzi z Akademii. 

- Nowa tradycja. W sumie nie jest taka zła - mówił Avishai, co chwila próbując jakoś przywrócić Daniela do świata żywych. - Jakbym mógł, to bym zaprosił wszystkie te wasze koleżanki. Niestety jestem już za stary, a w dodatku jestem skazany na moją żonę - dodał, udając smutek i zwieszając głowę.

- Bez przesady, aż tak źle nie wyglądasz - mruknął Daniel, odwracając się na plecy i klepiąc kolesia po ramieniu. Chyba nie mógł wytrzymać, gdy Cohen co chwilę szturchał go w łopatki, dokładnie tam gdzie swoje ślady zostawiła Laufey. Taaak. Po jego minie widać było, że nie jest z nich zadowolony. - W ogóle, Jess. Idziesz z kimś?

Obaj z Avishaim spojrzeli na mnie wymownie, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Jeszcze tego brakowało. Dziewczyny gadały jak popierdolone o tym całym zajściu, a teraz ta plaga dotarła również i tu.

- To nie koniec liceum, żeby tak się tym obnosić. Jeszcze będziemy tu kilka lat - odparłem, słysząc z korytarza psychodeliczne dźwięki dzwonków, gitary, perkusji i keyboardu. Zmarszczyłem brwi, ale Cohen to zauważył i wtrącił, zmieniając temat:

- To ta stuknięta Amerykanka. Owinęła się jakąś wielką chustą, na głowie ma koraliki i tańczy, a właściwe porusza się w jakimś narkotycznym transie do The Doors. Czy ona nie wie, że pokolenie dzieci kwiatów już nie istnieje?

- Demri nie jest stuknięta - mruknął Briggs. Wiedzieliśmy, że nie chciał obrazić Draven. No, dziewczyna była specyficzna, ale żeby od razu tak ostro... Nie. To nie było w naszym stylu. - A właśnie. Czemu jej nie zaprosisz? - Tym razem pytanie skierowane było do mnie. Avishaim również z niemałym zainteresowaniem czekał na odpowiedź. - Uważaj, bo ktoś ci ją zabierze sprzed nosa.

Prychnąłem.

- Niby kto?

- Ten nowy? Jak ona ma? Derek? - główkował się Briggs. - Cholera tam wie! Ale on na przykład.

- Demri i tak by się nie zgodziła, jeśli przyszłoby mu to do głowy - odparłem. - A w dodatku pewnie pójdzie ze swoim Jimem Morrisonem i będą się świetnie bawić.

 Przypomniał mi się wizerunek legendy psychodelii wiszący na łóżkiem Draven. Miała chyba wszystkie płyty The Doors i nawet zauważyłem kilka rysunków jej idola. Do tego niedawno jego zdjęcie prezentowało się na koszulce dziewczyny. Nie byłem pewny czy nie wspominała mi nawet o tatuażu z jego wizerunkiem... Demri dużo mówiła, a większość niż połowa przelatywała mi przez głowę, żeby zaraz wypaść.

- Robisz dziurę w całym, stary - westchnął Cohen, po czym walnął się w uda i wstał. - No! Trzeba się zbierać! Do zobaczenia, chłopaki. I Jessy, przemyśl to jeszcze! - rzucił, wskazując mnie palcem, zanim zniknął za drzwiami.

- Śmieszny człowiek - powiedział Daniel, po wyjściu nauczyciela.

- Taaa... - odparłem, wgapiając się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Cohen. A propos Demri to kupiłem nam bilety do Nashville i dobrze byłoby jej to powiedzieć. Figurowała na nich data trzeciego kwietnia, więc miała dwa dni na spakowanie się. Kto tam wie, ile ta kobieta się pakuje. Odłożyłem laptopa, wstałem i poprawiłem spodnie. Przed wyjściem rzuciłem jeszcze spojrzenie na Daniela. Leżał w tej samej zwłokowej pozycji co na początku.

Ciągle słyszałem zawodzenie hipisowkiej muzyki, które dobiegało z pokoju, do którego zmierzałem. Zapukałem mimo, że było pewne, że dziewczyny tego nie usłyszą. W końcu jednak otworzyłem drzwi. 


Stałem przez dobre pięć, gdzie tam! Dziesięć minut w drzwiach do pokoju Meredith i Demri i nie potrafiłem wykrztusić słowa. Pixie leżała rozwalona na łóżku z głową dyndającą nad podłogą i nogami opartymi o ścianę. Od czasu do czasu przykładała sobie do ust skręta, który najwidoczniej dość mocno ją kopnął, bo gapiła się swoim obojętnym wzrokiem w sufit, uśmiechając błogo. Draven za to chodziła albo potwornie wolno tańczyła na środku pokoju w długiej sukience bez pleców z koralikami na głowie i lenonkami na nosie. Poruszała się w dziwny sposób do dźwięków psychodelicznej muzyki i równie rąbniętych chórków. Wyglądała jakby miała w sobie demona. Patrzyłem na jej naćpane ruchy i nie wiedziałem co zrobić. Ciągłe kaszlałem, rozpraszając gęsty dym, który kręcił się po pokoju. Poszedłem do okna i je otworzyłem. 

- Trzymaj, Waitssss... - rzuciła Meredith, łapiąc mnie za nogę i leniwie wyciągając w moją stronę jointa. Wyrwałem go jej i wyrzuciłem prosto za otwarte okno. - Eeeeeej... - Jej opóźniona reakcja i mowa w zwolnionym tempie raczej nie dodawały uroku. Zresztą niezłą ćpuńską klitę sobie urządziły. Pełno indiańskich i indyjskich chust wisiało na ścianach i oknach, a poduszki podwędzone z dachu nadawały iście hinduskich klimatów. Nawet miały kadzidełka. Wszystko pochłaniała ciemna, pomarańczowa łuna. Draven zrobiła z pokoju istną świątynię hipisów. Brakowało tylko jakiejś figurki Buddy, ale Demri nigdy by na to nie pozwoliła. Była zbyt katolicka. No, dobra. Paliła trawę jak ja papierosy... Hipokryzja.

- Hej, Jessy - mruknęła, uśmiechając się promiennie i przepływając obok mnie w inny kąt pokoju. Nawet nie zorientowałem się, że kręciła się gdzieś blisko. Za bardzo byłem zajęty ogarnianiem pokoju i obserwowaniu niebezpiecznie zjeżdżającej z łózka Pixie. 

- Demri! - Złapałem ją za ramiona, żeby już nigdzie nie odchodziła. - Mogłabyś tak nie czadzić? Pixie zaraz odjedzie!

- Daj jej się wyluzować - odparła jak zwykle niezbita z tropu Draven. Patrzyłem na nią i nie dowierzałem - wyglądała na trzeźwą. Znaczy inaczej. Wyglądała jak zwykle i zachowywała się tak samo. Czyli, że co? Zawsze była zjarana? Przecież sam zauważyłem, że paliła jointy jeden za drugim. Geniusz... - Za dwa dni wyjeżdżamy, więc trzeba się zabawić. 

- Nienawidzę cię, Waits. - Meredith nagle się ocknęła, ale znowu zamknęła oczy i odpłynęła w świat marihuanowych doświadczeń. 

- Nic jej nie będzie - odparła jak gdyby nigdy nic czarna. Spojrzałem na nią wymownie, ale tylko wzruszyła ramionami. - Chciałeś coś? - spytała nagle zupełnie innym tonem, zaczynając się kołysać w rytmie kolejnej piosenki, której autor na sto procent przedawkował lsd. Koleś śpiewał coś o animowanym świecie wielkich ryb, jarających gandzie.

- Ta - mruknąłem. - Zamówiłem już bilety do Nashville.

- Serio?! - pisnęła Demri, w jednym momencie podskoczyła i klasnęła w dłonie. - Tak! Super! Dzięki, Jessy! A teraz... Peace Frog! - wykrzyknęła, poruszając się do głosu Morrisona. i podnosząc gwałtownie ręce w górę, o mało mnie nie uderzając. Uchyliłem się w ostatnim momencie. Postanowiłem zostawić ją samej sobie. Raczej nie była w stanie, w którym wyskoczyłaby przez okno, a Pixie jak leżała tak leżała.  

Gdy tylko wyszedłem z pokoju, minąłem się z jakimś kolesiem, zamierzającym właśnie wejść tam, skąd wyszedłem. Miał minę jakby chciał zaraz podrywać dziewczyny na Sunset. To pewnie nim miałem się zajmować.

- Cześć - rzucił, wkładając sobie papierosa za ucho i wyciągnął do mnie rękę. - Dean Moriaty - mruknął, odgarniając grzywkę.

- Waits - odparłem bez większych chęci.

- Jesteś synem Toma? - spytał bez większego zainteresowania.

- Bratankiem.

- O. Też fajnie.

Chwila ciszy.

- Idziesz do Meredith? - spytałem, żeby nie wyjść na kompletnego ignoranta.

- Nie. Do Demri. A co? Nie ma jej? - Gościu lekko się ożywił. Spojrzał na drzwi z zainteresowaniem, a potem na mnie. O co temu typkowi chodziło? Draven nic o nim nie mówiła. Chociaż kto wie... Może mówiła, a ja nie słuchałem. Gdy nie odpowiedziałem na jego pytanie, typek po prostu otworzył drzwi i zawołał, przekrzykując muzykę:

- Ej! Demri! Jesteś?!

Po chwili w wejściu pojawiła się imienniczka. Razem z nią z pokoju buchnęła chmura trawkowego dymu.

- Oj, Jessy. Czemu ciągle tu stoisz? - spytała, ale zaraz przeniosła spojrzenie na Moriaty'ego. - O! Dean! A ty co tu robisz?!

Koleś nie zdążył odpowiedzieć, bo Draven po prostu wykrzyknęła jakieś słowa piosenki, aż musieliśmy sobie zatkać uszy. Ale fakt. Głos to ma po tatusiu. Nie miałem już co tam robić, więc odwróciłem się i poszedłem w stronę swojego pokoju. Demri krzyknęła jeszcze za mną podziękowanie za bilet, a ja podniosłem tylko rękę, nie odwracając się. Miałem wielką ochotę walnąć się do łóżka i nie wstawać. Całe szczęście następnego dnia nie było zajęć.

środa, 20 maja 2015

Jessy Waits

Grałem od dobrej godziny i powoli zaczynałem się nudzić. Pani Baker przysnęła, słuchając moich niezbyt udolnych utworów, jednak postanowiłem, że nauczę się tego przeklętego soundtracku. Nie miałem nawet pojęcia, co mi dała. Miało być proste i coś proste nie było. Baker zagrała to perfekcyjnie, aż ciarki szły po plecach. Przy moim wykonaniu ciarki szły po plecach, ale od czegoś innego.

- Beznadzieja – mruknąłem do siebie, odkładając skrzypce i składając nuty.

- No, beznadzieja.

Odwróciłem się i zobaczyłem w wejściu Laufey, opierającą się ramieniem o framugę drzwi. Świetnie. Jeszcze jej tu brakowało. Cudowny dzień. Tryskał samymi optymistycznymi ofertami.

- Długo tam stoisz? – rzuciłem, zamykając futerał i odstawiając go na miejsce. Spojrzałem jeszcze na profesor, ale miękki fotel zabrał ją w doskonałe miejsce sielanki. Nawet nie zwróciłaby uwagi, gdybym zatrzasnął drzwi wychodząc.

- Wystarczająco, maestro – odparła z wyczuwalnym sarkazmem Islandka. Cóż. Wszystkie nasze konwersacje do tej pory opierały się właśnie na nim.  Nie było ich wiele. Chyba dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Jednak nie czułem potrzeby zwiększania liczby naszych spotkań. Wziąłem swoją skórę i skierowałem się w stronę wyjścia. – Mógłbyś chociaż…

- Cicho! Słyszysz? – przerwałem dziewczynie. Spojrzałem na nią, a potem gdzieś w kierunku sufitu. Laufey powędrowała za moim wzrokiem, wpatrując się w sklepienie. Zamarliśmy w bezruchu, nasłuchując.

- Nie… - odparła ze zmarszczonymi brwiami.

- No, właśnie – odparłem, rozkładając ręce. - Ignoruję cię – dodałem, mijając ją i lekko się nad nią pochylając. Chciałem już wyjść, gdy Laufey złapała mnie mocno za ramię.

- Nie traktuj mnie jak jakąś idiotkę, Waits – syknęła, chociaż równie dobrze mógł to być wynik jej akcentu. Patrzyła na mnie morderczym wzrokiem, jednak najpierw zerknąłem na nią, a potem wymownie na jej dłoń na moim przedramieniu. – Myślisz, że pogapisz się w sufit i wbijesz mnie w ziemię?

- Co dla ciebie jest sufitem, dla mnie jest podłogą – odparłem, po czym lekko wyrwałem się z jej uścisku i odszedłem. Już nic nie mówiła. Całe szczęście. Może chociaż odrobinę miała oleju w głowie, żeby zostawić mnie w spokoju. Co za kobieta… Chyba wszystkie osobniki płci żeńskiej w Akademii były przeciwko mnie.

- Oho. Niezła, co? – Briggs wziął się nie wiadomo skąd na schodach. Stał na trzecim od dołu stopniu z rękoma skrzyżowanymi na piersiach i opierał się plecami o ścianę, obserwując całe zajście. Ominąłem go bez słowa, rzucając tylko długie spojrzenie, jednak ten zeskoczył na ziemię, podbiegł i szedł obok mnie.

- Daruj sobie – mruknąłem, nie zwalniając.

- Muszę się z nią umówić – Daniel nawijał dalej, a ja życzyłem sobie byle tylko się odczepił. Czy aż tak trudno było się domyśleć, że chciałem być sam? Jednak nie przemówisz takiemu do rozsądku. Jak to nazwała go kiedyś Amy 'lep na baby'.

- To, to zrób i się ode mnie odczep.

- Weź na wstrzymanie, Jimmy. No, ale nie powiesz, że jest brzydka.

- Kuźwa, Briggs! – Zatrzymałem się i spojrzałem na tego półgłówka. – Tak, jest śliczna! Piękna! I co z tego jak cały czas chodzi niezadowolona i skrzywiona?! To chciałeś usłyszeć?!

Briggs tylko uśmiechnął się w odpowiedzi.

- Wow… - odparł. – Coś jak twoja bratnia dusza, nie?

- Ja dziękuję… - Machnąłem zrezygnowany na tego pajaca i odszedłem, zostawiając go na korytarzu. Wyszedłem z Akademii prosto w popołudniowe palące słońce. Świetnie. Przynajmniej nie było duszno, bo znad oceanu wiał orzeźwiający wiatr. Zacząłem iść przed siebie. Coś ostatnio sporo czasu spędzałem na szwendanie się po ogromnym terenie uczelni. Nie potrzebowałem wychodzić na miasto. Nic mnie specjalnego tam nie czekało. W dodatku była tam stukrotna szansa na spotkanie kogokolwiek. Tutaj nikt się dalej nie zapuszczał. Mogłem pomyśleć albo po prostu odetchnąć od babskiego i briggsowego towarzystwa. Już niedługo miały przyjść Święta. Których oczywiście nie miałem spędzić w domu. Cała rodzina wybierała się w głąb kraju do wujostwa na kompletne zadupie, gdzie nie miałbym dojazdu. Jechali tam dwa dni wcześniej, by być na czas, więc odpadało żebym urwał się z Akademii tylko po to, żeby siedzieć w zimnej chatce z umierającymi ludźmi. Wiedziałem, że na pewno w Akademii zostanie Demri. Była katoliczką, więc wszystkie obchody musiała mieć obcykane. Nie żebym był przeciwny jej wierze, tylko po prostu nie widziałem w niej sensu. Ale co kto lubi. W sumie zaciekawiła mnie różnorodność wyznań. Katoliczka, baptysta, ateista… Co do reszty nie miałem pojęcia. Jeszcze brakowało żeby Nora była skrytą żydówką, a Laufey islamistką. Wtedy miałby przesrane. Uśmiechnąłem się pod nosem, zdając sobie sprawę, że i tak mam z nimi przerąbane.

Odetchnąłem głęboko, czując zimny wiatr. Mimo że słońce przygrzewało, powiewy były wręcz lodowate.

Dlaczego to było takie trudne? Przed Akademią życie wydawało mi się prostsze. Wszystko działo się tak jak chciałem, nie zaskakiwało, nie musiałem za dużo się nad nim zastanawiać. Nie mam pojęcia, dlaczego się to zmieniło. Wiem za to w którym momencie. Akademia wymusiła na mnie zmianę. I może nie było to specjalnie. Samoistnie się to zdarzyło. Gdybym jednak wyjechał, poczułbym pustkę. Nie chodziło o ludzi. A o to miejsce. Idealne do tworzenia. Jedno z tych, których się nie zapomina. Nie mówiłem o mieście. Raczej o plaży, altanie, spokoju.

Odetchnąłem po raz kolejny.

Chodząc po plaży, rozmyślając, zacząłem tworzyć w głowie tekst. Piosenki? Może zwyczajny wiersz albo po prostu moje myśli fruwały jedna za drugą. Sam nie wiedziałem, kiedy poczułem ochotę spędzenia z kimś czasu. Z kimkolwiek. Nie. Dobra. Nie z kimkolwiek. Chciałem zobaczyć rodziców. Porozmawiać z nimi. Chociaż przez chwilę.  Jednak wiedziałem, że to niemożliwe. Tak samo niemożliwe jak spędzenie z nimi Świąt. Zatrzymałem się i usiadłem na piasku, wpatrując w ocean.

- Daleko, co nie?

Odwróciłem głowę i zobaczyłem stojącą niedaleko Demri. Ręce wbiła w kieszenie płaszcza, ramiona podciągnęła do góry, chroniąc się przed zimnym wiatrem.  Nie zrozumiałem jej wypowiedzi,  ale dopiero po chwili zauważyłem na horyzoncie statek.

- Ta... - odmruknąłem niezbyt milo.

- Już nie będę ci przeszkadzać. Idę w tamtą stronę. Jest tam kilka naprawdę mrocznych jaskiń - odparła Draven, wskazując wielkie skały na brzegu i już chciała się odwracać, gdy rzuciłem przez ramię:

- Nie musisz  odchodzić. Nie zostawiaj mnie.

- Jak chcesz. - Demri wzruszyła ramionami, po czym klapnęła obok mnie i obserwowała statek.

-  Śledzisz mnie? - spytałem, patrząc na dziewczynę ukradkiem.

- Codziennie wychodzę tu na spacer - odparła niezbita z tropu. - W sumie jestem tu od dobrej godziny, ale zobaczyłam ciebie i przyszłam. - Uśmiechnęła się w moją stronę.

Lekko odwzajemniłem miły gest, po czym siedzieliśmy przez dobre dziesięć minut w ciszy. Nawet nie spodziewałem się, że Demri tyle wytrzyma. A jednak. Nawet nie przerwała naszego wgapiania się w wódę. Ja to zrobiłem.

- Demri? Nie tęsknisz za rodzicami? Wiesz... Mamą, ojcem...

Dopiero po tym jak to powiedziałem, poczułem się jak totalny idiota. Jednak Draven chyba się tym nie przejęła.

- Nie - odparła krotko. - A ty?

- Trochę.

I znów ta dziwna cisza. Dla innych mogłoby się to wydawać krępujące, ale nie dla nas. Zresztą byliśmy inni od tych 'innych'. Może za to tak polubiłem czarną. Nie zadawała zbędnych pytań, chociaż z początku jej dziecinne zachowanie mogłoby mówić zupełnie co innego.

- Zostaje tu na Święta - mruknąłem.

- No, wiem. Ty, ja i bodajże Amy, ale nie jestem tego pewna. Przecież ma daleko do domu. Nora zapewne poleci. Co to dla niej...

- Lubisz ja? - walnąłem.

- A ty nie? - Krótkie, konkretne pytanie. Też bym takie zadał.

- Nie wiem... - zawahałem się. -Kiedy nic nie mówi, jest znośna - uśmiechnąłem się lekko, a Demri od razu to podłapała.

- Z czego się śmiejemy, dziecinki?

Jak na rozkaz odwróciliśmy głowy i zobaczyliśmy opatulonego wielkim szalikiem Briggsa. Zupełnie wyparowało moje wcześniejsze zdenerwowanie związane z jego osobą. Demri poklepała miejsce obok siebie i po chwili siedzieliśmy w trojkę, wgapiając się w słabo świecące jak na LA słońce. Draven i Daniel przez chwilę wymieniali jakieś uwagi odnośnie zostania na Święta.

- Bo my zostajemy - tłumaczyła czarnulka, wskazując na mnie i siebie. - A ty?

- Jadę do domu -  Daniel wzruszył ramionami, ale zrobił to w naprawdę śmieszny sposób. Zupełnie jakby mu nie zależało, a jednocześnie się cieszył. - Wsiadam w autobus i jadę. Serio chce się wam tu zostawać? - spytał, patrząc najpierw na nią, a potem na mnie.

- Nie mamy wyjścia - odparłem, przeczesując palcami włosy. Demri uśmiechnęła się blado. Tak. Ona nie miała nawet do kogo wracać.

- Słuchajcie, jak chcecie, możecie jechać ze mną! - wypalił po chwili zastanowienia Briggs, podskakując w przypływie olśnienia.

- Nie bądź głupi... - Machnąłem ręką, ale Demri zaświeciły się oczy.

- No, chodźcie! - wykrzyknął blondas. Teraz nie odpuści...

- Daj spokój. Jesteś baptystą..

- A ja katoliczką. I co z tego? - Draven wzięła Briggsa w obronę. Super. Dwóch przeciwko jednemu.

- Nie powinnaś być w swoim kościele w tym czasie? - rzuciłem, łapiąc się podanego powodu. Kto wie, może dziewczyna się nie zdecyduje...

- Nashiville to nie miasto samych baptystów - zaśmiał się Daniel, jednocześnie niszcząc mój wątły plan. - Jest tam kościół katolików. Co prawda nieco dalej, ale jeżdżą tam autobusy, a z buta masz pół godziny.

- No, chodź, Jessy! Proszę! - piszczala Demri, patrząc na mnie maślanymi oczyma i oplatając moje ramie jakby miało to coś pomoc. Wyglądało jakby chciała już zaraz teraz iść na autobus do Nashville. I jakby ta decyzja musiała być podjęta teraz. Nie za kilka dni.

- A co tu będziesz robił? - Daniel nie ustępował.

- Zorganizuję sobie czas. Już ty się nie martw - odmruknąłem. - W dodatku będziemy tylko problemem...

- Będziemy! Czyli jednak Jessy chce jechać! - wykrzyknęła Demri, łapiąc mnie za słówka. Skrzywiłem się. Zawsze ja to robiłem.

- Nie będziecie. Tyle nas tam jest, że nawet nie zauważą kogoś nowego - zaśmiał się Briggs. - Chodźcie. Będzie super jedzenie!

- Ja muszę jechać, ale bez Jessy'ego się nie ruszę! - oznajmiła Demri. Dość poważnie jak na nią. Oboje spojrzeli na mnie błagalnie.

- I tak się rozmyślę! - burknąłem, ale zostałem zagłuszony okrzykami radości. Mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. Mimo wszystkich wad dwóch osobników obok mnie, lubiłem ich i naprawdę bylem zadowolony, że przyszli.